Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/AFF+2019%3A+Do+latarni+morskiej-135417

AFF 2019: Do latarni morskiej

Na ten pokaz czekali zarówno fani horroru, jak i fani Roberta Pattinsona. We Wrocławiu zobaczyliśmy  "Lighthouse" Roberta Eggersa ("Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii") - i było warto; poniżej przeczytacie nasze wrażenia z seansu. Przypominamy też recenzje dwóch pokazywanych na American Film Festival tytułów: "Ukrytego życia" Terrencea Malicka oraz "Wspomnień: Genezy Obcego" Alexandrea O. Philippea

Światełko w mroku ("Lighthouse", reż. Robert Eggers)

3723e0_25b2c3feab1b439c8731f390354ce3fe~mv2.jpg


"Było sobie dwóch facetów w latarni morskiej" - można zaintonować na otwarcie filmu Roberta Eggersa. Światło tej latarni wydaje się przecież docierać z jakichś zamierzchłych kinowych czasów, zza mgiełki grubego ziarna czarno-białej taśmy, w cudzysłowie kwadratowej ramki kadru. Nieprzypadkowo "Lighthouse" rozpoczyna scena zmiany warty: dwie sylwetki na tle rozszalałego morza zamieniają się miejscami z dwiema innymi. W optyce reżysera czas ulega  zapętleniu, cykl dobiega końca i rozpoczyna się na nowo. Demony kina niemego z początku minionego wieku ożywają na powrót pod maską współczesnego arthouseu. Zmieniają się twarze aktorów i logotypy wytwórni w napisach początkowych, ale odwieczna groza wciąż ta sama.

Jest tutaj więcej powrotów zza grobu. W "Lighthouse" odzywa się również duch poprzedniego filmu Eggersa, "Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii". To przecież kolejna opowieść o egzystencjalnej paranoi, w jaką wpędza człowieka konfrontacja z surowym autorytetem natury. Tamten film miał jednak wydźwięk niemalże feministyczny. Twórca przepracowywał kod kobiecości - jako ikony tyleż zła, co emancypacji. "Lighthouse" rzuca tymczasem snop światła na pierwiastek męski. Cytując samego reżysera: to film o tym, że nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie. Zamiast Thomasin mamy więc Thomasa, zamiast patriarchalnego gorsetu - gorączkę toksycznej męskości. A zamiast niby-bajki - coś bliższego przypowieści.

Na pierwszy rzut oka ta paraboliczność wydaje się jedynie podrygiem nostalgii, pustą kinofilską manierą. Istotnie, łatwo rozpisać "Lighthouse" na wiązankę cytatów, bo Eggers świadomie wpisuje się w pewną tradycję - czy raczej szereg tradycji. Są tu macki Lovecrafta, szaleństwo Poego i obsesja Melvillea. Jest symbolika rodem z Freuda i ostre cienie rodem z niemieckich ekspresjonistów. Z ekranu straszą powidoki nie tylko "Nosferatu" Murnaua czy "Wampira" Dreyera, ale i nawet "Głowy do wycierania" Lyncha.

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.

Monolit ("Ukryte życie", reż. Terrence Malick)

12339818-kadr-z-filmu-a-hidden-life-terrene-a-900-474.jpg


Terrence Malick może być żywym dowodem na istnienie równoległych rzeczywistości. Mimo szczerych chęci nie jestem w stanie uwierzyć, że człowiek, który medytację nad istotą wolności i wiary prowadził kiedyś z pozycji awangardzisty, pochodzi z tego samego świata, co autor taśmowych, wyzutych z narracyjnej energii diagnoz współczesności (albo "wszystko, co wydarzyło się po Drzewie życia"). W "A Hidden Life" – powtórzę razem z canneńskim chórem – amerykański klasyk wraca do formy. A skoro wraca, to znów dmie w trąby jerychońskie: wolność i niewola, kryzys wiary i zmierzch cywiizacji, Bóg i Szatan, Bach i Hitler. To filmowa waga ciężka – ciężko kwestionować jej majestat i równie ciężko ją znieść.

Choć prolog utworu – z obietnicą historii opartej na faktach oraz montażem archiwaliów dokumentujących triumf III Rzeszy – wydaje się mylący, po chwili nie ma już wątpliwości, w czyjej głowie jesteśmy. Z mroków ekranu wyłaniają się odgłosy dzikiej przyrody, mężczyzna i kobieta recytują wersy o zmierzchu arkadyjskiego mitu, za chwilę też usłyszymy "Pasję według św. Mateusza" i zobaczymy pierwszą jazdę kamery wzdłuż wysokiej trawy. Za kanwę filmu służą losy Franza Jägerstättera (August Diehl), rolnika z anektowanej Austrii, który w czasach przymusowego poboru do wermachtu odmówił służby. Został za to przeciągnięty przez piekło, zaś po latach – uznany za męczennika i beatyfikowany przez Benedykta XVI. W filmie jest nie tyle symbolem jednostkowego oporu przeciw zbrodniczemu reżimowi, co uświeconym moralnym imperatywem. Poznajemy go w pierwszych latach wojny, gdy wiedzie sielskie życie u boku żony (rewelacyjna Valerie Pachner) i dzieci w wiosce Radegund – za ekspozycję służy tu piękna bukolika rodem z obrazów Poussina. Oczywiście, do raju powoli zakrada się zło. Najpierw prowokuje mieszkańców do nieufności i agresji wobec bohatera, później jego samego oplata mackami. A ponieważ sens chrystusowej ofiary jest dla Jägerstättera absolutny, w przeciwieństwie do sensów produkowanych przez nazistowską propagandę, bohater wbija nogi w ziemię i szykuje się na kolejne uderzenia.

Fakt, że Jägerstätter zainteresował właśnie Malicka, nie powinien dziwić. Jego historia prowokuje pytania esencjonalne dla twórczości mistrza: o definicję wiary, granice poświęcenia dla niedoskonałych oraz zinstytucjonalizowanych systemów wartości (ojczyzna, kościół, lokalna społeczność), wreszcie – o szlachetność cierpienia oraz pamięć pokoleń. Dziwi mnie jednak, jak łatwo poradził sobie z  polifonicznym światem, który otacza bohatera. Jak precyzyjnie odciął swój film od skomplikowanego – politycznie, moralnie, religijnie – kontekstu, który mógłby tłumaczyć zarówno bierność kleru, jak i niełatwe w moralnej ocenie zachowania prowincjonalnej wspólnoty. Jak oczywistym wyborem było dlań zbudowanie tej filmowej katedry wokół człowieka nadświadomego, dokonującego introspekcji na akord. Podobne ustawienie akcentów jest zrozumiałe z perspektywy Malickowskiej historiozofii oraz współczesnej oceny XX wieku, lecz jeśli pytacie, czy służy filmowi, mogę tylko rozłożyć ręce. Być może rzeczone uproszczenia i "donośny głos proroka" mają rację bytu w dzisiejszym świecie, w którym rozmaite totalitaryzmy znów szykują się do ataku, a kino jest najlepszym medium dystrybucji podobnych przestróg. Z drugiej strony, "A Hidden Life" nie sprawia wrażenia obrazu, który miałby szansę zdetronizować "Avengers".

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.


Kinofilia stosowana ("Wspomnienia: Geneza Obcego", reż. Alexandre O. Philippe)

ridley-scott-alien-e1439390057224.jpg


W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku? Nawet tam pobrzmiewa echo radości fanów "Obcego - 8. pasażera Nostromo" na wieść o tym, że Alexandre O. Philippe stworzył dokument o arcydziele Ridleya Scotta. Autor najbardziej geekowego porno ostatnich lat, czyli "78/52" (w całości analizującego prysznicową scenę z "Psychozy"), znów oddaje dziesiątej muzie to, co jej się należy. Widzom zaś serwuje fascynujący wykład z alienologii, po wysłuchaniu którego zapewne jeszcze raz (żeby tylko!) zechcą skonfrontować się z powstałym dokładnie 40 lat temu, jednym z najgłośniejszych horrorów w dziejach.

Początkiem, środkiem i końcem dokumentalnego śledztwa jest Sami Wiecie Która Scena. Ta, w której śmierć i narodziny trzymają się za rękę, a tzw. krąg życia ulega brutalnemu zniekształceniu. Philippe ponownie fiksuje się na szokującej scenie-niespodziance, która zapisała się na kartach historii kina. Niczym nowofalowe "szczury filmoteki", bez końca ogląda ten sam film, lecz zamiast iść w interpretacyjne fantazje i teorie spiskowe rodem z "Pokoju 237", argumenty potwierdzające wielkość tego kina woli wyciągać od innych. Wykorzystuje archiwalne nagrania i przeprowadza wywiady z żyjącą częścią ekipy, ale także wykorzystuje komentarze zakochanych w dziele Scotta historyków kina, dziennikarzy filmowych, podcasterów. Kolektywna opowieść traktuje o kolektywie. "Wspomnienia: Geneza Obcego" dowodzi, że genialne dzieło filmowe nie powstaje w mgnieniu oka, jest efektem blokad i zawahań wielu twórczych osobowości.

Odpowiedzialny za zalążek scenariusza Roger Corman wspomina więc o pomocnych znajomościach Alejandra Jodorowskiego, aktorzy Tom Skerritt i Veronica Cartwright zaśmiewają się z makabrycznych kuluarów narodzin kosmity, a producent Ronald Shusett z dziecięcym entuzjazmem uświadamia, że początkiem tytułowego monstrum był ni mniej, ni więcej gwałt. Obok kolejnych gadających głów najważniejszy okazuje się jednak nieżyjący duet Dan O'Bannon H.R. Giger. Ten pierwszy wymyślił ksenomorfa, ten drugi nadał mu kształt, obaj byli katalizatorem artystycznej ekspresji Ridleya Scotta. Jednak co zainspirowało tych dwóch oryginałów? Powiedzieć, że starożytne fantazje Lovecrafta, deformacje z płócien Francisa Bacona i literacki pierwowzór "Coś" Johna Carpentera, to nic nie powiedzieć. Aż dziw, że mieszanka wpływów z greckiej mitologii, egipskiej ikonografii czy prozy Josepha Conrada dała tak wybitną kompozycję. Inspiracje rodem z amerykańskich komiksów każą z kolei zapytać o definicję plagiatu. Kto wie, czy gdyby uwolnić O'Bannona od problemów z jelitami i owadzich fobii, popkultura wyglądałaby dzisiaj tak samo...

Całą recenzję Gabriela Krawczyka przeczytacie TUTAJ. 

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię