Relacja

CANNES 2013: Rodzina znaczy ból i cierpienie

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2013%3A+Rodzina+znaczy+b%C3%B3l+i+cierpienie-95813
W kolejnym dniu canneńskiej imprezy na pierwszy plan wyszła rodzina. "Przeszłość" oraz "Jaki ojciec, taki syn" - dwa filmy z konkursu o Złotą Palmę - pokazują rodzinę jako więź międzyludzką, której podstawą są ból i cierpienie. Ich źródłem są tajemnice, które budują i zarazem rujnują ludzkie relacje.

Powrót mistrza

Asghar Farhadi jest jednym z nielicznych prawdziwych mistrzów współczesnego kina. Udowodnił to ponad wszelką wątpliwość fenomenalnym "Rozstaniem", a teraz potwierdził nieco tylko słabszą "Przeszłością" ("Le passé"). Mistrzostwo Farhadiego polega na tym, że w zasadzie za każdym razem kręci ten sam film i za każdym razem jest to film niezwykły, wyjątkowy, fascynujący.

Punkt wyjścia jest banalny. Do Francji przylatuje Ahmad, a z lotniska odbiera go żona. Już wkrótce "była", ponieważ Ahmad wrócił po czteroletnim pobycie w Iranie tylko po to, by podpisać papiery rozwodowe. Marie potrzebuje tego, gdyż planuje ślub z właścicielem pralni. Szybko okazuje się, że prosta sprawa komplikuje się. A kiedy na jaw zaczną wychodzić kolejne tajemnice, zrobi się naprawdę dramatycznie. Nikomu nie zostanie oszczędzony okrutny los.

Farhadi jest chyba jedynym twórcą, który nic nie zmieniając, cały czas tworzy coś nowego. Jego filmy ogląda się jak pierwszoligowe kino sensacyjne. Co chwila fabuła robi brawurową woltę. Wszystko, co wiedzieliśmy, zostaje zakwestionowane, a kiedy już ochłoniemy, okazuje się, że wciąż mamy do czynienia z półprawdami i kolejne tajemnice znów podważą sądy bohaterów, a co za tym idzie i widzów. Zamiast jednak pościgów, strzelanin i widowiskowych pułapek, całość rozgrywa się w murach zwyczajnych domostw, w obrębie rodziny i znajomych. Farhadiemu wystarczą tylko dobrzy aktorzy i słowa, by stworzyć efekt, nad którym w Hollywood biedzą się setki osób.

Scenariusz "Przeszłości" to kolejna perła w kolekcji Farhadiego. Lojalnie ostrzegam: napisana przez Irańczyka fabuła wciąga i zaskakuje do ostatniej minuty. Reżyser ma też doskonałą rękę do prowadzenie aktorów. Jest tak wspaniałym artystą, że nawet bardzo słaba znajomość francuskiego nie przeszkodziła mu w wydobyciu z trójki aktorów wszystkiego, co mają najlepszego do zaoferowania. Ali Mosaffa, Bérénice Bejo i Tahar Rahim – ich grę ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Potrafią oddać całą gamę emocji i w scenie kłótni i w scenie milczącego zmagania się z bólem. Są tak dobrzy, że widzowi nie pozostaje nic, jak tylko żałować, że jest to tylko film, a nie widowisko teatralne, gdzie można byłoby obcować z efektami pracy Farhadiego na wyciągnięcie ręki.

"Przeszłość" nie jest filmem aż tak dobrym, jak "Rozstanie". To jednak zrozumiałe. Tamten film jest dziełem skończonym, jednym z tych filmów, które znajdą się w kanonie 100 najlepszych obrazów XXI wieku. Taka porażka to żaden dyshonor, zwłaszcza że "Przeszłość" i tak imponuje. Mało który reżyser potrafi tyle lat utrzymać się na szczycie bez popełniania artystycznej wpadki. Tym razem Farhadi zaliczył jedynie drobne potknięcie. Ale ma to miejsce w ostatniej scenie, więc można mu to wybaczyć. Jeśli lubicie proste historie, które tak naprawdę są skomplikowane, to najnowszy film Farhadiego po prostu musicie zobaczyć.



Syn, czyli kto?

Porodówki nie mają ostatnio dobrej passy w kinie. W Polsce możemy oglądać "Oszukane", zaś w Japonii powstał dramat "Jaki ojciec, taki syn" ("Soshite chichi ni naru"). Oba poruszają ten samy temat zamiany noworodków.

W filmie Kore-Edy Hirokazu bohaterami są dwie pary: Nonomiya i Saiki. Sześć lat temu w obu tych rodzinach na świat przyszedł syn. Teraz dowiadują się, że synowie powędrowali nie do tych rąk, co potrzeba. Obie rodziny muszą zdecydować, co zrobić ze świadomością, że przez lata obdarzali miłością nie swoje dziecko. Wspólnie próbują się poznać, zrozumieć zaistniałą sytuację i nadać jej sens. Od czasu do czasu pojawiają się tarcia wywołane kompleksami, strachem lub po prostu egoizmem.

Zaletą filmu jest to, że Hirokazu oparł się pokusie tabloidyzacji historii. Nie ma tu nawet jednego momentu, w którym można by posądzić reżysera o szukanie taniej sensacji. Hirokazu unika również ckliwości. Nie zamienił fabuły w tani wyciskacz łez, choć przecież temat sam się o to prosił. Zamiast tego postanowił na poważnie zająć się odpowiedzią na pytanie, jak też ludzie mogą zachowywać się w tak przykrej dla wszystkich sytuacji. Musi być cierpliwym i bacznym obserwatorem ludzkiej egzystencji, ponieważ stworzył naprawdę bardo prawdziwe postaci. Widz nie będzie miał większych kłopotów z utożsamieniem się z nimi, a co za tym idzie z doświadczeniem na własnej skórze niemożliwego dylematu, przed jakim stanęli bohaterowie.

Jednak to, co jest siłą filmu, jest zarazem i jego słabością. Wydaje się bowiem, że Hirokazu tak bardzo chciał ulec pokusie skandali i ckliwości, że działał zbyt asekurancko. Jego artystyczne wybory są bezpieczne, a przez to mało ciekawe. "Jaki ojciec, taki syn" jest niestety przykładem na to, jak temat obrazu zdominował samą fabułę. I co z tego, że aktorzy całkiem zgrabnie poradzili sobie z przypisanymi rolami? Całość przecież i tak opiera się wyłącznie na pomyśle z podmienionymi dziećmi. Już to wystarczy, by wzburzyć widownię. A tymczasem w kinie to nie temat, a jego prezentacja powinna być najważniejsza. W innym wypadku można byłoby sobie darować kręcenie filmów i zatrzymać się na etapie pisania do nich opisów.

Może jestem nieco zbyt surowy dla reżysera. Jednak Hirokazu jest sam sobie winny. Nikt przecież nie kazał mu tego filmu kręcić. Był to od początku jego pomysł, powinien był więc się wcześniej dobrze zastanowić, czy starczy mu siły, by całość udźwignąć. Z drugiej strony, nie mogę wykluczyć, że decyzje reżysera były świadomym wyborem. W końcu nie mam żadnych wątpliwości, że dla wielu "Jaki ojciec, taki syn" będzie filmem bardzo dobrym przede wszystkim dlatego, że zostaną poruszeni samą ideą zamiany dzieci w szpitalu.
Udostępnij: