Recenzja filmu Lighthouse (2019)
Robert Eggers

Światełko w mroku

Willem Dafoe i Robert Pattinson dają koncert aktorstwa totalnego. W ekspresjonistycznym światłocieniu ich twarze momentami wydają się wykute z kamienia, ich sylwetki - posągowe, ich emploi - ...
Filmweb sp. z o.o.
"Było sobie dwóch facetów w latarni morskiej…" - można zaintonować na otwarcie filmu Roberta Eggersa. Światło tej latarni wydaje się przecież docierać z jakichś zamierzchłych kinowych czasów, zza mgiełki grubego ziarna czarno-białej taśmy, w cudzysłowie kwadratowej ramki kadru. Nieprzypadkowo "Lighthouse" rozpoczyna scena zmiany warty: dwie sylwetki na tle rozszalałego morza zamieniają się miejscami z dwiema innymi. W optyce reżysera czas ulega  zapętleniu, cykl dobiega końca i rozpoczyna się na nowo. Demony kina niemego z początku minionego wieku ożywają na powrót pod maską współczesnego arthouse’u. Zmieniają się twarze aktorów i logotypy wytwórni w napisach początkowych, ale odwieczna groza wciąż ta sama.

Jest tutaj więcej powrotów zza grobu. W "Lighthouse" odzywa się również duch poprzedniego filmu Eggersa, "Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii". To przecież kolejna opowieść o egzystencjalnej paranoi, w jaką wpędza człowieka konfrontacja z surowym autorytetem natury. Tamten film miał jednak wydźwięk niemalże feministyczny. Twórca przepracowywał kod kobiecości - jako ikony tyleż zła, co emancypacji. "Lighthouse" rzuca tymczasem snop światła na pierwiastek męski. Cytując samego reżysera: to film o tym, że nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie. Zamiast Thomasin mamy więc Thomasa, zamiast patriarchalnego gorsetu - gorączkę toksycznej męskości. A zamiast niby-bajki - coś bliższego przypowieści. 

Na pierwszy rzut oka ta paraboliczność wydaje się jedynie podrygiem nostalgii, pustą kinofilską manierą. Istotnie, łatwo rozpisać "Lighthouse" na wiązankę cytatów, bo Eggers świadomie wpisuje się w pewną tradycję - czy raczej szereg tradycji. Są tu macki Lovecrafta, szaleństwo Poego i obsesja Melville’a. Jest symbolika rodem z Freuda i ostre cienie rodem z niemieckich ekspresjonistów. Z ekranu straszą powidoki nie tylko "Nosferatu" Murnaua czy "Wampira" Dreyera, ale i nawet "Głowy do wycierania" Lyncha

Ten bagaż tradycji nie jest jednak byle ornamentem. Wręcz przeciwnie: to sedno filmu. Przecież schody, które prowadzą na szczyt latarni, układają się w spiralę, a Eggers opowiada historię starą jak świat: o synu zmagającym się z ojcem, o człowieku zmagającym się z bogiem. O buncie przeciw literze prawa i tradycji; o walce z zakazem i przesądem. Spytacie, czy reżyser przepisuje mit o Prometeuszu czy może raczej prawi moralitet, zabierając nas na wyprawę do czyśćca? Tak.

Cała ta gęsta i wieloznaczna metaforyka stoi jednak na fundamencie konkretu. Eggers - znów, zupełnie jak w poprzednim filmie - skrupulatnie odtwarza realia epoki i inscenizuje fascynujący spektakl surowej codzienności bohaterów. Jego sceną jest niegościnna, targana falami skała, zapuszczone wnętrza kwatery, mroczne bebechy maszynowni, w której pulsują złowrogie tryby. Na owej scenie rozgrywa się zaś zapętlony w nieskończoność taniec obowiązków - czyszczenia zbiornika wodnego, palenia w piecu, noszenia oleju do latarni - każdorazowo wieńczony obowiązkową wspólną kolacją latarników, kiedy dzień trzeba spuentować łykiem czegoś mocniejszego. Eggers pokazuje, jak rutyna przepoczwarza się w hipnotyczny trans, jak zaburza poczucie czasu, jak sprowadza ludzi do roli ciał pędzących po swoich orbitach, aż do gorączkowego zawrotu głowy.  

Willem Dafoe i Robert Pattinson dają tu koncert aktorstwa totalnego. W ekspresjonistycznym światłocieniu ich twarze momentami wydają się wykute z kamienia, ich sylwetki - posągowe, ich emploi - mityczne. Ale obaj są tu zarazem niezwykle ludzcy i przyziemni. Poważni tak bardzo, że miejscami zabawni. Fizyczni tak bardzo, że aż fizjologiczni. I jest w tej ambiwalencji coś niemal teatralnego, co rymuje się z intymną, klaustrofobiczną atmosferą filmu.

Eggers rozpina bowiem swoich bohaterów między skrajnościami: z jednej strony ciągnące w dół ciało, z drugiej - wzlatujący w górę język. Tu pierwotne popędy i odruchy, pot, krew i sperma. Tam retoryczne ornamenty i muzyka dialogów, zaklęte w słowach niestworzone historie i szczytne idee. Reżyser szuka związku między jednym i drugim. Zdaje się pytać: czy wszystkie te opowieści o starożytnych bóstwach, złowieszczych doppelgangerach i kuszących syrenach nie są aby tylko wyrazem odwiecznego konfliktu ciała i umysłu? A powtarzający je ludzie - czy to nie byle ćmy lecące do światła? Latarnia majaczy w mroku oceanu, snop projektora rozświetla ciemności sali kinowej - horror wątpliwości pozostaje.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (185 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię