Relacja

WFF 2019: Płytkie groby

https://www.filmweb.pl/article/WFF+2019%3A+P%C5%82ytkie+groby-135127
Kolejny dzień na 35. Warszawskim Festiwalu Filmowym i kolejne recenzje: Marcin Stachowicz wybrał się na polityczną groteskę "Stan wyjątkowy" Vinko Bresana, a Gabriel Krawczyk sprawdził rzecz ważną, bo o Xenomorphie, czyli "Wspomnienia: Genezę "Obcego" Alexandre'a O. Philippe'a. Przypominamy też naszą wenecką recenzję szokującego "Malowanego ptaka" w reżyserii Vaclava Marhoula


Hieny cmentarne (recenzja filmu "Stan wyjątkowy", reż. Vinko Bresan)
Autor: Marcin Stachowicz


 Gdzie nie spojrzysz, tam trup. Gdzie nie pójdziesz, tam grób. Czy istnieje jednak lepsze remedium na obsesję śmierci, jeśli nie śmierć właśnie? Chorwacki generał ze "Stanu wyjątkowego" idzie na polowanie, bo kolega - także generał - powiedział mu, że zabijanie robi dobrze na myśli samobójcze. Tyle że w lesie widzi to samo, co i we śnie - jacyś ludzie kopią dół na zwłoki, inni niosą trumnę. To czarna magia czy żarty ze starego żołdaka? Sen czy jawa? Przez to pomieszanie porządków generalski nabój, zamiast w bobra, trafia w tyłek innego myśliwego. Taki pech człowieka z bronią, jak to w życiu. 

 Ale życie nie jest wcale najważniejszym tematem filmu Brešana. Wręcz przeciwnie: to satyryczny rytuał odprawiony na cmentarzu politycznym. Cmentarzu chorwacko-serbskim, który codziennie nawiedzają duchy wojny. U jednych wywołują poczucie winy, dla innych są symbolem krzywdy i niesprawiedliwości. Nie trzeba być jednak wielkim znawcą konfliktu na Bałkanach, żeby wiedzieć, że główna linia podziału przebiega także między tymi, którzy wydawali rozkazy - i uniknęli odpowiedzialności - oraz tymi, którzy zabijali i ginęli. Ta wielka gonitwa po kraju świeżych ran i pospiesznie zasypanych grobów odbywa się w kluczu surrealistycznym. W kompozycji szkatułkowej przechodzimy przez kolejne sny - oraz sny w snach -odkrywając powiązania między trzema głównymi wątkami: generała, ministra i starego obywatela. 

 Najważniejszym - i spajającym wszystkie pozostałe - jest bez wątpienia ten ostatni. Oto grupa zamaskowanych emerytów, przebrana w koszulki piłkarskiej reprezentacji narodowej, otwiera grób Franjo Tuđmana, zmarłego w 1999 roku prezydenta Chorwacji, i wykrada jego zwłoki. W tym samym czasie podobna ekipa dziadków z Serbii uprowadza ciało Slobodana Milosievica. Wszyscy spotykają się w Zagrzebiu, w ciasnym mieszkanku Karla, żeby obradować nad dalszym losem bezcennych kości. Czemu ma jednak służyć cała ta narodowa profanacja? Czy chodzi o wyraz fanatycznego nacjonalizmu, którego ukoronowaniem powinno stać się selfie z martwym przywódcą? Nie zdradzę rozwiązania. Dość powiedzieć, że inny wątek to podobna enigma. Minister policji bierze udział w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod nowe skrzydło więzienia, ale zamiast stać spokojnie i słuchać hymnu, barykaduje się w celi upamiętniającej więźniów politycznych reżimu Tito. Premier i prezydent - ten drugi grany przez Daniela Olbrychskiego - powołują więc specjalny sztab kryzysowy. Nikt tutaj wcześniej nie widział polityka, który sam siebie wsadzałby za kraty. I to w dodatku za niewinność. 

Całą recenzję przeczytacie TUTAJ 
 
Kinofilia stosowana (recenzja filmu "Wspomnienia: Geneza "Obcego" reż. Alexandre'a O. Philippe)
Autor: Gabriel Krawczyk

 W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku? Nawet tam pobrzmiewa echo radości fanów "Obcego - 8. pasażera Nostromo" na wieść o tym, że Alexandre O. Philippe stworzył dokument o arcydziele Ridleya Scotta. Autor najbardziej geekowego porno ostatnich lat, czyli "78/52" (w całości analizującego prysznicową scenę z "Psychozy"), znów oddaje dziesiątej muzie to, co jej się należy. Widzom zaś serwuje fascynujący wykład z alienologii, po wysłuchaniu którego zapewne jeszcze raz (żeby tylko!) zechcą skonfrontować się z powstałym dokładnie 40 lat temu, jednym z najgłośniejszych horrorów w dziejach.


Początkiem, środkiem i końcem dokumentalnego śledztwa jest Sami Wiecie Która Scena. Ta, w której śmierć i narodziny trzymają się za rękę, a tzw. krąg życia ulega brutalnemu zniekształceniu. Philippe ponownie fiksuje się na szokującej scenie-niespodziance, która zapisała się na kartach historii kina. Niczym nowofalowe "szczury filmoteki", bez końca ogląda ten sam film, lecz zamiast iść w interpretacyjne fantazje i teorie spiskowe rodem z "Pokoju 237", argumenty potwierdzające wielkość tego kina woli wyciągać od innych. Wykorzystuje archiwalne nagrania i przeprowadza wywiady z żyjącą częścią ekipy, ale także wykorzystuje komentarze zakochanych w dziele Scotta historyków kina, dziennikarzy filmowych, podcasterów. Kolektywna opowieść traktuje o kolektywie. "Wspomnienia: Geneza Obcego" dowodzi, że genialne dzieło filmowe nie powstaje w mgnieniu oka, jest efektem blokad i zawahań wielu twórczych osobowości.

 Odpowiedzialny za zalążek scenariusza Roger Corman wspomina więc o pomocnych znajomościach Alejandra Jodorowskiego, aktorzy Tom Skerritt i Veronica Cartwright zaśmiewają się z makabrycznych kuluarów narodzin kosmity, a producent Ronald Shusett z dziecięcym entuzjazmem uświadamia, że początkiem tytułowego monstrum był ni mniej, ni więcej gwałt. Obok kolejnych gadających głów najważniejszy okazuje się jednak nieżyjący duet Dan O'Bannon H.R. Giger. Ten pierwszy wymyślił ksenomorfa, ten drugi nadał mu kształt, obaj byli katalizatorem artystycznej ekspresji Ridleya Scotta. Jednak co zainspirowało tych dwóch oryginałów? Powiedzieć, że starożytne fantazje Lovecrafta, deformacje z płócien Francisa Bacona i literacki pierwowzór "Coś" Johna Carpentera, to nic nie powiedzieć. Aż dziw, że mieszanka wpływów z greckiej mitologii, egipskiej ikonografii czy prozy Josepha Conrada dała tak wybitną kompozycję. Inspiracje rodem z amerykańskich komiksów każą z kolei zapytać o definicję plagiatu. Kto wie, czy gdyby uwolnić O'Bannona od problemów z jelitami i owadzich fobii, popkultura wyglądałaby dzisiaj tak samo...

Całą recenzję przeczytacie TUTAJ 

Dziecko wojny (recenzja filmu "Malowany ptakreż Václav Marhoul)
Autorka: Małgorzata Steciak


"Malowany ptakw reżyserii Václava Marhoula walczy o Złotego Lwa na festiwalu filmowym w Wenecji. Ekranizacja głośnej książki Jerzego Kosińskiego z 1965 roku to czesko-słowacko-ukraińska koprodukcja z międzynarodową obsadą, na czele ze Stellanem SkarsgardemUdo Kierem i Harveyem Keitelem.

Václav Marhoul zaznacza, że odcina się w swojej wizji od osoby Jerzego Kosińskiego i związanych z książką kontrowersji. Nazywa autora wprost kłamcą, który sprzedał powieść jako autobiograficzną, mimo że przeżycia bohatera nie miały wiele wspólnego z jego własnymi. Wie, że być może Kosiński w ogóle "Malowanego ptaka" nie napisał. Deklaruje, że traktuje tekst całkowicie jako fikcję, ale w swoim filmie chciał pozostać jak najbliżej autentyzmu. Omijając inscenizacyjne klisze, opowiadając historię Chłopca w czerni i bieli, bez użycia muzyki, zawrzeć w nim uniwersalne doświadczenie wojny widzianej oczami dziecka.

Przez pierwszy kwadrans seansu byłam absolutnie porażona przemocą spływającą z ekranu. Już w scenie otwierającej granego przez Petra Kotlára Chłopca napada grupa dzieciaków, która podpala jego ukochane zwierzątko żywcem. Po powrocie do domu bohater zastaje w izbie zmarłą ciotkę, ze strachu rozbija lampę naftową i podpala dom. Następnego dnia grupa chłopów okłada go kijami i sprzedaje znachorce, która oznajmia, że czarnookie dziecko jest pomiotem diabła, potrafi przywoływać demony, zakwaszać mleko i zatruwać wodę w studni. A to dopiero początek wędrówki Chłopca przez najniższe kręgi wojennego piekła. I czego tu nie ma! Po drodze będzie jeszcze zakopanie w ziemi, rozdziobanie przez ptaki, nurkowanie w gnojówce, wyłupywanie oczu, gwałty, bicie, pedofilia, zoofilia, a potem więcej gwałtów i jeszcze więcej bicia. Podczas swojej podróży bohater przymierza kolejne tożsamości niczym kostium, staje się ministrantem, żołnierzem, rolnikiem, kochankiem. Z czasem z ofiary staje się katem.

Niestety, przemoc serwowana w takiej ilości bez żadnego wytchnienia sprawia, że cała ta gehenna bardzo szybko staje się cokolwiek mechaniczna i nużąca. Przerażenie ulatuje, a w jego miejscu pojawiają się zniecierpliwienie, frustracja i emocjonalne znieczulenie. Nie pomaga ciężka reżyserska ręka Marhoula, którego zamiłowanie do prostych inscenizacyjnych rozwiązań i zbytnie poleganie na poetyzmach zdecydowanie zbyt często sytuuje "Malowanego ptaka" na granicy kiczu i tzw. torture porn. Według mnie reżyser nawet kilkakrotnie ją przekracza.

Całą recenzję przeczytacie TUTAJ
Udostępnij: