Artykuł

Celofanowy Księżyc

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Celofanowy+Ksi%C4%99%C5%BCyc-93665
Dziś, kiedy inspirowane Schillerem (najczęściej nieświadomie) krótkometrażówki podbijają Internet (i glob) w przeciągu kilku godzin, warto wrócić do jednego z najoryginalniejszych, nieusłyszanych w porę głosów kina sprzed trzech dekad.

"Nic nie trwa wiecznie"
, jedyny jak dotąd film pełnometrażowy w karierze legendarnego twórcy amerykańskiej telewizji Toma Schillera, spędził na półce ponad dwadzieścia lat. Studio MGM/UA w roku 1983 wciąż cierpiało w wyniku historycznej klapy "Wrót niebios" Michaela Cimino: jednym z objawów była nasilona alergia na projekty "artystyczne" i "autorskie". I choć Schiller dostał zrazu wolną rękę – był już wówczas gigantem rozrywkowego hitu "Saturday Night Live" – ukończony film uznano za na tyle dziwaczny, by skazać go na nieistnienie. "Nic nie trwa wiecznie" dopiero w ostatnich pięciu latach uległo wskrzeszeniu dzięki festiwalom i pokazom specjalnym, dowodząc tym samym słuszności własnego tytułu i ulotności studyjnej anatemy.

 

Z perspektywy lat decyzja studia dziwi tym bardziej, że w filmie występuje plejada gwiazd kina i telewizji – obok kolegów Schillera z "SNL", takich jak Dan Aykroyd czy Bill Murray, jest tu między innymi wykonawca łzawych ballad Eddie Fisher i legendarna Imogene Coca, która jeszcze w latach pięćdziesiątych tworzyła zręby amerykańskiej TV w programie komediowym Sida Ceasara. Całość jest jednak na tyle epizodyczna i ekscentryczna, że bliżej jej do późniejszych wybryków Guya Maddina niż do mainstreamu lat osiemdziesiątych.

Liczne zmiany tonacji i fabularne rozbicie filmu tłumaczy się o tyle, że ulubioną formą Schillera jest krótki metraż – i to właśnie krótkometrażówkami, nadawanymi w segmencie "Schiller’s Reel", zasłynął on w ramach pracy nad "Saturday Night Live". Typowa krótkometrażówka Schillera z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych była parodią wybranego gatunku filmowego, obsadzoną stałymi twarzami "SNL". Klasyczne już "Java Junkie" z 1979 roku pokazywało udrękę uzależnionego od kawy mężczyzny w konwencji edukacyjnych filmów "ku przestrodze" (jakie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oglądały miliony Amerykanów), połączonej z ekspresjonistycznym filmem noir.

Zdarzały się też Schillerowi projekty znacznie subtelniejsze, w których z powodzeniem kreślił zwariowane postaci z umiejętnie zasugerowanym życiem wewnętrznym. "Perchance to Dream" było genialną wariacją na temat aktorskich snów o graniu Szekspira: Bill Murray wcielał się tu w nowojorskiego aktora-włóczęgę, którego fantazja polega na recytowaniu monologu, ulepionego z samych szekspirowskich klisz w rodzaju "biednego Yoricka", tyle że pozbawionego sensu jako całość.


"Nic nie trwa wiecznie", Lauren Tom i Zach Galligan

Ów ostatni trop może posłużyć za klucz do odbioru "Nic nie trwa wiecznie", które funkcjonuje o wiele lepiej jako zbiór skeczy niż jednolita narracja. Film stanowi (nakręconą na czarno-białej taśmie) oniryczną wizję Nowego Jorku, sparaliżowanego strajkami komunikacji miejskiej, ze stacją Port Authority przejmującą władzę nad metropolią. Całość ma w sobie coś kafkowskiego, tyle że jest to Kafka sprowadzony do komiksowej paranoi. Główny bohater, zagrany przez Zacha Galligana (na rok przed pamiętną rolą w "Gremliny rozrabiają"), nosi imię Adam i za wszelką cenę pragnie zostać artystą. Jakim dokładnie – nie wie sam, a film opowiada o jego zmaganiach, by się tego dowiedzieć.

Adam już w punkcie wyjścia zostaje zmiażdżony przez nowojorską biurokrację, przeprowadzającą kliniczne testy mające stwierdzić obecność artystycznych zdolności, a także wydającą osobom kreatywnym  czasowe zezwolenia na pobyt na Manhattanie. Podobnie jak późniejsze o dwa lata "Po godzinach" Martina Scorsesego film Schillera jest przede wszystkim satyrą na opanowany przez yuppies Nowy Jork. O ile w tamtym filmie artyści kryli się w norach SoHo, czyniąc z owej dzielnicy rodzaj perwersyjnej krainy Oz, do której trafiała męska Dorotka w postaci Griffina Dunne’a, o tyle tutaj sztuka zostaje całkowicie wyparta z mainstreamu i przyjmuję formę punkowo-konceptualnych wybryków, które napawają Adama grozą.

Adam nie potrafi zidentyfikować się z żadną formą sztuki, jakie obserwuje wokół siebie – dopiero błaha z pozoru przysługa, jaką wyświadcza staremu włóczędze, daje mu dostęp do kreatywnej duszy Nowego Jorku, uosobionej jako (nakręcone w kolorze) podziemia miasta, pełne jego niewidzialnych patronów. Odwrotnie niż w "Pogromcach duchów 2" (1989) Ivana Reitmana, gdzie kanałami Wielkiego Jabłka popłynie szlam ze zmaterializowanej ludzkiej nienawiści, u Schillera serce metropolii bije właśnie w ukryciu i pod kloszem. Wewnętrzna Świątynia, jak nazywa ją przewodnik Adama, jest zaludniona przez dobrodusznych starców dbających o losy obywateli, których nazwiska spadają w formie niekończącego się deszczu serpentyn i zostają wpisywane na wielkie szkolne tablice.


"Nic nie trwa wiecznie", Bill Murray

Wizja katakumb, do których zesłano ludzką kreatywność, by nie wchodziła w drogę wielkiemu biznesowi, jest charakterystyczna dla lat osiemdziesiątych w USA (dokładnie taki sam obraz rodził się w głowach bohaterów "Kolacji z Andrzejem" (1981), kiedy dyskutowali o przyszłości kultury w epoce masowej rozrywki). Schiller idzie jednak o krok dalej i wysyła Adama na Księżyc, który okazuje się ostatecznym wcieleniem Reaganowskiego koszmaru: jest jednym, wielkim supermarketem, do którego zastępy emerytów przyjeżdżają na zakupy z pomocą międzygalaktycznego autobusu, dowodzonego przez Billa Murraya. Warto nadmienić, że owa wizja zawieszonej w kosmosie galerii handlowej wyprzedza pamiętny statek kosmiczny Aksjomat z filmu "Wall-E" o dobre dwie dekady.
 
Misją Adama na Księżycu jest zaszczepienie tam ducha ludzkiej wyobraźni i naruszenie konsumenckiego monolitu – co udaje się między innymi dzięki nagłej miłości do mieszkanki srebrnego globu i strategicznie wykonanemu numerowi muzycznemu. Brzmi to wszystko absurdalnie i nie zawsze klei się na ekranie, ale pod względem liczby pomysłów "Nic nie trwa wiecznie" plasuje się w światowej czołówce filmowych dziwactw. Sam wygląd filmu – od gęstej czerni i bieli do aksamitnego technikoloru, z licznymi wstawkami archiwalnymi i fragmentami "Pancernika Potiomkina" i "Nietolerancji" – jest unikalny. Oglądany dziś jawi się jako podwójne wykopalisko: metryka podpowiada nam, że zaledwie trzydziestoletnie, ale paleta i faktura wskazują na o wiele starszy rodowód.

Wkrótce po ukończeniu filmu Schiller pokazał go selekcjonerom festiwalu w Cannes, którym rzecz spodobała się tak bardzo, że wysłali doń zaproszenie z rozpędu aż dwukrotnie. Niestety, studio nie wyraziło zgody, twierdząc że ewentualna zła prasa canneńska może położyć się cieniem na późniejszej dystrybucji – i zamiast tego wysłali film na półkę. Dziś, kiedy inspirowane Schillerem (najczęściej nieświadomie) krótkometrażówki podbijają Internet (i glob) w przeciągu kilku godzin, warto wrócić do jednego z najoryginalniejszych, nieusłyszanych w porę głosów kina sprzed trzech dekad.