Będziemy potrzebowali większych szczęk

Pete Łuska nie wiedział, że łapiąc i zabijając ciężarną samicę rekina, wyda na siebie wyrok śmierci. Dzielny rybak, chwaląc się swoją zdobyczą do kamer ekipy telewizyjnej, zdecydował się na głupi ...
"Maneater" - recenzja
Pete Łuska nie wiedział, że łapiąc i zabijając ciężarną samicę rekina, wyda na siebie wyrok śmierci. Dzielny rybak, chwaląc się swoją zdobyczą do kamer ekipy telewizyjnej, zdecydował się na głupi ruch – przeprowadził na niej prowizoryczną cesarkę i wyciągnął jej z brzucha małego rekina. Ten w podziękowaniu odgryzł człowiekowi rękę i poprzysiągł na nim zemstę za zabicie matki. Potem kontrolę na rekinem przejmujemy już my.



"Maneater" to odwołujący się do telewizyjnych paradokumentów symulator rekina z elementami RPG i całkiem pokaźną piaskownicą pełną pobocznych zadań i znajdziek. Grę rozpoczynamy jako szczenię, dzięki zjadaniu napotykanych wodnych żyjątek rośniemy w siłę, zdobywamy punkty doświadczenia i niezbędne do ulepszeń substancje odżywcze. Co kilka poziomów gra zachęca nas, abyśmy udali się do specjalnej groty, gdzie nasz rekin wchodzi na kolejne stadium rozwoju i tym samym rośnie nie tylko jego ciało, ale i statystyki. Praktycznie przez cały czas zabawy będziecie kilka poziomów nad większością pływających w wodzie stworzeń, jednak co jakiś czas trafią się silniejsze od Was cwaniaki (alfy), z którymi walka będzie nie lada wyzwaniem – przyda się doświadczenie z gier z serii "Dark Souls". W pewnym momencie gra odda Wam też możliwość zakładania ulepszeń na różne części ciała rekina (jak np: kamienne płetwy czy elektryczne zęby) oraz inwestowania zbieranych surowców w podnoszenie statystyk tych ulepszeń. Szkoda jednak, że twórcy przygotowali ich tak mało i w sumie to wszystko sprowadza się do inwestowania w jeden, dopasiony zestaw aż do końca gry.



Sama rozgrywka daje masę frajdy i muszę przyznać, że nie mogłem oderwać się od konsoli. Początkowe pożeranie małych rybek, wykonywanie dziesiątek misji (choć powtarzalnych), przerzucanie się na coraz większe organizmy, walki z aligatorami, atakowanie beztrosko kąpiących się w wodzie ludzi czy też zbieranie przeróżnych znajdziek – mapa gry usiana jest znacznikami, obok których ciężko przejść obojętnie. Całe szczęście, że gra nie jest przesadnie długa – samo jej ukończenie to około 6-7 godzin, a wyczyszczenie na 100% to dodatkowe 5 godzin; tyle wystarczy, bo na dłuższą metę mogłoby to wszystko zacząć nudzić. W końcu ciągle tylko pływamy i pożeramy to, co nam stanie na drodze. Najlepsze twórcy zostawali nam oczywiście na koniec, bo o ile walka z rybakami na początku zabawy to delikatnie smyranie się po noskach, o tyle w finalnych etapach są to pojedynki, z których nierzadko ledwo co uchodziłem z życiem. Niestety, im dalej idziemy, tym więcej zaczyna się dziać na ekranie i gra zaczyna gubić klatki. "Maneatera" kończyłem na Xboksie One X, czyli na tę chwilę najmocniejszej konsoli i płynność rozgrywki pozostawiała wiele do życzenia. Zdarzały się też problemy z wypadaniem rekina za mapę, znikającymi teksturami czy dziwnym migotaniem ekranu – część z tego zostanie pewnie prędzej czy później załatana, zresztą sam premierowy patch już trochę naprawił, ale to wciąż nie jest poziom dopracowania, jakiego moglibyśmy oczekiwać pod koniec generacji konsol.



Twórcy podeszli do tematu na luzie, o czym świadczy chociażby ubranie gry w szaty paradokumentu, ale dużo elementów humorystycznych poukrywano też na mapie gry. Znajdywane przez nas punkty obserwacyjne są bardzo często kulturowymi odniesieniami do filmów; tu i ówdzie wpleciono trochę żartów z mieszkańców Florydy czy nowobogackiego stylu życia, a towarzyszący nam przez cała zabawę narrator nie może przestać nazywać rekina śmietnikiem oceanu.



W ogóle z tą grą jest taki problem, że to napakowana fajnymi pomysłami przyjemna produkcja, której twórcy nie poradzili sobie z technikaliami. Wspomniane błędy to jedno, ale zgrzyt mam też przy oprawie graficznej, bo na pierwszy rzut oka "Maneater" wygląda nieźle, jednak wgryzając się w detale, odnajdujemy tragicznej jakości tekstury czy modele ludzi rodem z Xboksa 360. Podwodny świat wygląda nieźle, ale kiedy za bardzo się do czegoś zbliżymy, to dostajemy po oczach pikselami. Niższa półka cenowa tego tytułu może być wytłumaczeniem, dlaczego gra jest relatywnie prosta i krótka, ale nie można nią zasłaniać oczywistych niedoróbek technicznych.



Pomimo tych wszystkich niedoróbek bawiłem się jednak naprawdę dobrze. To prosta, niewymagająca zbyt wiele od gracza produkcja, w którą można wskoczyć zarówno na 2 godziny, jak i na 5 minut, aby trochę pomordować. Nie wszystko technicznie zagrało, ale w dużej mierze wynagradza nam to czysta przyjemność z pływania rekinem i walki. Łatwe do zdobycia osiągnięcia/trofea na pewno będą dla wielu graczy dodatkową zachętą.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
71% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Udostępnij: