Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2019%3A+Czas+p%C5%82ynie-131885

BERLINALE 2019: Czas płynie

  • autor: Adam Kruk, Jakub Popielecki
  • Relacja
W norweskim "Ut og stjæle hester" Hans Petter Moland opowiada o mężczyźnie wracającym pamięcią do młodości sprzed pół wieku, a w chińskim "Di jiu tian chang" reżyser Xiaoshuai Wang mieści aż trzy dekady historii Państwa Środka. W Berlinie czas płynie na ekranach kinowych i poza nimi – festiwal ma się już bowiem ku końcowi. Jakub Popielecki i Adam Kruk zdążyli jednak jeszcze z kolejnymi recenzjami.

***


W poszukiwaniu straconego lasu ("Ut og stjæle hester", reż. Hans Petter Moland

Norweg Hans Petter Moland dopiero co przerobił swojego "Obywatela roku" (2014) na amerykański thriller "Cold Pursuit" (2019), a już ma dla nas nowy film. W "Ut og stjæle hester" ("Out Stealing Horses") również występuje Stellan Skarsgård, ale tym razem będzie trudniej o hollywoodzki remake z Liamem Neesonem w roli głównej. Ekranizacja cenionej książki Pera Pettersona to bowiem niespieszna, refleksyjna opowieść o mężczyźnie dumającym nad przemijaniem i rozliczającym się ze swoją przeszłością. Więcej tu patrzenia w dal i kontemplacji norweskiego krajobrazu niż czegokolwiek innego. Skarsgård siedzi w chatce i wspomina, jak za młodu biegał po lesie i kradł konie, a widz może zdecydować, czy jest to przenikliwe czy banalne.

Skjermbilde-2018-12-03-11.04.43.jpg

Aktor gra 67-letniego Tronda, który po śmierci żony przeprowadza się w głąb zaśnieżonej norweskiej prowincji. Kobieta zginęła w wypadku samochodowym, a mąż siedział wówczas za kierownicą, ale – jak sam twierdzi – nie czuje się winny, jedynie samotny. Dni płyną leniwie i ponuro, w nastroju zdecydowanie schyłkowym. Spotkanie z ekscentrycznym sąsiadem przypomina jednak mężczyźnie o pewnym wydarzeniu z czasów młodości i nagle odkręca się kurek retrospekcji. W otoczeniu zimowej pustki – niczym na bielutkim ekranie świadomości – Trond odtwarza sobie spędzone w tej okolicy lato 1948 roku. Ważne, przełomowe, tak zwane "formacyjne".

Sytuacja jest oczywiście symboliczna jak diabli. Mamy sylwester 1999 roku, coś się kończy, coś zaczyna, "zimowy" emeryt flashbackuje do czasów swojej wiosennej inicjacji, życia krąg, wiadomo. Moland i jego operator Rasmus Videbæk potrafią jednak sprzedać tę metaforę, bo mówią raczej obrazem niż słowami. Jak przystało na opowieść o "poszukiwaniu straconego czasu", "Ut og stjæle hester" to film niezwykle zmysłowy. Kamera łapczywie rejestruje tętniącą życiem przyrodę i spocone ludzkie ciała, rosę na listkach i krople potu na szyi. Jeśli można sfilmować mgiełkę nostalgii, to tu się jak najbardziej udało. Moland opowiada o tym, że tworzymy sobie w głowach prywatne ołtarze z utraconych doświadczeń i spędzamy życie, bijąc im tęskne pokłony. Wypowiedziane, brzmi to banalnie; zaklęte w kolejnych sensualnych kadrach – już nieco mniej.

 
Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.

***


Trzy dekady pokory ("Di jiu tian chang", reż. Xiaoshuai Wang)

Dwóch chłopców siedzi nad zalewem. Jeden chce dołączyć do ekipy, która pluska się już w wodzie, drugi się boi. Za chwilę dojdzie do tragedii. Nie będzie to jednak film o dzieciach, lecz o ich rodzicach. Yaojun i Liyun byli ze sobą od zawsze – obserwujemy ich, gdy pracują w latach 80. w fabryce, gdy rodzi im się synek, gdy przeprowadzają się na południe. Kiedy Liyun zachodzi w ciążę po raz drugi, w Chińskiej Republice Ludowej obowiązuje już polityka jednego dziecka. Zmuszona więc zostaje do aborcji – co gorsze, przez swą przyjaciółkę odpowiadającą w zakładzie za nowo utworzony departament planowania rodziny. Pojawi się jeszcze trzecie dziecko – sprawiający kłopoty adoptowany syn. Oj, będzie depresyjnie. Może nie aż tak, jak w "Siedzącym słoniu", ale nastrój jest tu konsekwentnie minorowy. Pod koniec warto mieć pod ręką chusteczki.

201914264_1_RWD_1380.jpg

Tytuł nowego dzieła Wanga Xiaoshuaia, zdobywcy nagrody w Cannes za "Szanghajskie sny", na angielski przetłumaczono jako "So long, my son". I faktycznie film jest long. Równiutkie 180 minut zmieścić miało trzydzieści lat z życia bohaterów, ale także ostatnie trzy dekady historii Chin – czas przeogromnych zmian, rozwoju miast, obrastania w dostatek, który zapewniła polityka Deng Xiaopinga, dzierżącego stery kraju od końca lat 70. Jest w "Di jiu tian changscena, w której stare już małżeństwo, odwiedzając niewidziane od lat rodzinne miasto, widzi pomnik komunistycznego lidera. Machają mu czule. Dziękują, mimo że skok cywilizacyjny wcale nie przyniósł mu szczęścia. Pokora to słowo, które najmocniej określa bohaterów.

Ciekawa jest konstrukcja filmu, dzięki której wydarzenia z ich życia oglądamy nielinearnie. Bliższa i dalsza przeszłość pojawia się na ekranie w sposób mający stopniowo odsłaniać motywacje bohaterów. Nie są oznaczone latami, to, w którym okresie życia bohaterów się znajdujemy, odgadujemy głównie po, świetnej skądinąd, charakteryzacji i kostiumach oraz zmieniającym się pejzażu modernizującego się Państwa Środka. Niektórych wydarzeń, takich jak rewolucja kulturalna, nie zobaczymy w ogóle – pojawiają się tylko we wspomnieniach młodości bohaterów.


Całą recenzję Adama Kruka przeczytacie TUTAJ


zobacz też: