Relacja

CANNES 2013: Życie i śmierć zapisane krwią

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2013%3A+%C5%BBycie+i+%C5%9Bmier%C4%87+zapisane+krwi%C4%85-95886
Na festiwalu w Cannes swoją premierę miał pierwszy angielskojęzyczny film Guillaume'a Caneta, twórcy "Nie mów nikomu". Z kolei w sekcji Un Certain Regard pokazano nowe dzieło Lucíi Puenzo, którą być może kojarzycie z "XXY".

Braterstwo krwi

To było nieuniknione. Guillaume Canet po zrealizowaniu kilku filmów w swoim ojczystym języku odważył się na debiut po angielsku. Dodajmy, że jest to debiut imponujący obsadą. Znalazło się w nim bowiem miejsce zarówno dla międzynarodowych gwiazd takich, jak Clive Owen i Mila Kunis, jak i gorących nazwisk z Europy (Matthias Schoenaerts). Przy takiej oprawie oczekiwania były wysokie.



Akcja filmu rozgrywa się w latach 70. w Nowym Jorku. Bohaterami są dwaj bracia. Jeden pracuje w policji, drugi większość życia spędził za kratkami. Ten pierwszy robił wszystko jak należy, nawet zerwał kontakt z Chrisem, bratem-rozrabiaką. Kiedy jednak Chris wychodzi na wolności, zmuszeni zostaną do wspólnego zamieszkania. Rozejm trwa tak długo, jak długo nie pojawią się problemy z pieniędzmi i pokusa, by wrócić na złą drogę. Wtedy rodzeństwo ponownie zostanie rozdzielone. Ale prawdziwy test łączącej ich więzi dopiero nadejdzie...

Aż dziwne, że "Blood Ties" wyreżyserował Canet. Jeśli fabuła wydaje się Wam znajoma, to jest tak nieprzypadkowo. Autorem scenariusza jest bowiem James Grey, który nakręcił "Ślepy tor" i "Królów ulicy". "Blood Ties" z całą pewnością można zaliczyć do tego samego cyklu. Mam wrażenie, że Canet był tego aż za bardzo świadomy. W "Blood Ties" brakuje typowej dla niego swobody w budowaniu "amerykańskiej" narracji – wystarczy przypomnieć sobie "Nie mów nikomu", które było lepsze od niejednej hollywoodzkiej produkcji (i które doczeka się amerykańskiego remake'u). "Blood Ties" Canet poprowadził bardzo sztywną ręką. Do tego jest mu zbyt blisko do reżyserskich dokonań Greya. Z Caneta zostało tu niewiele.

Co ciekawe, "Blood Ties" wypada najsłabiej w widowiskowych scenach, a zyskuje w scenach statycznych, zamkniętych, intymnych, nad którymi trzeba było popracować. Ten drugi rodzaj kina jest Canetowi dobrze znany; mając wielkie nazwiska w obsadzie, doskonale wiedział, jak je najlepiej wykorzystać. Można zliczyć wiele drobnych scen, szczególików, dzięki którym widać, że czeka go przyszłość w międzynarodowym kinie. Na szczęście ten francuski reżyser triumfuje za sprawą ostatniej sekwencji podwójnej pogoni. Jej odbiór zostaje dodatkowo wzmocniony za sprawą świetnego muzycznego tematu: prostego, a zarazem mocno wciągającego. Do tego dochodzi ostatnie spojrzenie, które mówi wszystko. W tym momencie można filmowi wszystko wybaczyć.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak trzymać kciuki za dalszy rozwój reżyserskiej kariery Caneta.

Anioł Śmierci w gościnie

Lucía Puenzo nie boi się trudnych tematów. Udowodniła to już chociażby w znakomitym "XXY". Tym razem postanowiła zmierzyć się z jedną z najbardziej niesławnych postaci XX wieku: Josefem Mengelem, zwanym Aniołem Śmierci.



Kiedy widzimy go po raz pierwszy, wypada zupełnie niepozornie. Grany przez Àlexa Brendemühla, wydaje się kolejnym obcokrajowcem w Argentynie, co po II wojnie światowej nie było tam niczym szczególnym. Z czasem poznajemy go coraz lepiej i wciąż sprawia pozytywne wrażenie: troszczy się o dziewczynkę, która ma problemy ze wzrostem, jest zaniepokojony stanem ciężarnej matki niskiej dziewczyny, niby z czystej serdeczności daje jej witaminy i żelazo na wzmocnienie. Kiedy w końcu odkryjemy całą prawdę, zrozumiemy, czym jest potwór w ludzkiej skórze.

"Wakolda"
to mrożące krew studium ludzkiej obsesji, która przy odpowiednich środkach finansowych nie zna żadnych granic. Mengele jest postacią w sposób doskonały pozbawioną empatii, ale zarazem świetnie ją symulującą. Dla niego istota ludzka jest po prostu kolejnym obiektem pełnym żywych tkanek i materiału genetycznego, na którym można prowadzić eksperymenty, by zaspokoić nienasycony głód wiedzy. Jest osobą tym bardziej przerażającą, że wykonuje zawód wyjątkowego zaufania publicznego. Lekarzowi "z urzędu" należy wierzyć.

Jednak "Wakolda" to również przypowieść o tożsamości i walce skłonności do uniformizmu z potrzebą zaznaczenia własnej odrębności. Identyfikacja poprzez przynależność wydaje się jednym z ulubionych tematów reżyserki. Podobnie jak we wspomnianym "XXY", tak i tu mamy do czynienia z młodą bohaterką odstającą od rówieśników. Jednak tym razem Puenzo w swojej krytyce konformizmu posunęła się tak daleko, jak nigdy dotąd. Nadając mu twarz Mengele, reżyserka skorzystała z dość popularnego w minionym wieku demonizowania dyktatu większości. Scena z idealnymi lalkami produkowanymi maszynowo, choć przecież wydaje się zupełnie niepozorna, przeraża bardziej niż większość slasherów.



Siłą obrazu jest zdolność reżyserki i aktorów do budowania wiarygodnych więzi emocjonalnych. To na nich bowiem opiera się cały misterny plan reżyserki. Puenzo sporo ryzykowała. Wystarczyłby jeden błąd i mogłoby dojść do tragedii. Reżyserka "Wakoldy" zaprasza widzów do obserwowania chorej gry psychologicznej, w jaką "bawi się" Mengele. Jeśli ktoś z Was przekonany jest, że sam szybciej poznałby bezwzględną manipulację bohatera, ten zostanie wyprowadzony z błędu. Puenzo nie daje nam żadnych złudzeń: każdy ma słaby punkt, który prędzej czy później zostanie przez kogoś wykorzystany.

Jeśli ktoś z Was ma słabość do kina, niech będzie przygotowany: ten film trafi w gusta wielu widzów.