Relacja

CANNES 2015: Waga ciężka

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2015%3A+Waga+ci%C4%99%C5%BCka-111554
W dzisiejszym odcinku naszej relacji z Cannes pojedynek tytanów wyścigu o Złotą Palmę: laureat Oscara Paolo Sorrentino ("Wielkie piękno") i jego "Młodość" kontra Jia Zhangke ("Dotyk grzechu") z nowym filmem "Shan He Gu Ren" ("Mountains May Depart"). Przeczytajcie recenzje Marcina Stachowicza i Michała Walkiewicza. 


Boscy ("Młodość", reż. Paolo Sorrentino)

Kanonada taka, jakby kino miało się skończyć jutro. Sędziwa legenda muzyki klasycznej i wielki reżyser spisujący kamerą swój testament; hollywoodzki gwiazdor ubolewający nad cynizmem Fabryki Snów i stara diwa, żyjąca dawnym blaskiem; dziki alpinista obserwujący pożądliwie córkę kompozytora i otyły były piłkarz przypominający do złudzenia Diego Maradonę; królowa brytyjska i nastoletnia prostytutka; młodość i starość, miłość i śmierć, impotencja i pożądanie. Jest nawet miss uniwersum, kusząca pensjonariuszy ekskluzywnego, szwajcarskiego kurortu. Są krowy wygrywające na przytroczonych do szyj dzwoneczkach symfonię na cześć życia.
 
Swój pierwszy film od czasu oscarowego "Wielkiego piękna" Paolo Sorrentino nakręcił częściowo w Davos, azylu bohaterów "Czarodziejskiej góry" Tomasza Manna. Trop jest właściwy, to filmowa waga ciężka. Reżyser wprowadza na scenę kolejne postaci, jakby pożenił kino z polifoniczną sztuką: twarze pojawiają się na parę chwil i znikają, co chwilę zmieniamy punkt widzenia, kamera wciąga nas w obłędny taniec. Osią fabuły jest jednak przyjaźń kompozytora Freda (Michael Caine) z reżyserem Mickiem (Harvey Keitel). Ten pierwszy sprzedał miłość za sztukę i jako emerytowany maestro dociera się ze swoją córką i asystentką w jednej osobie (Rachel Weisz). Ten drugi, w towarzystwie paczki młodych scenarzystów i aktorów, stara się dopisać ostatnią scenę do swojego opus magnum i zadać kłam twierdzeniu, że starzy filmowcy nadają się tylko do pawlacza. Problemy, można rzec, klasyczne dla sfer, w których obraca się Sorrentino


Podczas spacerów, kąpieli i zabiegów w spa bohaterowie głównie rozmawiają, zaś z owych rozmów – fantastycznie zresztą napisanych – wyłania się wizja starości jako placu boju z własną pamięcią. Reżyser ustawia bohaterów gdzieś w połowie drogi między pełną mądrości "jesienią życia", którą obiecuje nam popkultura, a rozpadem tkanek i erozją umysłu, którymi straszy tzw. "kino artystyczne". Mężczyźni rozprawiają o trudnościach z sikaniem, robią codzienne zakłady, próbują wyłowić z mroków pamięci dziewczynę, w której razem się podkochiwali. Kamera pokazuje ich pomarszczone ciała, ustawia je w erotycznych relacjach z ciałami młodymi (świetne są zwłaszcza sceny z "przemawiającą dłońmi" masażystką), a przyjaciele żyją, póki żyje w nich sztuka: Fred dyryguje wspomnianymi krowami na pastwisku, zaś Micka – na tej samej polanie – prześladują bohaterki jego filmów: damy dworu, twarde policjantki, umęczone siłaczki klasy robotniczej, zakrwawione "królowe krzyku" rodem z kina grozy. Skojarzenie z "Osiem i pół" Felliniego jest oczywiste i jak nietrudno się domyślić, to dopiero początek korowodu mistrzów, którym Sorrentino składa hołd.
 
Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ. 

Niepokorna futurologia ("Mountains May Depart", reż. Jia Zhangke)

Po seansie najnowszego filmu Jia Zhangke, cudownego dziecka chińskiej kinematografii, widać doskonale, jaką ewolucję przeszedł styl reżysera przez ostatnią dekadę. Od oszczędnej "Martwej natury", przez tarantinowskie z ducha kino zemsty w "Dotyku grzechu", aż po rozciągnięty na 25 lat dramat rodzinny w "Mountains May Depart". Jest tu Zhangke opowiadający o wielkich emocjach – miłości, zdradzie, rozstaniu – ale też Zhangke dokonujący wnikliwej wiwisekcji współczesnych Chin: globalizującego się społeczeństwa, agresywnego kapitalizmu, rozpadu więzi rodzinnych, alienacji jednostek w upadających okręgach przemysłowych. 


Ewoluuje również sam film – zaczyna się jak kameralne kino o życiu na prowincji, w klimacie wczesnego Ceylana albo Tarkowskiego, a kończy futurologicznym esejem o cierpieniach globalnej chińskiej diaspory. Jakby reżyser nie godził się na zamknięcie własnej twórczości w ciasnych ramach "azjatyckiego snuja" i poszukiwał zupełnie nowego języka. "Mountains May Depart" ta niespodziewana wolta na szczęście nie zaszkodziła. Mimo wrażenia sztuczności i moralizatorskich zapędów w wątku science fiction precyzyjna, trójaktowa struktura filmu pozostaje nienaruszona – Zhangke domyka swój obraz wzruszającą klamrą, która nadaje mu charakter uniwersalnej przypowieści. 

Akcja toczy się odpowiednio w 1999, 2014 i 2025 roku. Film otwiera ujęcie grupy ludzi tańczących do kawałka "Go West" Pet Shop Boys – jest sylwester, Chiny wkraczają w nowe millenium z obsesją dogonienia Zachodu i szybkiej wolnorynkowej modernizacji. Rodzi się nowa klasa – elita złożona z dorobkiewiczów, dla których dobra konsumpcyjne – drogie samochody i wieże stereo – są symbolem społecznego statusu. Technologiczny fetysz nie znika również w trzeciej części  filmu – w przyszłości, gdzie przezroczyste ekrany zdominowały inne formy komunikacji i są konsumowane z równą zachłannością. 


Do Pet Shopów tańczy również główna bohaterka – młoda Tao. Dziewczyna spotyka się z biednym górnikiem Liangiem, ale na horyzoncie pojawia się też drugi adorator – arogancki przedsiębiorca Jingsheng, który kupuje miejscową kopalnię i odstawia Lianga na boczny tor. Jingsheng ma czerwony samochód, słodkiego psa i nie daje się spławić – w końcu dopina swego i bierze z Tao ślub. Pierwszemu synowi para nadaje imię Dollar – w przekonaniu, że dziecko będzie dorastało w krainie kapitalistycznego, zachodniego dobrobytu. Piętnaście lat później Tao jest już po rozwodzie – jej syn mieszka z ojcem w Szanghaju i chodzi do międzynarodowej szkoły podstawowej. W 2025 roku Dollar ma dwadzieścia lat i uczy się w college'u gdzieś w Australii – całkowicie utracił więź z Chinami i bezskutecznie poszukuje własnej tożsamości w świecie sterylnie czystych mieszkań i portali społecznościowych. Jak widać, wątków fabularnych jest tutaj całkiem sporo, a rozmach samego projektu może poważnie przytłoczyć – ponad dwugodzinny seans wymagał będzie od nas  

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ
 
Udostępnij: