Artykuł

Pożegnanie desperatek

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Po%C5%BCegnanie+desperatek-86573
Nigdy nie uważałem "Gotowych na wszystko" za serial wybitny, ale moje ciągnące się przez osiem lat przywiązanie - rozpisane na 181 odcinków i zakończone finałem ósmego sezonu - samo zaświadcza, że to wcale nie wielkości szukamy w operze mydlanej.

Od pewnego momentu, w sezonie trzecim, niemądre fabularne perypetie straciły dla mnie znaczenie; nie byłem nawet w stanie orzec ze stuprocentową pewnością, które postaci poboczne zostały już przez scenarzystów uśmiercone, a które nie. Dopiero elegijna koda odcinka finałowego - brzmiąca trochę jak "Sześć stóp pod ziemią" dla ubogich – uświadomiła mi, jak wiele zgonów miało miejsce wzdłuż Wisteria Lane na przestrzeni lat. Śmierć aktorki Kathryn Joosten w dwa tygodnie po zakończeniu serii tylko dopełniła wrażenia ostatecznego rozstania.

Niemal dekadę towarzyszyłem tytułowym desperatkom z ulicy Wisteria gdzieś w nieistniejącym stanie Eagle, kiedy wpychały niesforne szkielety z powrotem do niezliczonych szaf i za wszelką cenę starały się żyć w zgodzie z fasadowym obyczajem swych idealnych przedmieść. Obserwowałem dorastanie ich dzieci - częściowo naturalne, częściowo wspomagane obsadowym kidnapingiem i bezczelną podmianą. Patrzyłem na ich zmieniające się twarze: nie tyle starzejące się jak natura przykazała, co prowadzące dialog między starzeniem a botoksem - krzepnące w rysach, za których oglądanie płacimy, tudzież (przypadek Felicity Huffman) utrzymujące akurat taki stopień flirtu z wiekiem średnim, jakiego wymagał scenariusz serialu.

Jak każdy udany produkt taśmowy, tak i "Gotowe na wszystko" powstały w wyniku fuzji sprzęgniętej z klonowaniem: dwie miarki "American Beauty" na jedną miarkę "Seksu w wielkim mieście", zalane mydlinami z "Peyton Place". Od samego początku energia serii brała się z nachalnie ogrywanego napięcia między uładzoną fasadą przesiąkniętej protestanckim duchem wspólnoty sąsiedzkiej, a mrocznymi tajemnicami zagrażającymi zburzeniem iluzji i uwolnieniem drzemiącej pod spodem anarchii. Dowcipem serialu, odziedziczonym po rewolucji obyczajowej made by Carrie Bradshaw, był fakt, że twórcy sugerowali rozwibrowaną seksualność bohaterek, które nawet w wersji najbardziej konserwatywnej (Bree Van de Kamp) okazywały się obdarzonymi ognistym temperamentem kochankami. Całość zdawała się zawieszona gdzieś między niegrzecznym chichotem "Czarownic z Eastwick" – zdolnych do upichcenia takoż sufletu, jak i magicznej mikstury na potencję - a podprogową histerią "Żon ze Stepford", demaskujących przedmieścia jako futurystyczny obóz pracy, z przyklejonym na amen do każdej więźniarki uśmiechem.

Ambicje serialu, stworzonego (podobnie jak "Seks w wielkim mieście" i "American Beauty" zresztą) przez geja, szczycącego się szczególnym wglądem w tajniki kobiecej psyche, czyli Marka Cherry’ego, od samego początku były dość wygórowane. Już sama czołówka (przynajmniej w porzuconej później wersji pełnej) wygrywała kwartet głównych bohaterek jako zbiór chodzących archetypów uprzedmiotowionej kobiecości. Nieprzerwana linia anty-patriarchalnego gniewu zdawała się prowadzić od animowanych egipskich malowideł nagrobnych, poprzez wymachującą miotłą panią Arnolfini pędzla van Eycka, aż do łypiącej spode łba żony z "Amerykańskiego Gotyku" Granta Wooda i walącej faceta w pysk komiksowej lali Roya Lichtensteina. Muzyka Danny’ego Elfmana podpowiadała makabryczne łaskotki wątków kryminalnych, a nadawane kolejnym odcinkom tytuły (niezmiennie pożyczane z gigantycznego repertuaru Stephena Sondheima) potwierdzały ironiczny ton całości, obecny także w prowadzonej zza grobu narracji, należącej do najbardziej zdesperowanej z desperatek - Mary Alice Young, od której samobójstwa cały serial się rozpoczynał.


Głos Mary Alice otwierał i zamykał każdy odcinek: powitanie miało charakter dowcipny, pożegnanie równało się zazwyczaj kaznodziejskiej przestrodze. I takie właśnie były "Gotowe na wszystko" - jednocześnie moralizatorskie i wywrotowe. Czwórka bohaterek reprezentowała różne warianty amerykańskiej kobiecości. Lynette (Huffman) to zaharowana matka hałaśliwej gromadki, marząca o zawodowym sukcesie i osiągająca go od czasu do czasu; Bree (Marcia Cross) to ucieleśnienie purytańskiej cnoty i republikańskiego etosu samowystarczalności, ucząca się miłości do homoseksualnego syna i wreszcie do samej siebie; Gabrielle (Eva Longoria-Parker) jest katoliczką z latynoskimi korzeniami i obrazem Maryi w salonie, której tylko pieniądze męża umożliwiły zamieszkanie przy rasowo dość jednolitej Wisteria Lane; wreszcie Susan (Teri Hatcher) to postrzelona artystka z tendencją do fikania niechcianych koziołków i szukająca nieuchwytnego spełnienia. Serialowy odpowiednik Samanthy z "Seksu…", czyli grana przez Nicollette Sheridan dowcipna zdzira z sąsiedztwa imieniem Edie została wypisana z serialu mniej więcej w połowie.

Jak na serial tak mocno fetyszyzujący kobiece umiłowanie do wszelkiego typu knowań (napisano nawet osobny motyw muzyczny, sygnalizujący snucie kolejnej kłamliwej intrygi), "Gotowe na wszystko" pozostają niemal zawstydzająco oczywiste w swym przekazie. Jest to serial celebrujący tradycyjne wartości amerykańskiego etosu: indywidualizm, współpracę w granicach rozsądku, wolność osobistą i - nade wszystko - umiejętność ciągłej odnowy i zaczynania od zera. Sami Amerykanie mówią, że można siebie wynaleźć na nowo (to reinvent oneself) i właśnie o tym procesie opowiada serial w stopniu większym nawet, niż szeregowa opera mydlana (ze względu na pozaświatową i uogólniającą perspektywę martwej narratorki).

Znajomy zwrócił mi uwagę na to, jak często i jak całkowicie postaci zmieniały w tym serialu profesje i życiowe scenariusze (Lynette zdążyła otworzyć i zamknąć pizzerię, pracować jako szef PR-u w dużej firmie, itd.). Tylko do pewnego stopnia stanowi to odzwierciedlenie reguł mydlanego gatunku - w istocie Cherry jest wyrazicielem amerykańskiego etosu ciągłej korekty i zmiany, która w Deklaracji Niepodległości została zapisana jako "prawo dążenia do szczęścia" (pursuit of happiness). Punktem wyjścia całości jest ów wszechobecny głos Mary Alice, oprowadzający nas po mieścinie Fairview niczym narrator innego klasycznego tekstu amerykańskiego, czyli "Naszego miasta" Thorntona Wildera - i mimo że jest to głos samobójczyni, przesłanie serialu mimowonie zaprzecza słuszności jej decyzji o odejściu. Ameryka Cherry’ego jest nie tylko znośna; jest najlepszym z możliwych światów, w którym fasada jest nie tylko fasadą, sen o szczęściu jest nie tylko snem, a droga do zmiany swojego losu stoi niezmiennie otworem.