Relacja

Cannes: Syn, matka i Ojciec nieświęty

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Cannes%3A+Syn%2C+matka+i+Ojciec+nie%C5%9Bwi%C4%99ty-73577
Powidoki po wczorajszych festiwalowych zmaganiach są zabarwione na czerwono: Tilda Swinton z "We Need To Talk About Kevin", unurzana przez wściekły tłum w tonach krwistej farby; kardynalska purpura z "Habemus papam". Ale oba filmy, pokazane w konkursie głównym, uwodzą nie tyle pięknymi obrazami, co świetnie opowiedzianą historią.

Pontyfikat niespełnionego aktora

Początkowe ujęcia nowego filmu Nanniego Morettiego, który wyjechał dziesięć lat temu z Cannes ze Złotą Palmą za "Pokój syna", wyglądają na dokumentalne: na placu Świętego Marka zgromadziły się tłumy, by opłakiwać papieża. Wśród wiernych powiewają liczne polskie flagi. Znamy dobrze podobne obrazy z telewizyjnych relacji. A jednak, wbrew pierwszemu wrażeniu, "Habemus papam" nie odtwarza faktów, tylko traktuje je jako punkt wyjścia do odmalowania w ciepłej tonacji portretu pewnego człowieka. Człowieka w zaawansowanym wieku, targanego wątpliwościami i - tak się dodatkowo składa - papieża. Nie "naszego" papieża czy jakiegokolwiek innego. Po prostu kogoś, kto ku zaskoczeniu swoim oraz innych uczestników konklawe został wybrany głową Kościoła katolickiego. I nie potrafi sobie z tym zadaniem poradzić.

Pierwsze wrażenia jeszcze w innym sensie okazały się fałszywe w przypadku tego filmu: inaczej niż sugeruje opis akcji, "Habemus papam" nie stara się być kontrowersyjny czy obrazoburczy. Owszem, kwestionując decyzję konklawe w pewnym sensie podważa papieski autorytet. Ale robi to w sposób pełen gracji, okazując empatię bohaterom. Ten film nie ma nic z krucjaty przeciwko współczesnemu Kościołowi i jego przewinieniom. Zresztą Moretti, zadeklarowany lewicowiec, nawet gdy krytykował układy społeczno-polityczne ostrzej niż w najnowszym filmie, nie wciskał ludzi w kołnierze groteski i nie schodził do poziomu walczącej publicystyki.

Wraz z reżyserem zaglądamy za mury Watykanu: w jego wizji podczas konklawe kardynałowie... ściągają od siebie nawzajem, potem chcą się wybrać na "pyszne pączki i wystawę Caravaggia", a gdy dramatyczny czas oczekiwania na pojawienie się nowego papieża na balkonie wydłuża się, zdecydują się nawet na udział w turnieju siatkarskim. Te dowcipne zdarzenia nie tylko zostały przedstawione bez odrobiny złośliwości, ale i fenomenalnie wygrane. Czegóż innego moglibyśmy spodziewać się po takiej obsadzie: Michel Piccoli jako papież, który chciał w młodości zostać aktorem, Jerzy Stuhr – sprytny watykański rzecznik i sam Moretti - lekarz, który miał ekspresowo wyleczyć świętego pacjenta, ale skończył na czytaniu Biblii poprzez psychoanalizę.

Wracając do głównego bohatera: podczas wędrówki po Rzymie incognito, trafia on na spektakl teatralny. I to tu, a nie wcześniej, w Kaplicy Sykstyńskiej i w otoczeniu hierarchów Kościoła, dostrzeże sacrum. W trakcie magicznej scenie, gdy zakonnice wkroczą na widownię z uduchowionymi minami niczym do świątyni, zagubiony starzec odnajdzie swoją religię.

Oto i papież, który pozostał człowiekiem.

Nikt nie porozmawiał o Kevinie

Czy matczyna miłość ma granice? Wydaje się, że tytułowy bohater filmu Lynne Ramsay z premedytacją poszukuje twierdzącej odpowiedzi na to pytanie, czyniąc poligonem doświadczalnym rodzinny dom. Jego wyrachowana gra zaczyna się we wczesnym dzieciństwie: mały Kevin jest do cna złośliwy, pozbawiony dobrych chęci, niemal demoniczny. Film rytmicznie przeplata dwa czasy akcji: gdy chłopak jest wyglądającym słodko kilkuletnim brzdącem, a matka (Tilda Swinton) - zadbana, dobrze usytuowana pisarka - stara się przyzwyczaić do jego nietypowego temperamentu, i gdy jako nastolatek doprowadza rodzicielkę na skraj załamania nerwowego, a ona zamienia się w złamaną życiem, przybitą kobietę. Odpryski wskazujące na przyczyny tej metamorfozy będą rozsiane po całym filmie, ale kluczowe dla akcji wydarzenia w pełni zostaną pokazane dopiero na końcu.


W każdym razie możemy powiedzieć, że to matka będzie przez lokalną społeczność oskarżana za potworne zachowanie syna. I przyjmie karę – obelgi, szyderstwa, oblewanie domu czerwoną farbą – bez skarg, jakby jej się to należało. Monotonne skrobanie ze ścian farby, powracający w filmie motyw, stanie się symbolem pokuty. Tylko jakie są przewinienia kobiety? Czy ponosi odpowiedzialność za to, jak wychowała syna? Że nie zareagowała odpowiednio, gdy był wystarczająco mały, by się zmienić?

Najpierw jej dziecko wykazuje dziwne, lecz w sumie niegroźne objawy. Matka podejrzewa autyzm, jednak lekarz zaprzecza: Kevin jest idealnie zdrowy. I nikt z otoczenia nie ma co do tego wątpliwości, prócz kobiety. Bo to jej robi piekło na ziemi, za to w stosunku do ojca (John C. Reilly) jest najgrzeczniejszą pociechą świata. Zatem ona stara się robić dobrą minę do złej gry i nie podchodzi do syna uczciwie, wstrzymuje się od prawdziwych reakcji. Jakby uważała, że nie wolno mieć negatywnych uczuć wobec własnego dziecka, czegokolwiek to dziecko nie zrobi. W końcu tak nakazuje społeczna norma. Wbrew sugestii z tytułu, nigdy nie dochodzi do szczerej rozmowy o Kevinie. A matka pewnie do końca życia będzie dręczyła się tym, że nie potrafiła wystarczająco pokochać małego potwora.  

Temat oryginalny, rzadko szczerze poruszany, otrzymał w "We Need To Talk About Kevin" odpowiednią oprawę. Powstał obraz intensywny, może odrobinę przestylizowany, jednak wymagający od widza stalowych nerwów.

***

Przez najbliższe kilkanaście dni będziemy prezentować Wam różne aspekty festiwalowego życia w relacjach wideo prosto z Cannes. Codziennie na Filmwebie będziecie mogli również przeczytać recenzje festiwalowych filmów. Wszystkie materiały i informacje na temat Festiwalu w Cannes 2011 znajdziecie TUTAJ.
Udostępnij: