Artykuł

Dziewczyny, jakie kochamy

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Dziewczyny%2C+jakie+kochamy-102481
Piszemy o polskim kinie we wszystkich jego aspektach. Polifonicznie, czyli tak, jak chcemy, aby było postrzegane. Z nadzieją, że samo kino również zacznie przemawiać do nas wieloma głosami.

Dzisiejsi dwudziestoparolatkowie nie mają szans, by w filmach sygnowanych metką "Made in Poland" odnaleźć zwierciadło własnych pragnień i frustracji. 


Pod koniec lat 50. Jean-Luc Godard w artykule zamieszczonym na łamach pisma "Arts" zwracał się do francuskich reżyserów słowami: "Nie możemy wam przebaczyć, bo nigdy nie zdołaliście sfilmować dziewczyn, jakie kochamy, chłopców, na jakich natrafiamy codziennie (…)". Pół wieku później te same słowa należałoby powtórzyć pod adresem współczesnych polskich twórców. Podobny pogląd może wydać się niepopularny. Rozmaici prorocy prześcigają się przecież w wieszczeniu renesansu rodzimego kina. Zamiast niego mamy jednak raczej do czynienia z małą stabilizacją wspieraną przez propagandę sukcesu. Trudno przecież na serio mówić o wyjściu z impasu, jeśli zdamy sobie sprawę z istnienia wśród potencjalnych widzów tak dużej grupy wykluczonych.


"Życie Adeli"
W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak zazdrościć Francuzom "Życia Adeli", wespół z Amerykanami gonić mknącą przez nowojorskie ulice "Frances Ha" i wraz z Niemcami wzdychać: "Oh, Boy!". Zestawienie tych trzech tytułów nie jest przypadkowe, każdy z nich znajdował się w gronie najwyżej ocenianych filmów ostatnich miesięcy. Wspólny mianownik dzieł Kechiche'a, Baumbacha i Gerstera stanowi pełne empatii spojrzenie na młodych bohaterów. W jednostkowych historiach utalentowani reżyserzy potrafią zawrzeć odniesienia do uniwersalnych problemów całych społeczności. Adela uczęszcza na polityczne demonstracje, Frances we własnym portfelu odczuwa skutki kryzysu finansowego, a Niko z "Oh, Boy!" musi zmierzyć się z trudną przeszłością swojego kraju. Wszyscy ci bohaterowie z chęcią opowiadają widzom o zainteresowaniach, zapraszają do przytulnych knajp, czasem uchylają drzwi do sypialni. Ta otwartość przyspiesza budowanie emocjonalnej więzi. Po kilku godzinach znajomości chętnie pocieszylibyśmy Adelę po rozstaniu z Emmą, przygarnęlibyśmy Frances pod swój dach i wsparlibyśmy Niko w walce z zepsutym automatem do kawy.

Estetyka "gwałtu w bramie"

Zamiast przyglądać się otaczającemu światu, polscy reżyserzy wciąż wolą traktować bohaterów jak kamienie rzucane na szaniec tradycyjnych wartości. Jeśli już decydują się na wyjście z muzeum i podjęcie flirtu ze spragnioną wrażeń publicznością, to zamiast subtelnego podrywu dostajemy filmowy ekwiwalent gwałtu w bramie. Nieudane próby szokowania widza podejmuje na przykład Katarzyna Rosłaniec. Po seansie jej "Galerianek" Andrzej Wajda powiedział podobno, że to "film, który wygląda, jakby został napisany i wyreżyserowany przez trzynastolatkę". Jeśli tak, w "Bejbi blues" autorka cofnęła się co najmniej do przedszkola. Nowy film Rosłaniec to "Spring Breakers" specjalnej troski. Inaczej niż Harmony Korine, polska twórczyni nie potrafi potraktować bohaterów z mieszanką wyrozumiałości i kpiny. Zamiast tego głupiutko się do nich przymila, by w efekciarskim finale wcielić się w moralizującą starszą siostrę.


"Galerianki"
Innego rodzaju kłopoty sprawiają filmy Jacka Borcucha. Wątpliwości mogło wzbudzać już przeceniane "Wszystkiego, co kocham". W nostalgicznej opowieści o dojrzewaniu w politycznej gorączce lat 80. ekranowi punkowcy mieli w sobie dzikość chórzystów ze scholi. "WCK" wznosi się jednak na wyżyny w porównaniu do "Nieulotnych". Bohaterowie nowego filmu Borcucha wyglądają estetycznie i nieźle wkomponowują się w krajobrazy hiszpańskiej prowincji. Czar pryska, gdy zostają zmuszeni, by otworzyć usta i deklamować wypisane w scenariuszu brednie. Z dialogów pomiędzy Kariną a Michałem nie dowiemy się niczego o ich pasjach, życiowych priorytetach czy – przede wszystkim – powodach wzajemnej fascynacji.

W jednym z wywiadów reżyser opowiadał o "Nieulotnych" w kontekście arcydzieł Antonioniego i Bergmana. Całkiem możliwe, że Borcuch autentycznie tych twórców podziwia, ale trudno przekonać się o tym w trakcie seansu. O tym, że erudycja to nie wszystko, dobitnie świadczy przypadek Barbary Białowąs. Twórczyni "Big Love" z dumą podkreśla w wywiadach wpływ wywarty na jej film przez "Julesa i Jima" Truffauta i "Żyć własnym życiem" Godarda. Cóż z tego jednak, jeśli w jednej z pierwszych scen swojego filmu pokazuje groteskowego twardziela, który podjeżdża swym vanem pod gimnazjum po poderwaną niedawno dziewczynę? Tak oto Nowa Fala rozpływa się w prowincjonalnym bagienku.

Gry miłosne


Ciekawe, że każdy z wymienionych filmów korzysta w pewnym momencie z narracyjnego dopalacza w postaci zabójstwa. Sięganie po efekciarskie rozwiązania fabularne wydaje się nie tylko deklaracją niewiary we własne umiejętności, ale także niemożności złapania kontaktu z młodymi bohaterami. Polscy reżyserzy, choć starsi od swoich postaci zaledwie o kilkanaście lat, często przypominają biskupów wypowiadających się na temat ideologii gender. Wobec bohaterów swoich filmów pozostają równie nieufni, zdystansowani i poddani władzy stereotypu.


"Niewinni czarodzieje"
Trudno oprzeć się wrażeniu, że w poszukiwaniu przekonującej opowieści o emocjach młodych ludzi musimy cofnąć się na przykład do "Niewinnych czarodziejów". Po latach od premiery wciąż łatwo pozostać pod urokiem uczuciowej gry toczonej przez Pelagię i Bazylego. Inscenizowane na naszych oczach przedstawienie wygląda atrakcyjnie, ale w rzeczywistości stanowi reakcję na strach przed nieoczekiwanym uczuciem. Zawarta w filmie Wajdy psychologiczna prawda z dzisiejszej perspektywy jest warta trzy razy więcej niż wszystkie wynurzenia Rosłaniec, Borcucha i Białowąs razem wzięte. Znacznie ciekawsze niż miałkie dylematy ich schematycznych bohaterów okazują się również wewnętrzne rozterki Andrzeja Leszczyca z wczesnych filmów Jerzego Skolimowskiego.

Na szczęście w poszukiwaniu bratnich dusz nie musimy cofać się aż do głębokiej historii. Nawet jeśli niektóre tytuły nie mogą jeszcze równać się z arcydziełami sprzed lat, wciąż zasługują na docenienie. Przykładem interesującej opowieści o współczesnej młodzieży może być "Sala samobójców" Jana Komasy. Owszem, postacie, które "krwawią, cicho żyjąc", mogą wydawać się przerysowane w swej egzaltacji. Nie zmienia to jednak faktu, że reżyserowi udało się dotknąć istotnego problemu postępującej wirtualizacji życia nastolatków. Film został zaakceptowany przez rówieśników głównych bohaterów i zdobył imponującą widownię. Frekwencyjny sukces może jednak okazać się także przekleństwem Komasy. Reżyser z miejsca został uznany przez możnych polskiego kina za speca od "młodzieży" i jako taki stanął za kamerą superprodukcji o powstaniu warszawskim. Komasa przekonuje w wywiadach, że "Miasto 44" ma być filmem wyczulonym także na intymne życie bohaterów. Wizja, w której patriotycznej gorączce towarzyszy ekstaza seksualna, zapowiada się więcej niż kusząco. Janusz Głowacki próbował przywołać ją niedawno na kartach książki "Przyszłem", gdy pisał o czasach "Solidarności": "Jedna działaczka się podobno zwierzyła, że takiego pierdolenia jak w czasie strajku w Stoczni to w życiu nie miała". Trudno wyobrazić sobie jednak podobne podejście u Komasy, jeśli jego film szykowany jest do pompatycznej premiery na Stadionie Narodowym.


"Płynące wieżowce"
Problemów z eksponowaniem seksualności swoich bohaterów nie miał za to Tomasz Wasilewski w "Płynących wieżowcach". Szkoda tylko, że młodzi warszawiacy chętniej obnażają przed sobą ciała niż dusze i do samego końca pozostają enigmatyczni. Niezależnie od tego uczuciowy trójkąt między dwoma chłopakami i dziewczyną wydaje się naszkicowany pomysłowo i łatwo przykuwa uwagę. Docenione na świecie "Płynące…" to drugi po "W sypialni" udany film Wasilewskiego, który wyrasta na jednego z najzdolniejszych twórców swojego pokolenia.

Nabieranie oddechu

Wśród niedawnych opowieści o ludziach zmierzających ku dojrzałości okrężną drogą intryguje także niedocenione "Ki". Tytułowa bohaterka filmu Leszka Dawida przypomina trochę zaginioną kumpelę Frances Ha. Tak jak ekscentryczna mieszkanka Nowego Jorku, Ki nie zraża się niepowodzeniami i nie chce rezygnować z wysokich aspiracji. Swoim postępowaniem przysparza jednak nieporównanie więcej kłopotów otoczeniu. W znakomicie zaaranżowanej scenie finałowej wiecznie rozbiegana Ki nareszcie zwalnia tempo i bierze oddech. Lekkomyślna dziewczyna po raz pierwszy odkrywa w sobie pragnienie autorefleksji. Dobrze by było, gdyby podobną potrzebę odczuli od czasu do czasu także młodzi bohaterowie innych polskich filmów.


"Ki"
Przytaczany na początku tekstu artykuł z "Arts" powstał na wieść o tym, że na festiwalu w Cannes Francję reprezentować będzie nowofalowe "Czterysta batów". Dlatego właśnie Godard – w imieniu przedstawicieli swojego pokolenia – kilka zdań później mógł napisać: "Dzisiaj odnieśliśmy zwycięstwo". Kiedy podobne słowa staną się prawdziwe także w odniesieniu do polskiego kina? Wydaje się, że wszystko jest w rękach samych reżyserów. Łatwo wyobrazić sobie, że każdego dnia mijają oni na ulicach potencjalne Adele, Frances oraz inne "dziewczyny, jakie kochamy". Wystarczy, by zechcieli je dostrzec.
Udostępnij: