Z dużej chmury mały deszcz

Niedaleka przyszłość. Społeczeństwo kontrolowane na każdym kroku przez rząd. System oceny i opresji obywateli. Brutalność policji. Zatajanie faktów. Kontrola mediów. Ruch oporu, który ma tego ...
"Liberated" - recenzja
Niedaleka przyszłość. Społeczeństwo kontrolowane na każdym kroku przez rząd. System oceny i opresji obywateli. Brutalność policji. Zatajanie faktów. Kontrola mediów. Ruch oporu, który ma tego wszystkiego dość i zaczyna nierówną walkę z nieuczciwą władzą. Na taki solidnych fundamentach można było zbudować coś naprawdę dobrego. Szkoda, że z tej możliwości nie skorzystali twórcy polskiego "Liberated".



Gra przenosi nas do dystopijnej rzeczywistości, w której każdy nasz krok jest kontrolowany, za oddawanie hołdu pod pomnikiem wodza dostaje się punkty „dobrego obywatela”, a za płacenie gotówką czy niewrzucanie fotek dzisiejszej stylówki na Instagrama są nam one odbierane. Wszystko to pod pretekstem zapewnienia mieszkańcom bezpieczeństwa oraz szybkiego eliminowania toksycznych i zbędnych jednostek. Jest jednak grupa buntowników, tytułowi Liberated, którym się to wybitnie nie podoba, więc za cel obierają sobie zniszczenie rządowego systemu i wyzwolenie biednych obywateli. Tylko czy ci tego na pewno chcą?



Grę zaczynamy jako zbuntowany młodziak, którego Liberated wyrywają z rąk policji i werbują do swojej grupy. Dostajemy też pierwsze zadanie – wraz z resztą ekipy zniszczyć miejscówkę, w której stoją serwery wykorzystywanego do kontroli systemu S.O.S. Całkiem się to wszystko klei, ale czar pryska, kiedy kończymy pierwsze z czterech zeszytów komiksu i kolejne dwa gramy po stronie rządu, wybijając dziesiątki członków ruchu oporu. Może miało to na celu pokazanie konfliktu z obu stron, jednak etapy rozgrywane panem policjantem mają praktycznie zero podłoża fabularnego i sprowadzają się do prostego chodzenia i strzelania. Gdzieś w tam w tle przewijają się wątki zdrady, ważnych ludzi na wysokich pozycjach i śmierci dzieciaków w szkole św. Marty, jednak wszystko to jest tak emocjonujące, że gdyby nie ciekawy sposób podania historii, to pewnie palec by mi odpadł od duszenia przycisku odpowiedzialnego za pomijanie scenek.



"Liberated" stworzono w konwencji interaktywnego komiksu, w którym niektóre kadry tylko oglądamy i poznajemy strzępki historii, a niektóre stają są niedługimi, grywalnymi etapami. Tu warto zaznaczyć jedną rzecz – ręcznie rysowane obrazki są naprawdę ładne i nawet na dużym ekranie telewizora prezentują się świetnie. Po nich jednak wchodzą trójwymiarowe grywalne etapy, które wyglądają strasznie, szczególnie na różnego rodzaju zbliżeniach. Masa ząbków, niskiej jakości tekstury, dziwne plamy mające udawać cienie i jakby tego było mało – liczba klatek na sekundę skacze jak kurs rzepy w "Animal Crossing: New Horizons". Nieraz zdarzyło się tak, że moja postać ginęła przez spadek animacji podczas skoku czy wymiany ognia. Paradoksalnie gra „Liberated” jest najlepsza wtedy, kiedy w nią aktywnie nie gramy. Gdyby nie chęć jej zrecenzowania, to pewnie wyleciałaby z mojej konsoli podczas drugiego zeszytu.



Nie jest oczywiście tak, że "Liberated" to gra do kosza i należy o niej zapomnieć. Bardzo przypadła mi gustu oprawa muzyczna, a i opowiedziana tu historia ma swoje dwa czy trzy momenty, kiedy mamrotałem pod nosem sam do siebie „kurła, ale to było dobre”. Sam model strzelania jest całkiem przyjemny, choć naszym pociskom zdarza się zatrzymywać na niewidzialnych ścianach, które dla odmiany zupełnie nie przeszkadzają wrogom w faszerowaniu nas ołowiem. Takich technicznych niedociągnięć jest tu strasznie dużo i może gdyby twórcy spędzili dodatkowych parę tygodni na testowaniu, to dorzuciłbym jedno czy dwa oczka do oceny. To wciąż byłaby, delikatnie mówiąc, przeciętna i zupełnie nieporywająca historia o niczym, ale chociaż by się ją w miarę przyjemnie i płynnie przechodziło. Szkoda, że tak wdzięczny temat został tak przepalony.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
33% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Udostępnij: