Artykuł

Młodzi z PRL-u, młodzi z NRD

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/M%C5%82odzi+z+PRL-u%2C+m%C5%82odzi+z+NRD-61589
Na witrynie internetowej tygodnika "Polityka" można obejrzeć fotografie dzieci z czasów PRL. Oto mamy ciekawy socjologiczny zapis czasu zabawy, oszczędny, w czerni i bieli, które skutecznie maskują brud i biedę. Uśmiechnięte bobasy na wiejskim podwórku, z psem na kolanach, z wędką nad strumykiem oraz podczas leżakowania w przedszkolu i w świetlicy na koniku na biegunach. Dziecięce miejsca, gry i zabawy, od samotności na wiejskim i miejskim podwórku, po przedszkolny, instytucjonalny rygor i "zuniformizowane" zabawki. Podobne zdjęcia, podpatrzonej socjalistycznej codzienności znajdziemy w wielu albumach prezentujących wschodni Berlin… Początek lat 80., umorusane dzieci na podwórkach, z watą cukrową na patyku (a jakże!), w zbyt dużych lub w już za małych ubraniach, podczas zabawy w miniaturowym czołgu, idealnym przecież do zabawy… Perspektywa dzieciństwa sprzed lat w jakiś sposób znosi granice w Środkowo-Wschodniej Europie. A może to tylko złudne podobieństwo?
   
A co, gdyby spojrzeć na PRL jako czas symbolicznego dzieciństwa, skromnego ale idyllicznego, wolnego od konsumpcji, globalizacji i agresji? W przypadku polskim można mieć wątpliwości, filmowa kultura popularna nie zabrała się jeszcze na dobre za tego typu interpretację czasu dzieciństwa i młodości czasu Polski Ludowej. Choć w ostatnich latach pojawiły się filmy, które próbują sięgać do przeszłości widzianej oczami młodych i z młodymi ludźmi w rolach głównych. Są to "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha oraz dokumentalny obraz "Beats of Freedom – Zew wolności" w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty. Z komunistyczną przeszłością widzianą z perspektywy młodego człowieka próbował się mierzyć również Janusz Morgenstern w filmie "Mniejsze zło". Ciekawy to zestaw, lecz utrzymany w różnej stylistyce i chyba dość przypadkowy. "Mniejsze zło" próbuje nawiązać do kina moralnego niepokoju i proponuje uniwersalną w zamierzeniu przypowieść o konformizmie; "Beats of freedom" rozpina powiązania między muzyką i kulturą młodzieżową a erozją komunistycznego systemu; reżyser "Wszystko, co kocham" próbuje upiec kilka pieczeni na jednym ogniu, opowiadając o muzyce, miłości, młodości i dojrzewaniu na polskim wybrzeżu w ciekawych politycznie czasach. To raczej skromna reprezentacja, zważywszy, że za zachodnią granicą filmowcy próbują opowiadać o czasach historycznej zmiany systemu w wielu wariantach, a moment dzieciństwa i młodości wydaje się w tym celu perspektywą bardzo pożądaną.


Dorosłe dzieci patrzą na swoją przeszłość
   
W niemieckim wydaniu "rozliczenie z przeszłością", rozprawa z doświadczeniem transformacji i likwidacją NRD wiązane są nie tylko z czasem dzieciństwa (a konkretnie jego symbolicznym zakończeniem), lecz także wychodzą poza kino. Wydana w roku 2002 książka Jany Hensel (ur. 1976) pt. "Zonenkinder" (tytuł bywa przekładany jako "Dzieci ze strefy") rozwiązała worek ze wspomnieniami młodych autorów mających po kilkanaście lat w chwili historycznej zmiany. Wspomnienia te dają się interpretować jako rodzaj pokoleniowego głosu, wiązanego z wcześniejszymi literackimi dokonaniami nieco starszego pisarza Thomasa Brussiga ("Słoneczna Aleja" i "Bohaterowie jak my"). Jeśli chodzi o filmowy zestaw nostalgiczny, Niemcy dysponują też całkiem liczną reprezentacją tytułów. Filmy (pozostając przy najpopularniejszych, znanych też w Polsce, tytułach fabularnych, pełnometrażowych) takie jak "Good Bye, Lenin!", "Bohaterowie jak my", "Słoneczna Aleja" i "Kleinruppin forever" proponują ciekawe spojrzenie na dzieciństwo i młodość w NRD. Czerpiąc ze schematów powieści rozwojowej, prezentują bohaterów, którzy dorastają za żelazną kurtyną, spotykają miłość i przyjaźń swego życia, a upadek muru berlińskiego zastaje ich ukształtowanymi i dorosłymi, oddzielając młodość od dorosłego życia. Co też interesujące, to "mało bohaterscy" bohaterowie, raczej nieurodziwi, z kompleksami, fizycznie niedoskonali, fajtłapowaci… Wszyscy oni zyskują dojrzałość w Niemieckiej Republice Demokratycznej, mężnieją i jakoś sobie radzą w życiu, i co więcej, niektórzy z "nadętych bubków" stają się przyzwoitymi ludźmi (tak dzieje się w filmie "Kleinruppin forever" z bogatym chłopakiem z RFN, który końcu lat 80. za sprawą zbiegu okoliczności, zmuszony jest żyć w NRD. Ten przymusowy pobyt go jednak odmienia, staje się wrażliwszy i dojrzalszy). Świat wschodnich Niemiec oglądany jest często przez pryzmat domowych filmów rodzinnych, fikcji bajkowej i telewizyjnej (mamy tu bohaterów ówczesnej enerdowskiej popkultury, dobranocek, etc.). To też rodzaj enklawy, rezerwatu w sensie pejoratywnym (zapóźniony cywilizacyjnie skansen) ale i – co ważniejsze – w sensie pozytywnym, jako miejsce bezpieczne dla dzieci, chronione (murem?) przed dostępem płytkiej konsumpcji, dominacji pieniądza i małostkowych relacji międzyludzkich.
  

O filmach z enerdowskim dzieciństwem i młodością w tle mówi się jako o obrazach "ostalgicznych" (w uproszczeniu, "ostalgia" to zjawisko niemieckiej kultury, tęsknota za NRD w wymiarze symbolicznym, ale i codziennym, związanym z przedmiotami, wzornictwem, etc.), również i inne kraje byłego bloku komunistycznego nie są wolne od tej szczególnej "tęsknoty za domem, którego nie ma", czyli od nostalgii za poprzednim systemem. Czy polskie kino podąża drogą znaczoną niejako "wypróbowanymi" motywami? Myślę, że tak, kino polskie i niemieckie ma z sobą więcej wspólnego, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka... Warto może prześledzić kilka tropów, śladów, podobieństw do niemieckiego (nie tylko i nie tylko filmowego) nurtu "socjalizmu oczami młodych", które sytuują filmy "Wszystko, co kocham" i "Beats of freedom" w nieco szerszym kontekście.
My wobec historii
  

"Wszystko, co kocham" (dopiero co wydane na płycie DVD), w momencie wejścia na ekrany reklamowane było sloganem: "kiedy miłość miała smak oranżady", jest przyjemnym i ładnym filmem. Trochę w nim młodości, trochę zwyczajności (pospolitości "oranżady"), nieco romantyzmu, papieros i łyk wina, szczypta nagości, morskie fale... Film Borcucha wydaje się wcale nie mieć ambicji bycia kinem o polskiej historii, portretem postaw i społeczeństwa w okresie, którego centrum stanowi stan wojenny i jest to cecha, która bardzo zbliża je do niemieckiego nurtu, ale po kolei… Fabuła filmu nie jest skomplikowana. Mamy początek lat 80., akcja filmu toczy się na wybrzeżu, główny bohater, licealista Janek jest liderem punkrockowego zespołu, kocha się w pewnej dziewczynie o imieniu Basia, podpatruje z kumplami atrakcyjną sąsiadkę z osiedla i mieszka z rodzicami w ciasnym mieszkaniu w bloku. Jego ojciec służy w marynarce wojennej, a rodzina Basi związana jest z opozycją, co początkowo nie ma znaczenia, lecz wkrótce położy się cieniem na znajomości dwojga. Dwie strony politycznej barykady, jak dwie strony muru…
   
"Wszystko, co kocham" jest filmem o dość ambiwalentnej naturze, bo z jednej strony wyraźnie proponuje uniwersalne spojrzenie na młodość, miłość, pierwsze fascynacje i rozczarowania, a z drugiej trochę przecież "fortyfikuje się" polityką, decyzją z grudnia 1981, konkretną sytuacją rodzinną młodych bohaterów. To ten szczególny historyczny czas ma czynić filmową miłość i przyjaźń wyjątkową, to on ma, jak sądzę, nadawać całości odpowiedni ciężar, ratować od łatki opowieści o zbuntowanych nastolatkach... W filmie Borcucha tak wiele się mówi o wolności, o muzyce, która pozwala na ekspresję, na manifestowanie własnych przekonań - ale właśnie w obliczu szczególnych historycznych okoliczności. Historia jest u Borcucha o tyle istotna, o ile wydaje się spleciona z filmową codziennością. To historia widziana z perspektywy uchylonych drzwi do pokoju rodziców, oglądana przez okno, w telewizji. Jej obecność jest nieustanna, lecz podobna  trochę szumowi morza – jednocześnie bliska i odległa, poza zasięgiem nastolatka. Bunt Janka przejawiający się w muzyce jest buntem młodzieńczym, nieodzownym osobowości indywidualnie myślącego chłopaka, koniecznym, jak smaki, których próbuje w filmie na oczach widzów. Czy ten bunt ma charakter polityczny? Czy historia i świadomość polityczna jest tu ważna, czy jest jedynie elementem filmowego kostiumu? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Koncert punkrockowy, który przeradza się w manifestację młodych przeciwko systemowi, wydaje się mieć ten sam ciężar co rozmowy z kumplami, lisie krążenie wokół ponętnej sąsiadki czy zbliżenie z Basią na plaży.
   
Przeszłość we "Wszystko, co kocham" jest nie tylko ujmowana przez codzienność i w tonie nostalgicznym, ma też drugie oblicze, mianowicie jawi się jakby "przefiltrowana" przez przyszłość, jest niejako ocenzurowana współczesnością. Te gesty, zachowania... Czy nie są zbyt znane i ograne? Ucieczka w schematy fabularne nie jest zła, to też element jakby z niemieckiego kina, mówienie o przeszłości za pomocą zespołu tricków, form, schematów, które pozwalają uzyskiwać opowieści o rozmaitym ciężarze i kolorach. I tak, u Borcucha mamy (znajomy) punkt widzenia banalnej, reżimowej codzienności, miłość zostaje przeciwstawiona Historii i Polityce, reprezentowanej w uproszczony sposób na ekranie przez ikoniczne już obrazy, symbole. Mamy też świat widziany okiem dziecka i nastolatka, w tle gra muzyka, a kultura młodzieżowa stanowi ośrodek wolności i ekspresji.

Wielka historia dzieciństwa i młodości
   
To, myślę, dość charakterystyczny rys, by o najnowszej historii mówić subiektywnie, poprzez wspomnienia, które układają się w ciekawy wzór, w którym to, co osobiste, autobiograficzne, splecione zostaje z kontekstem historycznym, tak jak w przypadku Susanne Fritsche (rocznik 1979) i jej małej historii NRD[1], tworzonej po części z osobistych zdjęć, zapisków, wierszyków. Jej historia napisana jest w formie szkolnego zeszytu. Chyba nie bez przyczyny, dziecko z wschodnich Niemiec wcześnie trafiało w systemowe tryby. Jak ironicznie poucza skonstruowany z fragmentów filmów propagandowych dokument "Kinder, Kader, Kommandeure. Po prostu propaganda" (1992), dzieciństwo i młodość były bezpieczne, bo nie niosły ze sobą prawie żadnych niespodzianek, państwo z ogromną zapobiegliwością dbało o stabilny (z góry zaplanowany) rozwój młodego obywatela.

Inną formą od przytoczonych już literackich, wspomnieniowych wypraw do krainy dzieciństwa są komiksy. Dziewczynka z komiksu "Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają", opartego na wspomnieniach Marzeny Sowy[2], zajada amerykańską pastę do zębów, bawi się w pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski i patrzy swoimi ogromnymi oczami na dorosłych w Polsce lat 80. Patrzy więc też na stan wojenny, patrole, niedziałające telefony, groźny czas bez listów… Podobną, bo dziecięcą, choć może bardziej pesymistyczną perspektywę, znajdziemy w komiksie "Na szybko spisane 1980-1990"[3] Michała "Śledziu" Śledzińskiego. Polskę stanu wojennego mamy też we "Wrońcu"[4] Jacka Dukaja, również w dziecięcej perspektywie, lecz w mocno baśniowej, onirycznej formie. Czeski rysownik Peter Sís, również opisał z pomocą rysunków osobistą historię dzieciństwa za żelazną kurtyną w książce "The Wall. Growing Up Behind the Iron Curtain"[5].

Młodzi, muzyka i wolność
   
Jeśli by poszukać, można by znaleźć niemiecką filmową historię bardzo podobną do tej polskiej z "Wszystko, co kocham". To historia punka z NRD i dziewczyny z RFN, którzy w początkach lat 80. zakochują się w sobie i próbują stawić czoło systemowi komunistycznemu, a ujmując inaczej – chcą być szczęśliwi i szukają swego miejsca w świecie. Bunt i uczucie młodych zostaje przeciwstawione sytuacji politycznej, bohater trafia do więzienia, dziewczyna wyjeżdża z NRD. "Wie Feuer und Flamme" ("Jak ogień i płomienie") Connie Walter z roku 2001, bo o tym filmie mowa, wykorzystuje historię melodramatyczną, temat miłości rozdzielonej murem berlińskim. Historia, która dzieli kochanków, muzyka i pragnienie wolności… Opowieści z końcówką komunizmu w tle dobrze pasują do młodości, do doświadczania przez młodych ludzi inicjacji politycznej, życiowej lub obu naraz.
  

Film Borcucha wydaje się też u nas nieco osamotniony, gdy porównać go z obrazem Walter. Niemieckie filmowe fabuły z murem w tle (powstałe po roku 1989) mają  swoje "odpowiedniki" w filmach dokumentalnych. Z "Wie Feuer und Flamme" korespondują –  "OstPunk! Too much future" (reż. Carsten Fiebeler i Michael Boehlke, 2006),  opowiadający o punkowej subkulturze w NRD, o sprzeciwie wobec zuniformizowanego społeczeństwa, pragnieniu wolności i ekspresji, a także "Here we come" ("To my!", reż. Nico Raschick, 2006), choć tu już nie o punk chodzi, ale też jesteśmy w subkulturowym muzycznym świecie NRD. Pojawienie się dokumentu "Beats of Freedom", pokazującego życie muzyczne w PRL-u, próbującego powiązać muzykę i kulturę muzyczną lat 80. z przemianami świadomości społecznej, w kontekście lektury filmu Borcucha jest, jak sądzę, istotne, nie tylko dlatego, że "Wszystko, co kocham" zyskuje w ten sposób swoją "dokumentalną połówkę". To zespolenie, relacja między istnieniem muzycznych subkultur, czasem artystycznej aktywności, ideologią a sytuacją polityczną, to ciekawy motyw, zjawisko nie tylko, jak proponują niektórzy, "Made in Poland", lecz jak myślę, właściwe w ogóle dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

   
"Wszystko, co kocham" jest wykrzyczane trochę tak, jak piosenki filmowego bohatera Janka – z emocją, trochę ze strachem, z charyzmą lecz... trochę bez dykcji. Słów nie rozumiem, ale to ostatecznie działa! Czy to dobrze, czy źle dla polskiego kina z historią w tle? Upadek muru berlińskiego, koniec NRD w "Wie Feuer und Flamme" stwarza okazję do obwieszczenia triumfu miłości, przyjaźni, jedności. "Wszystko, co kocham" jest ostrożne; otwarte zakończenie filmu pozostawia też otwartą sprawę historyczną. Nie ma tu ani oczekiwania  nowego, lepszego początku, ani oceny sytuacji historycznej… Tu, gdzie niemieccy filmowcy obwieszczają koniec dzieciństwa i wejście (odwołując się do "Bohaterowie jak my" – pełen kwiatów i słońca symboliczny nowy początek) w świat dorosłości, gdzie historię błędów i porażkę zastępują historią sukcesu, wygraną i happy endem – polscy twórcy zachowują rezerwę. Dlaczego? To chyba temat na nieco inny tekst.

***

Przypisy:
1. Susanne Fritsche, Die Mauer ist gefallen. Eine kleine Geschichte der DDR, Carl Hanser Verlag, Monachium 2004.
2.  Sylvain Savoia, Marzena Sowa, Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają, Egmont Polska, Warszawa 2007.
3.  Michał Śledziński, Na szybko spisane 1980-1990, Kultura Gniewu, Warszawa 2007.
4.  Jacek Dukaj, Wroniec, ilustrował Jakub Jabłoński, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.
5.  Peter Sís, The Wall. Growing Behind the Iron Curtain, Frances Foster Books / Farrar, Straus and Giroux, Nowy Jork 2007.



Od redakcji: Artykuł Marty Brzezińskiej zgłoszony był do tegorocznego konkursu o nagrodę im. Krzysztofa Mętraka. Autorka zmieniła nieco jego treść na potrzeby naszego portalu.