Recenzja filmu W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)
Bartosz M. Kowalski

Polacy nie gęsi, swój slasher mają

"W lesie dziś nie zaśnie nikt" to zatem slasher pełną gębą "polski" (nawet jeśli niekoniecznie "pierwszy") - i to jego niekwestionowana zaleta. W trakcie oglądania okazuje się bowiem, że lokalny ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Kto mówi, że polskiemu kinu brakowało zawsze horroru, chyba nie był straumatyzowany za młodu przez Diabła Piszczałkę. Ale co fakt to fakt: od czasu "Medium" i "Wilczycy" niewielu rodzimych twórców próbowało swoich sił w kinie grozy. A jeśli próbowali, to woleli ugryźć temat od arthouse’owej, wysmakowanej strony - patrz: "Wilkołak" czy "Monument". Dlatego "W lesie dziś nie zaśnie nikt" jest ciekawostką już ze względu na fakt swojego istnienia - nawet jeśli promocyjna łatka "pierwszego polskiego slashera" ciut zbyt nachalnie każe nam zapomnieć o "Porze mroku". Spokojnie, i tak wolimy nie pamiętać. Tym razem na szczęście obyło się bez wstydu: to nie "horror" kinematograficznej porażki, tylko po prostu horror.

photo.title

Bartosz M. Kowalski, twórca kontrowersyjnego "Placu zabaw", w pewnym sensie kontynuuje wątki z poprzedniego filmu: znowu są dzieci, znowu jest groza. Nie ma natomiast socjologiczno-festiwalowego zacięcia (albo zadęcia), bo tym razem twórca stawia na czystą frajdę. Filmowym "placem zabaw" jest dla niego żelazny fundament slasherowej tradycji: opowieść o grupie nastolatków zagubionych w lesie i zdanych na łaskę Zła. Akcja toczy się więc w przekomicznej scenerii "obozu offline", gdzie grupa licealistów ma nauczyć się życia bez smartfonów. Oczywiście: życie bez smartfonu w lesie, gdzie grasują krwiożercze oblechy, okaże się - przynajmniej dla niektórych - bardzo krótkie. Taki już wymóg konwencji.

Kowalski zgrabnie łączy amerykańską tradycję z rodzimym kolorytem. Fabularny punkt wyjścia odsyła przecież tyleż do wszystkich "Piątków trzynastego", "Teksańskich masakr piłą mechaniczną" i "Smakoszów", co do naszych starych dobrych "Wakacji z duchami" czy "Podróży za jeden uśmiech""W lesie dziś nie zaśnie nikt" to takie "Czuwaj" Roberta Glińskiego z karkiem przetrąconym przez "Topór". Z tą różnicą, że dla Glińskiego obóz harcerski był alegorią Polski rozdzieranej przez społeczne konflikty. Kowalski tymczasem, jeśli już porywa się na jakieś polityczne aluzje, to raczej z grubym przymrużeniem oka. Wątek "podejrzanego" księdza albo motyw, hmm, bliźniaków, to byle przypisy, margines. Sednem pozostaje nerwowa ganianka między drzewami.

Co wcale nie znaczy, że twórca nie wygrywa waloru "polskości". Tak, galeria charakterów jest po amerykańsku typowa: wewnętrznie silna outsiderka (Julia Wieniawa), neurotyczny nerd (Michał Lupa, rewelacja), pyszałkowaty sportowiec (Sebastian Dela), kręcąca pupą blondyna (Wiktoria Gąsiewska). Ale Kowalski przełamuje te stereotypy obyczajowymi smaczkami: a to niespodziewanie wrażliwą sceną seksualnego zbliżenia, a to tragikomicznym zwierzeniem o trudach polskiego wychodzenia z szafy. I nawet jeśli postacie są tu zaledwie naszkicowane, wiele dodają im aktorzy (Gabriela Muskała, Wojciech Mecwaldowski), którzy ubierają zagraniczne klisze w bezpretensjonalną swojskość.


Chyba nieprzypadkowo w obsadzie znalazł się też Olaf Lubaszenko, do tego w roli prowincjonalnego policjanta rodem z własnych filmów sprzed lat. To Lubaszenko-reżyser spełnił przecież na polskim gruncie ideał importowanego kina gatunkowego. A przynajmniej spełnił kasowo: pożyczył gangsterską stylówę Tarantino i Ritchiego, przykroił ją do gustów polskiego widza i porwał tłumy. Kowalski w zasadzie próbuje zrobić coś podobnego, chce przetłumaczyć amerykański "slasher" na polskiego, nie wiem, "ciachacza"? "Rąbaninę"? "Siekierezadę"? Może dlatego cała sekwencja z udziałem Lubaszenki jest tu zdecydowanie najlepsza: ma mięcho komediowe, ma mięcho dramaturgiczne, ale ma też - po prostu - mięcho. Gatunek rządzi się swoimi prawami.

"W lesie dziś nie zaśnie nikt" to zatem slasher pełną gębą "polski" (nawet jeśli niekoniecznie "pierwszy") - i to jego niekwestionowana zaleta. W trakcie oglądania okazuje się bowiem, że lokalny koloryt robi różnicę. Że są takie sceny, jakie chcieliśmy zobaczyć odegrane w polszczyźnie. Że swojska obelga rzucona w stronę morderczego mutanta albo akt groteskowego zmasakrowania "naszego" aktora to wartość sama w sobie.

Niestety, ta siekiera jest obosieczna. Możliwe bowiem, że lokalny walor "W lesie..." jest jego walorem największym - i że w związku z tym jest to rzecz cokolwiek hermetyczna. Co tu dużo mówić: atrakcyjne spolszczenie będzie atrakcyjne głównie dla Polaków. W skali kraju to wydarzenie, w skali świata - raczej nic szczególnego. Ot, paradoks: film nie jest uniwersalny mimo, że przemawia międzynarodowym językiem kina gatunków. Zgrabna lokalizacja w wykonaniu Kowalskiego nie przetłumaczy się z powrotem na jakieś filmowe esperanto, które będzie czytelne pod każdą szerokością geograficzną.

Weźmy choćby listonosza granego przez Mirosława Zbrojewicza. Aktor funkcjonuje tu na podobnych zasadach co Lubaszenko (był przecież gwiazdą jego komedii): jest nie tyle postacią, co castingowym easter eggiem. I jeśli ktoś nie odczyta kontekstu i nie będzie miał frajdy z samej zawartości Zbrojewicza w Zbrojewiczu, ten zwróci raczej uwagę na fakt, że jego wątek nie bardzo trzyma się kupy.

photo.title

Ale może nie musi się trzymać. Kowalski kombinuje przecież jedynie na linii Polska-gatunek, sam gatunek bierze już takim, jakim jest. Nie chodzi mu więc o rewolucję, tylko o hołd dla kina klasy B, i to w poetyce kina klasy B. Dlatego celebruje konwencję w całej jej konwencjonalności. Dlatego szuka frajdy w wykonywaniu właśnie tych ruchów, jakich się po nim spodziewamy - tym bardziej, że ani Wajda, ani Zanussi, ani Kieślowski takich ruchów u nas nie robili. To rodzaj zamierzonej "słabości", z marszu rozbrajającej szereg warsztatowych zarzutów. Przesycona paleta barwna celowo konotuje "grindhouse’owość", a jedna z postaci nieprzypadkowo uruchamia cudzysłów, wyliczając horrorowe schematy, które zaraz się wypełnią (co samo w sobie jest zresztą schematem).

Grunt, że Kowalski sprawnie zarządza realizacją tych schematów. Jasne, nie wydobywa w pełni potencjału fabuły (chciałbym zobaczyć więcej "obozu offline"), ale panuje nad narracją: film nie trzyma może za gardło, ale przy ekranie już trzyma. Jest wystarczająco ciekawie: tu jakiś akcent humorystyczny, tu smaczek gore, tam coś jeszcze. Ostrzegam jednak osoby liczące na ciary i palpitacje serca: po seansie "W lesie dziś nie zaśnie nikt" zaśniecie spokojnie. To horror zdecydowanie zabawowy - zamiast straszyć, obrzydza, a nawet kiedy obrzydza, raczej śmieszy. Wydaje mi się zresztą, że Kowalski mógł jeszcze odważniej pójść w komedię: z takimi czarnymi charakterami, jakie serwuje, z taką genezą Zła, jaką proponuje, nie ma co bawić się w otoczkę tajemnicy i psychologizowanie.

Inna sprawa, że wątek "psychologiczny" śmiesznie rezonuje z kontekstem premiery filmu. W "Placu zabaw" Kowalski pokazywał, jak dzieciaki wychodzą z salonu gier wideo i idą kogoś zabić. Tym razem pokazuje, jak dzieciaki dostają szlaban na gry wideo i… same zostają zabite. Jedyną trzeźwą reprezentantką cyfrowo znieczulonego pokolenia okazuje się zaś grana przez Wieniawę dziewczyna, którą do kontaktu z realem przywróciła życiowa trauma. O ironio, "W lesie dziś nie zaśnie nikt" również objawia się światu w cieniu traumy - koronawirusa. Ze względu na epidemię film Kowalskiego debiutuje przecież nie w oldskulowych kinach, tylko online, na popularnym serwisie streamingowym. Tymczasem wszyscy Polacy, zamiast siedzieć w domach, poszli podobno na spacer. Do lasu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (213 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły