Wywiad

Rozmawiamy z Michelem Piccolim, gwiazdą "Habemus papam"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Rozmawiamy+z+Michelem+Piccolim%2C+gwiazd%C4%85+%22Habemus+papam%22-79152
Legendarnego aktora i gwiazdę najnowszego filmu Nanniego Morettiego "Habemus papam" Michela Piccolego pytamy o papiestwo, burżuazję i wielkiego mistrza – Luisa Bunuela


Czy grana przez Pana postać w "Habemus papam" ma jakieś cechy któregoś z rzeczywistych papieży?

W niewielkim stopniu. Ale tworząc ją, cały czas miałem w pamięci polskiego papieża, bo był wyjątkową osobowością, cechowała go wielka siła moralna. Uwielbiali go nie tylko francuscy wierzący. Ja jestem ateistą, a mimo to bardzo go podziwiałem, dlatego że był pierwszym papieżem w historii, który interesował się kulturą i sztuką i nie wstydził się tego. Nie mogłem go nie lubić chociażby z tego powodu, że też był aktorem, pisał dla teatru. I myślę, że gdyby miał taką potrzebę, ożeniłby się, bo nie bał się odważnych decyzji. W tym sensie był politykiem, i to postępowym. A inni to okropni reakcjoniści.

Czy rola papieża zmieniła Pana relację z Bogiem?

Nie. Straciłem kontakt z wiarą katolicką już dawno temu i jest za późno, aby to zmieniać. Moja matka zabroniła mi kontaktu z religią, dlatego że straciła trzyletniego syna, którego urodziła przede mną. Cierpiała z tego powodu niewyobrażalnie i przestała wierzyć w Boga. Poza tym pochodziła z bardzo katolickiej rodziny z wyższej klasy średniej, więc odwrócenie się od religii było jej wyrazem buntu przeciwko restrykcyjnej rodzinie w ogóle.

Pan chyba też wyjątkowo lubi filmy antysystemowe, krytykujące burżuazję.

Tak. Jeśli nie krytykujące, to przynajmniej żartujące sobie dobitnie z tej warstwy społecznej. Mam na myśli tę europejską, bo ją trochę znam, chociażby właśnie poprzez rodzinę mojej matki. To klasa rasistowska, antysemicka, która nie potrafi być szczera nawet sama przed sobą i chowa się za religią. I wciąż używa słowa "murzyn". A ja mam nadzieję, że niedługo prezydentem Francji zostanie czarnoskóry. To dałoby im do myślenia.

Ale rozmawiamy o polityce, zamiast rozmawiać o kinie. Choć z drugiej strony kino to polityka, i to najbardziej życiowa.


"Habemus papam" to mariaż kina włoskiego i francuskiego taki sam, jaki miał wielokrotnie miejsce w dawnych czasach Pańskiej kariery. Czy wystąpienie u Morettiego było pod tym względem miłym powrotem do przeszłości?

Myślę, że kino francuskie i włoskie już nie są ze sobą tak blisko związane jak kiedyś. Złote lata obu tych kinematografii nie trwały znowu tak długo. Włoskie kino nadal jest dobre. Nie umarło, ale umarli jego wielcy twórcy. Mogę teraz przywołać ich nazwiska, ale nie o to chodzi. Myślę o nich dość często, lecz bez wielkiej nostalgii, bo uważam, że takie nostalgiczne myślenie przypomina grzebanie ich po raz drugi.

Co podoba się Panu w kinie Morettiego?

Moretti ma niepowtarzalny styl. Jego filmy są bardzo agresywne, odważne, dzikie, ale jednocześnie jest w nich wielka czułość. Podchodzi do ludzi i rzeczy z humorem; kusi, zwodzi widza. Zresztą te elementy są wspólne dla wszystkich wielkich włoskich reżyserów: agresja i zarazem wielka słodycz; tajemnica i niespodzianka. I doprowadzanie ludzi do łez ze śmiechu. Nanniemu wychodzi wybornie.

 

Wielokrotnie pracował Pan z Luisem Bunuelem. Czy można porównać to, co o religii opowiadał Bunuel, z tym, co opowiada Moretti?

Ci dwaj nie są podobni pod żadnym względem. Ale myślę, że Bunuelowi bardzo podobałyby się filmy Nanniego. I to z wielu powodów. A jeśli Moretti miałby powiedzieć jedno złe słowo o filmach Bunuela, to już nigdy w życiu bym się do niego nie odezwał. Gdyby tylko było to w mojej mocy, doprowadziłbym do tego, żeby obaj panowie się spotkali. Morettiemu kupiłbym pudełko czekoladek, a Bunuelowi butelkę wina. Byłoby to wspaniałe spotkanie dwóch wybitnych, szalonych ludzi.

"Habemus papam" mogłoby nosić też tytuł "Śmierć i wybór papieża". A to byłby idealny tytuł dla filmu Bunuela.