Wywiad

Miłość w Hawanie i Nowym Jorku

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Mi%C5%82o%C5%9B%C4%87+w+Hawanie+i+Nowym+Jorku-75127
Za co kocha Billy'ego Wildera, dlaczego nie ma komórki i jaki ma to związek z jego filmami, opowiada nam Hiszpan Fernando Trueba, który zrealizował między innymi oscarowe "Belle époque" z Penelope Cruz, a teraz - "Chico i Ritę". Ta animowana historia o miłości rozpięta pomiędzy gorącą Hawaną a Nowym Jorkiem lat 40. i rozgrywająca się przy dźwiękach najlepszej muzyki obu regionów, już w piątek pojawi się w naszych kinach.



Chico i Rita darzą się uczuciem przez całe życie, choć nie potrafią być razem. Czy mówienie o wiecznej miłości w tym stylu przypadkiem nie wyszło z mody?

Zawsze lubiłem to, co wyszło z mody. Kiedyś spytano Salvadora Dalego: Mistrzu, co to moda? A on, ponieważ był genialnym szaleńcem, odpowiedział: To, co wychodzi z mody. Bo to, co modne, trwa pięć minut. A to, co niemodne nie przemija. Taki właśnie niemodny film chciałem zrobić.

Jeśli coś łączy moje filmy, a uważam je za dość zróżnicowane, to pewna domieszka romantyzmu. Nie dodaję wątku romantycznej miłości na siłę. Sam zdałem sobie sprawę z własnej skłonności dopiero po wielu latach robienia filmów.

To o tyle dziwne, że ja w nic nie wierzę. Jestem kompletnym sceptykiem i agnostykiem. Ale gdy opowiadam historię, pojawia się w niej prawie zawsze wiara w miłość.

I cały czas wierzy Pan w Billy'ego Wildera, jak powiedział Pan, odbierając Oscara?

Jasne! Uważam za bzdurne gadanie o kimś "to najlepszy reżyser w historii", bo było iluś tam, którzy zasłużyli na takie miano. Ale jakbyś mnie zapytała, kto jest najlepszym scenarzystą w historii kina, powiem: Billy Wilder. I mogę bronić tej tezy przed każdym trybunałem na konkretnych przykładach.

 

Woli Pan Wildera komediowego czy dramatycznego?

Trudno mi te elementy rozdzielić. Przede wszystkim uwielbiam go za głębokie zrozumienie istoty ludzkiej i życia. I nieważne, czy wyrażał to poprzez dramat czy komedię. Zresztą nawet do dramatów potrafił dodać humor.

A przecież Wilder urodził się tutaj, w Polsce, w Suchej Beskidzkiej! Nie miał łatwego życia: stracił matkę, babkę i ojczyma w Oświęcimiu, jednak nigdy nie dowiedział się dokładnie, jak zginęli. Po wojnie bez ustanku szukał ich śladów. To dramatyczna sytuacja. Wyobraź sobie: żyjesz w Hollywood, zdobywasz kolejne Oscary, ale nie wiesz, co się stało z twoją matką. 

Zawsze gdy się spotykaliśmy, rozmawialiśmy o najnowszych filmach. Podczas jednej z takich wspólnych kolacji rozgadaliśmy się na temat "Czterech wesel i pogrzebu". On mówi: Dobry film, ale ma parę mankamentów scenariuszowych. I gadamy jeden przez drugiego o tych mankamentach. A potem Billy pyta, już poważniejszym tonem: Widziałeś "Listę Schindlera"? Odpowiadam: Tak, widziałem. A on na to: Ja cztery razy. Zdziwiło mnie to. To świetnie zrobiony film, ale oglądać go cztery razy? No bez przesady. Więc pytam: Tak ci się podobał? Nie o to chodzi – mówi. Ale, wiesz, w tym filmie jest wielu statystów. Więc siadam sobie po ciemku w kinie i szukam mojej matki wśród nich. Powalił mnie tą odpowiedzią. To było strasznie szczere i głęboko przeżyte.

Bardzo filmowa historia. W sam raz dla Pana – lubi Pan powracać w kinie do tamtych czasów: lat 30., 40. Teraz "Chico i Rita", wcześniej "Belle époque", "Rok przebudzenia".

Współczesność mnie odrzuca. Robiąc film o dzisiejszych ludziach, muszę pokazywać, jak rozmawiają przez telefony komórkowe, pracują na laptopach itd. Nuda, nie chcę tego kręcić. Reżyseria to ciężka praca, trzeba wstawać wcześnie rano i zasuwać cały dzień. Nie wyobrażam sobie zrywać się z łóżka o szóstej z entuzjazmem, wiedząc, że będę musiał nakręcić scenę, w której bohater rozmawia przez komórkę. Dlatego poświęciłem się reżyserii, żeby móc wymyślać sytuacje i odwzorowywać na ekranie dawne epoki, a nie pokazywać to, co można zobaczyć na ulicach. Dużo otuchy dodaje mi fakt, że Szekspir nigdy nie zrobił dzieła rozgrywającego się w jego czasach. Nie to żebym ja, maluczki, porównywał się do Szekspira! Ale myślę, że twórca ma więcej wolności, jeśli przeniesie się w czasie. Wtedy może skoncentrować się na ważnych sprawach, takich jak miłość, ambicja, rywalizacja itp. Pokazać prawdziwe ludzkie pasje, a nie rozpraszać swoją uwagę, na przykład, na dwa dyktafony, którymi mnie teraz nagrywasz.


"Belle époque"

Dziś trudno żyć bez technologii.

Można, jeśli się chce. Ja nie mam nawet komórki. Parę razy starano się mi ją podarować: wciskano potajemnie do kieszeni, szef hiszpańskiej telekomunikacji wręczył mi jakiś najnowszy model telefonu i bardzo się zdziwił, gdy mu odmówiłem.

No właśnie, czyli jednak trudniej byłoby opowiedzieć o wiecznej miłości Chico i Rity w realiach XXI wieku.

Pewnie tak. Poza tym chciałem odwzorować lata 40. To był fantastyczny czas dla muzyki, bo kubańskie rytmy spotkały się wówczas z amerykańskimi. I to jest druga historia miłosna w moim filmie: Amerykanie zakochali się w muzyce z Kuby, a Kubańczycy pokochali jazz z Nowego Jorku. Kubańscy muzycy grali w Nowym Jorku, a amerykańscy - w Hawanie. Zdecydowałem się osadzić akcję filmu w roku '48., ponieważ wtedy pierwszy raz pożeniono rytm muzyki kubańskiej, czyli clave, z rytmem jazzu, aby móc grać kubańską muzykę również na perkusji. I z tej miłości narodził latin jazz.


"Dziewczyna marzeń"

A polityka? Rewolucja pojawia się w filmie tylko przy okazji?

Już wcześniej robiłem komedie takie jak "Belle époque" czy "Dziewczyna marzeń", ale osadzałem je w dramatycznych czasach: w trakcie rządów republiki w Hiszpanii czy początków faszyzmu w Niemczech. Ale nie były to filmy historyczne. Tak samo jest z "Chico i Ritą". Ciekawsze wydaje mi się wrzucenie bohaterów w okoliczności, w których napotykają przeciwności, kiedy wokół nich rozgrywa się konflikt.

W "Chico i Ricie" pełno też odniesień do filmowej klasyki. Można by wręcz pomyśleć, że "Casablanca" to Pana ulubiony film.

"Casablanca" to dla mnie przede wszystkim symbol pewnej epoki w kinie i dlatego ją wykorzystałem. Z jednej strony to film bardzo nowoczesny: z nietypowym pozytywnym bohaterem, antyfaszystowski w przesłaniu. Bardzo amerykański, ale osadzony w egzotyce. Co czyni go jeszcze ciekawszym, to fakt, że nakręcił go węgierski emigrant Michael Curtiz. W tamtych czasach Hollywood było otwarte na ludzi z zewnątrz. Dziś nie robi się w Stanach tak pięknych filmów.

Znowu przemawia przez Pana nostalgia. Dlaczego dziś w Hollywood jest gorzej?

Dziś to fabryka. Dyrektorzy studiów nie kochają kina i nie znają jego historii. Widać to po filmach. Choć oczywiście są wyjątki: reżyserzy, którzy robią dobre filmy, ale oni są trochę poza systemem. Mówię o takich twórcach, jak Alexander Payne, Wes Anderson, Paul Thomas Anderson, Richard Linklater.

W kinie hiszpańskim dzieje się lepiej?

W Hiszpanii wszyscy jesteśmy niezależni z przymusu. Za każdym razem, gdy robi się film, jest tak, jakby zaczynało się karierę od początku. Hiszpański przemysł filmowy jest bardzo mały i delikatny.

Zadziwiające. My widzimy raczej Wasze sukcesy i siłę w kinematografii.

Uwielbiałem kino polskie w młodości. Pierwsze filmy Skolimowskiego – to było coś. Albo Polańskiego. Oglądając ostatnio "Nóż w wodzie", pomyślałem, że tylko w Polsce Polański w 100% był sobą.

Tylko że my opowiadaliśmy głównie o historii i polityce, a nie o miłości.

Może to wasza trudna historia nie pozwalała na więcej frywolności? Dla mnie historia zawsze jest jedynie punktem wyjścia. Z niej musi powstać coś nowego. Służy mi jako tło do opowiedzenia innych rzeczy.

 

To ile jest autentycznych wydarzeń w "Chico i Ricie"? Czy postać Chico była wzorowana na Bebo Valdésie? Spotkaliście się już wcześniej, jak kręcił Pan dokument o muzyce kubańskiej, "Ulicę 54".

Odszukałem go, ponieważ był dla mnie największym z żyjących kubańskich muzyków. I wielką inspiracją, gdy robiłem swój ostatni film. Ale jego życie wyglądało zupełnie inaczej niż życie Chico. Oczywiście, łączą ich niektóre wydarzenia. Na przykład Chico dostaje zakaz grania jazzu, bo jazz został uznany za muzykę imperialistów. To samo przydarzyło się Bebo. Ale znowu Bebo nie pojechał do Stanów jak Chico, tylko do Sztokholmu, i tam, zapomniany, grał sobie w barze przez 35 lat.

Dodatkowo przedstawił Pan całą historię rysunkowo.

Nigdy nie przypuszczałem, że zrobię animację. W przypadku "Chico i Rity" tylko jedna rzecz była dla mnie i Javiera Mariscala pewna od samego początku: chcieliśmy, aby ten film był jak bolero. Dlatego ma strukturę piosenki, a nie filmu. Bolera zawsze są pełne emfazy: wieczna miłość, ktoś traci dziewczynę, ból jest ogromny, wszystkie uczucia są spektakularne, te sprawy. W kinie to się nazywa melodramat. Ale ja nie jestem gościem od melodramatów. Nie przepadam za Douglasem Sirkiem. Lubię tylko melodramaty Maxa Ophülsa. Historia piosenki jest w tym filmie równoległa do historii miłości głównych bohaterów.

Pana kolejny film też będzie o miłości?

Na pewno będzie w nim trochę romantyzmu, choć nie będzie opowiadał o miłości romantycznej, tylko o związku starego rzeźbiarza i bardzo młodej modelki. Chcę poruszyć takie tematy, jak inspiracja, uczenie się życia, przekazywanie doświadczenia. Jak to wyjdzie, zobaczymy niedługo. Zaczynamy zdjęcia we wrześniu.
Udostępnij: