Artykuł

Ameryka z piasku i mgły

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Ameryka+z+piasku+i+mg%C5%82y-70772
Oglądając to wszystko, co rokrocznie wypluwa z siebie Fabryka Snów, aż trudno uwierzyć, że takie miejsca, jak pokazana w filmie Debry Granik "Do szpiku kości" osada, w ogóle w Ameryce istnieją. Miejsca brudu, rozpadu, wilgoci, wszechogarniającej biedy, ludzi żywiących się odpadkami albo darowanymi produktami, które zdążyły stracić termin ważności.

Tym razem Michael Moore, chyba najbardziej rozpoznawalny amerykański trybun, poszedł na całość. Po ataku i moralnym zwycięstwie nad przemysłem zbrojeniowym, administracją George'a W. Busha, systemem zdrowotnym, po drobiazgowych śledztwach, Moore wyruszył na wojnę z kapitalizmem. I ją – przy wydatnej pomocy montażystów i wrodzonej bezczelności – wygrał, a przynajmniej tak mu się wydaje. "Kapitalizm, moja miłość" to gruby film, grubymi nićmi szyty. Wnioski, które z niego można wyciągnąć, są niespecjalnie przekonujące, tak jak niespecjalnie przekonujący jest sam tok rozumowania filmowca. Moore dowodzi, że kryzys finansowy jest skutkiem tego, że Amerykanie stali się chciwi i zapomnieli o demokracji. To piękna myśl, szlachetna, tylko co na to Chińczycy? W Kraju Środka gospodarka kapitalistyczna ma się całkiem dobrze, o demokracji jakoś nikt nawet nie wspomina. 


W filmie Moore’a osobą, z którą autor wiąże największe nadzieje, jest Barack Obama. Od powstania filmu – 2009 – nastroje uległy diametralnej zmianie, wielu, którzy jeszcze wczoraj gorliwie w niego wierzyli, dziś jest rozczarowanych. Obama jak do tej pory nie wprowadził żadnego Nowego Ładu – trudno powiedzieć, by Waszyngton strącił z piedestału bożka Friedmana i na nowo powrócił do filozofii Keynesa. Wszystko to nie zmienia faktu, że "Kapitalizm, moja miłość" jest ciekawym i ważnym obrazem współczesnej Ameryki. Można oczywiście nie lubić metody Moore’a, nawet oburzać się na jego manipulatorskie strategie, jednak trzeba przyznać, że jest on czujnym obserwatorem, czułym na dramat zwykłego człowieka.

W tym dokumencie jest mnóstwo scen, które wywołują efekt dzięki opowiadanym przez ludzi historiom, a nie montażowi atrakcji. Obserwujemy społeczeństwo, które zostało przerąbane na pół siekierą. Z jednej strony spasieni koryfeusze neoliberalizmu: szefowie banków, którzy wyrzucają ludzi na bruk i w tej samej chwili wypłacają sobie milionowe premie, i politycy, dla których polityka zaczyna się i kończy na lobbingu. Obok nich krążą sępy: spekulanci giełdowi, agenci nieruchomości, którzy skupują za bezcen przejęte przez banki mieszkania i domy, oraz windykatorzy. Po drugiej stronie barykady są natomiast wszyscy ci, którzy biednieją proporcjonalnie do bogacenia się klasy wyższej: robotnicy z zamykanych fabryk, rolnicy wyrzucani ze swoich farm, ludzie na bruku.

W wielu amerykańskich filmach – choć oczywiście nie aż w tak wielu, na pewno nawet nie w co drugim – można zobaczyć taki obrazek: wymarłe dzielnice, rząd domów, w których okna i drzwi pozabijane są płytami paździerzowymi. Wygoniono z nich domowników, których nie stać było albo na czynsz, albo na spłatę rosnącego z miesiąca na miesiąc kredytu. Powodów oczywiście jest mnóstwo, ważny jest jednak fakt, że ci, którzy budynek przejęli, wolą zostawić go na pastwę losu, niż pozostawić go tym, którzy znaleźli się na zakręcie. Skąd ta zaciekłość?

"Dom z piasku i mgły"

Loic Wacquant, francuski socjolog od lat pracujący w Stanach, uważa, że stoi za nią silny moralizm, za którym znowu stoi równie silne przekonanie: "Jeśli jesteś biedny, wynika to z niedostatku twojego charakteru, braku etyki pracy". "Indywidualistyczny moralizm – mówi dalej Wacquant – był siłą napędową reakcji przeciwko społecznym funkcjom państwa, która osiągnęła punkt kulminacyjny w latach osiemdziesiątych, a zwieńczenie w reformie Clintona z 1996 roku. Zamiast prawa – jest konieczność zaakceptowania nawet najpodlej opłacanej pracy, bez dodatkowych beneficjentów, bez urlopów, żeby utrzymać się na powierzchni". W "Domu z piasku i mgły" Vadima Perelmana kilkunastodniowa zwłoka w zapłacie 500 dolarów sprawia, że do mieszkania Kathy, wiążącej z trudem koniec z końcem, samotnej kobiety po przejściach, która próbuje wyjść na prostą, puka ekipa szeryfa i każe jej opuścić dom. Podczas gdy ta próbuje złożyć w urzędzie papiery zaświadczające o bezprawności eksmisji, hrabstwo sprzedaje jej posiadłość. Na domiar złego, kupuje ją nie beneficjent, ale ofiara systemu: harujący na dwa etaty, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości uchodźca z Iranu. Na wyniszczającą walkę starej właścicielki i nowego właściciela wszyscy patrzą jak na marne przedstawienie za grubą szybą – nikt nie zamierza się wtrącać, przyznawać do winy. Katastrofa jest nieunikniona. 


"Dom z piasku i mgły"

Z podobną sytuacją mamy do czynienia w "Do szpiku kości" Debry Granik. Gdy do mieszkania 17-letniej Ree Dolly, która samodzielnie wychowuje dwoje rodzeństwa, przychodzi policjant, by powiadomić ją, że dom, w którym mieszka, zostanie zlicytowany, dziewczyna nie może liczyć na niczyją pomoc. W górach Ozarak, pośród których mieszka, oprócz skorumpowanego i wystraszonego policjanta, państwo praktycznie jest nieobecne. Puste miejsce po nim zajęła struktura rodowa, ponura i barbarzyńska, kierująca się własnym kodem, sama wymierzająca kary.

Oglądając to wszystko, co rokrocznie wypluwa z siebie Fabryka Snów, aż trudno uwierzyć, że takie miejsca, jak pokazana w filmie Granik osada, w ogóle w Ameryce istnieją. Miejsca syfu, rozpadu, wilgoci, wszechogarniającej biedy, ludzi żywiących się odpadkami albo darowanymi produktami, które już zdążyły stracić termin ważności. Rozpadających się domów, zalegających na polach i nieużytkach wraków samochodów. Miejsca, z których praktycznie nie ma ucieczki. Miejsca, od których ludzie uciekają albo w narkotyki albo prosto na wojnę w Iraku.

Miejsca takie nie są jednak niczym niezwykłym, w kinie spoza głównego nurtu znajdziemy ich całkiem sporo. Na południe od gór Ozarak leży chociażby delta Missisipi, w której rozgrywa się kolejny dramat w scenerii z błota i rdzy. W "Balaście" Lance’a Hammera – filmie, podobnie jak "Do szpiku kości", nagrodzonym w Sundance – obserwujemy: matkę, która pracuje za grosze, a potem nie pracuje już wcale; jej syna spędzającego czas na gapieniu się w ekran telewizora, dla którego jedynym autorytetem jest lichy gangster – diler narkotykowy; i cierpiącego na depresję zwalistego mężczyznę, o którego nikt poza sąsiadem się nie troszczy. Hammer nie roztkliwia się nad swoimi bohaterami, pokazuje jedynie, że podobnie jak Ree zostali zdani tylko na siebie, że jedyne, co może ich ocalić, to rodzina, nieustannie podkopywana przez zewnętrzny świat.

 
"Do szpiku kości"

Pośród nagrodzonych w Sundance filmów znalazł się także "Hej, skarbie" Lee Danielsa, opowieść o spauperyzowanym społeczeństwie, doskonale ukazująca, jak ryzykowne jest opowiadanie o biedzie i poniżeniu w kinie. Sytuacja wyjściowa jest tak mocna, że w sumie trudno powiedzieć, co dalej można z nią zrobić. W głównej roli – młoda dziewczyna, okropnie otyła, wielokrotnie zgwałcona przez swojego ojca, matka jego dwojga dzieci, z których jedno ma zespół Downa. Obok niej jej matka – rozwalona na kanapie, wyklinająca, rzucająca w córkę garami, przyklejona do telewizora, opychająca się słodyczami, wykorzystująca wadliwy system opieki społecznej. Tym razem nie jesteśmy już na prowincji, tylko w Nowym Jorku, ale Nowy Jork tu nic nie zmienia – Precious, bohaterka filmu Danielsa, nie ma wcale łatwiejszego życia niż Ree. Różni się od niej tylko tym, że reżyser obdarzył ją popkulturową wyobraźnią, marzeniami zasilanymi przez srebrny ekran. Wszystko pięknie, tylko dlaczego te iluzje przeciekają do samego świata. Oto masakra zamienia się w bajkę. Poniżana, cierpiąca przez lata dziewczyna z dnia na dzień znajduje się w innym świecie – w świecie, gdzie, jak to w piosence, ludzi dobrej woli jest po prostu więcej. Na horyzoncie pojawia się wspaniałomyślna pani Rain i równie współczująca pani Weiss. Ta pierwsza jest ideałem nauczyciela, od tej drugiej niejedna pracownica socjalna mogłaby się uczyć, czym jest empatia.

Precious staje na nogi, usamodzielnia się, zdobywa edukację, myśli o studiach, staje się więc kimś, kto sam się podźwiga, kimś, kto jest godny zainteresowania. Droga, którą przeszła, to dowód na to, że jednak można. Tymczasem autor "Więzienia nędzy" w rozmowie z Arturem Domosławskim mówi, że "Ameryka nie ma pomysłu, co zrobić z rosnącą populacją miast, co zrobić z upadającymi gettami. A może wcale nie chce się z tym zmierzyć na serio właśnie dlatego, że te problemy podważają wszystkie amerykańskie mity: indywidualizmu, równych szans, powszechnego bogactwa. Mity te gwałcone każdego dnia, w realiach wielkich miast są fałszem. Narzędziem kontroli, szczególnie ludności gett, są z jednej strony – karne instytucje państwa, z drugiej surowy rynek pracy, na którym biedni mogą dostać tylko pracę za bardzo niską płacę, bez dodatkowych praw".


Najlepszym obrazem, ostrzegającym przed problemem, o którym mówi Wacquant, jest serial "Prawo ulicy", brawurowy, wnikliwy społeczny fresk, pokazujący życie w amerykańskim getcie oraz struktury miejskich władz. Patrząc na Baltimore – bo w tym mieście rozgrywa się akcja – słynna teoria "zbitej szyby", wymyślona przez Jamesa Wilsona, mówiąca o tym, że nawet najmniejszy nieporządek na ulicy jest zwiastunem rosnącej przestępczości, wygląda po prostu jak żart. W tym mieście są całe dzielnice bez okien. Dziury po nich najczęściej pozalepiane są płytami pilśniowymi, tymi samymi, o których pisałem trochę wcześniej. Gangsterzy umieszczają za nimi wszystkich, których zlikwidowali w pojedynkach o prawdziwą władzę nad miastem.

Tu policjanci nie mogą sobie pozwolić na słynną akcję "zero tolerancji", która według ekipy Giulianiego oczyściła z przestępczości Nowy Jork (co oczywiście wcale nie jest prawdą – nikt nie wykazał związku między akcją "zero tolerancji" a spadkiem przestępczości, co więcej, w San Francisco podobnej akcji w podobnym czasie, tj. w latach 90., nie było, a przestępczość też spadła). Gdyby chcieli reagować na każde, nawet najdrobniejsze przewinienie, musiałoby ich być dziesięć razy więcej. Co zresztą dałyby zatrzymania? Więcej ludzi za kratami, którzy po wyjściu wróciliby tam, skąd ich zgarnięto, by po jakimś czasie powrócić za kratki.

 
"Prawo ulicy"

Wszystko się powtarza, wszystko jest dziedziczone. Zmieniają się pokolenia, gangsterzy, politycy, policjanci, pracownicy socjalni, ale państwo jest ciągle tak samo bezradne. Dlatego bieda, tak samo jak bogactwo, przekazywana jest z ojca na syna. Ci, którzy urodzili się w gettach, mają w zasadzie dwa wyjścia – ćpanie na ulicy albo śmierć w pojedynku gangsterskim. Przesadzam? Obejrzyjcie najpierw wszystkie pięć sezonów tego kapitalnego serialu, wtedy powiecie, czy przesadzam.
Udostępnij: