Relacja

DWA BRZEGI 2011: Przeprawa

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/DWA+BRZEGI+2011%3A+Przeprawa-76270
Czwarty dzień festiwalu w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą upłynął pod znakiem ciszy, trwania, czasu i kontemplacji. I co zaskakujące – lepiej w niż Koreańczyk Yoon Ki-Lee w tej trudnej arthouse’owej konkurencji poradziła sobie Amerykanka Kelly Reichardt.

Czuję się, jakbym posiadł Dziki Zachód. Jakby po prawie dwugodzinnej projekcji kinowej miał należeć tylko do mnie. Takie właśnie uczucie rodzi seans "Meek’s Cutoff" w reżyserii Kelly Reichardt. Wpisując swój utwór w bogatą tradycję rewizjonistycznego westernu, autorka opowiada o tym, jak zdobywano Dziki Zachód. A, mówiąc delikatnie, nie szło to jak po maśle.


Kiedy w pierwszej kilkuminutowej scenie widzimy trzy rodziny osadników z połowy XIX wieku przeprawiające się przez rzekę, ujęcia można policzyć na palcach jednej ręki. To jednak przemyślany wybór poetyki, ponieważ Reichardt nakręciła film o znoju. O znoju wielomiesięcznej podróży, o piachu wchodzącym do butów, o miskach szorowanych w strumyku, o beznamiętnym wpatrywaniu się w spalony słońcem horyzont, o głodzie, pragnieniu, pękającej skórze i trudnej do zniesienia ciszy. Przeniesienie tego dyskomfortu na widza jest zabiegiem celowym. Autorka lubi to zresztą podkreślać, ograniczając aktorskie popisy Paula Dano, Michelle Williams i Willa Pattona. Ich gra zostaje zredukowana do paru wymownych spojrzeń, kliku linijek dialogów, niewielu gestów. Pod ciężkimi powiekami zobaczymy wyłącznie determinację.

Jedynie grany przez Bruce’a Greenwooda przewodnik Meek wydaje się postacią z innego porządku. Opowiada bohaterom o nowym Edenie, o złocie, o mleku i miodzie, a także o swoich odważnych i tchórzliwych czynach. Buduje mit faceta, który wybrał się do piekła i z powrotem, a to, co tam zobaczył, opowie dopiero po śmierci. Meek jest jak chodząca obietnica spełnionego amerykańskiego snu. To bohater z klasycznego westernu, który w antywesternie może odgrywać jedynie rolę błazna. Skompromitowanie jego postawy, wyszydzenie pychy, ośmieszenie oratorskich występów jest jednym z najciekawszych rozliczeń z mitem założycielskim Ameryki w historii tego podgatunku.
 
 
"Meek's Cutoff"

Kiedy na scenie pojawia się bezimienny Indianin, film robi niespodziewany zwrot i staje się opowieścią o nieprzekraczalnej kulturowej granicy między osadnikami a rdzennymi mieszkańcami Nowej Ziemi. O komunikacyjnej barierze, która w tak dramatycznej sytuacji może doprowadzić jedynie do paranoi. Czy Czerwonoskóry doprowadzi bohaterów do wody, czy może wiedzie ich wprost w pułapkę zastawioną przez jego pobratymców? I czy jednostkowy akt wiary zostanie przez Reichardt obrócony przeciw wierzącej czy może będzie uwznioślony jako część uniwersalnego języka humanizmu?    

Szkoda, że Dzikiego Zachodu nie zdobywają bohaterowie "Po deszczu przychodzi słońce". Koreański western byłby na pewno ciekawszy niż koreańska opowieść o samotności we dwoje i komunikacyjnej indolencji. W całym filmie najlepsza jest pierwsza scena z kamerą zwróconą na przednią szybę auta, gdy żona bohatera odchodzi do innego mężczyzny i oznajmia mu to w długim monologu. To, co dzieje się później, jest wykoncypowane niczym poezja futurystów. Oto złowróżbna burza zatrzymuje uroczą parę w domu – teraz muszą spędzić ze sobą jeszcze jeden dzień, zanim rozejdą się na dobre. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć dalszy rozwój wypadków. Problem z filmem Lee Yoon-Ki nie leży jednak w pytaniu "co?", tylko "jak?".


"Po deszczu przychodzi słońce"

"Po deszczu przychodzi słońce" to rodzaj koszmarnego formalizmu, na który trudno się uodpornić, nawet po seansie pięciuset czterdziestu siedmiu podobnych filmów. Przesuwani z kąta w kąt bohaterowie zawieszają wzrok na rozmaitych przedmiotach, "dukają" monosylabami i generalnie czekają na Godota, a operator z montażystą pomagają im miękkimi przejściami, przenikaniami i innymi środkami nasennymi.

Dobrze, że już w środę obudzą nas m.in. Martin Scorsese wspominający Elię Kazana oraz para świetnych reżyserów Johan Storm i Johan Lundborg ze swoją "Klatką". Do usłyszenia.