Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2019%3A+Prowincjonalia-131822

BERLINALE 2019: Prowincjonalia

  • autor: Adam Kruk, Jakub Popielecki
  • Relacja
Czy na tegorocznym Berlinale podzielono Konkurs Główny na dni tematyczne? W festiwalowy poniedziałek Emin Alper ("Blokada") zabrał nas na prowincję turecką, a Denis Côté ("Vic+Flo zobaczyły niedźwiedzia") – na prowincję kanadyjską. Ich filmy recenzują Adam Kruk i Jakub Popielecki.

***

Płomienie ("Kız Kardeşler", reż. Emin Alper)

Emin Alper wyrasta na jednego z najciekawszych tureckich reżyserów. Choć "Kız Kardeşler" to dopiero jego trzeci film, na pewno umocni jego pozycję wśród autorów światowego kina, bo każde jego dzieło, wzorem mistrza Ceylana, swoją wagą i rozmachem przypomina bardziej powieść niż współczesny film. Debiutanckie "Za wzgórzem" (2012) miało coś z westernu, ale i klechd o zwaśnionych rodach oraz przywiązaniu do ziemi. Nagrodzona w Wenecji "Blokada" (2015) była zaś dystopią osadzoną w Stambule przyszłości – i stała się niejako przepowiednią mającego nastąpić niebawem w Turcji zaostrzenia sytuacji społeczno-politycznej po nieudanym zamachu stanu. Po filmie tym zaliczono zresztą reżysera do twórców opozycyjnych bez szans na publiczne finansowanie. Na "Kız Kardeşler" środków szukać musiał u producentów prywatnych oraz za granicą: w Grecji, Holandii i Niemczech. Paradoksalnie jednak, trzeci film Alpera, okazał się dziełem najmniej z dotychczasowych politycznym.

1036621423.jpg

Za to bardzo osobistym – scenariusz oparł na własnych wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy wychowywała go przybyła z ubogiej wioski niania, o której życiu krążyły rozmaite legendy. Zanikający już zawód "przybranej siostry", która nosiła w Turcji nazwę "besleme", wykonują w "Kız Kardeşler" trzy siostry – skojarzenia z dramatem Czechowa są na miejscu, bo i tu opowieść pchają do przodu wyznania dziewcząt, ich skrywane marzenia i tajemnice. I tu mamy też do czynienia z uwięzionymi na prowincji postaciami, marzącymi o lepszym życiu, które zawsze jest gdzie indziej. Gdzie? W Ankarze albo przynajmniej w najbliższym miasteczku. Wszędzie, tylko nie w górskiej osadzie Anatolii, w której niegdyś funkcjonowała kopalnia, a obecnie świszczy mróz, nuda i bardzo malownicza bieda. 

By poprawić sytuację rodziny owdowiały (ale dalej radosny i zaradny) ojciec posyła swe córki do opieki nad dziećmi w bogatszych miejskich domach. Każda z nich – tak różnych, jakby obrazować miały trzy odmienne oblicza Turcji – zostaje jednak ze stancji odesłana. Najmłodsza – gdy dziecko, którym się opiekowała zmarło; średnia nie miała do swojego "braciszka" serca i cierpliwości; najstarsza zaszła zaś w ciążę. W filmie oglądamy zaledwie kilka dni, kiedy cała rodzina jest w komplecie. Początkowo towarzyszy temu radość bycia razem: siostry, jak te z "Mustanga", wymieniają się doświadczeniami, trochę świntuszą (erotyka okaże się w filmie bardzo ważna), wspólnie przygotowują ajran. Szybko jednak okazuje się, że żadna z nich tak naprawdę nie chce tu być. Wiadomo – na takie miejsca widok zazwyczaj piękny jest tylko z daleka.


Całą recenzję Adama Kruka przeczytacie TUTAJ.

***

Środek niczego ("Répertoire des villes disparues", reż. Denis Côté)

Cisza, spokój, jakieś pola, hula sobie wiatr. Krajobraz nawet sielski, gdyby nie to, że ciut zbyt postapokaliptyczny. Wtem zza kadru wjeżdża samochód, efektownie traci przyczepność, skręca ku poboczu i z hukiem uderza w stojącą pośrodku niczego ceglaną ścianę. Jak ręką uciął wraca cisza, a do wraku podkrada się tajemnicza grupka dzieci w upiornych maskach. Patrzą, patrzą, nic nie mówią, nie wiadomo, o co chodzi, cold open co się zowie. Trzy pierwsze minuty i już wiemy, że nic nie wiemy poza tym, że reżyser Denis Côté pozostał kinowym ekscentrykiem. Pewnie można by nazwać "Répertoire des villes disparues" ("Ghost Town Anthology") horrorem, ale po takim haśle nikt raczej nie spodziewa się filmu, który go tu czeka. Wysilmy się jednak na recenzencki bon mot: oto coś na kształt "Nocy żywych trupów", w której zamiast zastępów zombie mamy żywego trupa kanadyjskiej prowincji. 

Zrzut ekranu 2019-02-12 o 10.48.50.png

"Są takie karty, bez których sypie się cała talia", lamentuje burmistrzyni kanadyjskiej wioseczki, gdzie toczy się akcja filmu. To część mowy pogrzebowej: okazuje się, że w kraksie zginął młody Simon, zostawiając po sobie pogrążonych w żałobie rodziców i brata. Czy to samobójstwo czy nieszczęśliwy wypadek, banalny incydent czy tajemniczy wybryk? Mniejsza o to: wydarzenie i tak odciska swe piętno na małej wspólnocie. Żałobny spleen rozprzestrzenia się jak zaraza, a wybici z leniwego podmiejskiego rytmu mieszkańcy nie mogą dojść do siebie. Brat Simona zaczyna kwestionować sens dalszego mieszkania w okolicy. Jego znajoma Adèle, z natury aspołeczna i neurotyczna, coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Starsze małżeństwo nagle czuje się wyobcowane, nie znajdując już spełnienia w swojej ekscentrycznej codziennej rutynie. Pragmatyczna pani burmistrz próbuje desperacko utrzymać społeczność w ryzach, ale robi jedynie dobrą minę do złej gry.  

Śmierć jako początek lawiny dziwnych wydarzeń w prowincjonalnej mieścinie? Trudno winić tego, komu "Répertoire" skojarzy się zaraz z "Twin Peaks". Nie do końca słusznie, choć tu i tu brzmi podobne pytanie: czy tragedia zmieniła wspólnotę, czy może jedynie odsłoniła kurtynę zbiorowego wyparcia? Stawiam na to drugie. Côté podbija stężenie dziwności, ale wszystkie skrzypiące złowieszczo pustostany, zamarznięte zwierzęce zwłoki w lesie czy skradające się po okolicy zamaskowane istoty sprawiają wrażenie, jakby nie były tu niczym nowym. Po prostu czara goryczy się przelała i ludzie przestali je nagle ignorować. Wioska była swoim własnym duchem już od dawna, tyle że nikt nie chciał tego faktu zaakceptować. Wszyscy żyli niejako z rozpędu, z przyzwyczajenia, wykonując jedynie fantomowe odruchy.


Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.


zobacz też: