Artykuł

"Pokłosie" a Sprawa polska

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/%22Pok%C5%82osie%22+a+Sprawa+polska-90542
"Pokłosie" jest filmem, w którym Władysław Pasikowski gra o najwyższą stawkę. Nie tylko tą związaną z przyszłością jego kariery. Dyskusja o współudziale Polaków w pogromie Żydów toczy od kilku lat. Czy to właśnie nowe dzieło Pasikowskiego uczyni ją naprawdę masową?

Od tego, jak przez krytykę i publiczność zostanie przyjęty jego pierwszy kinowy film od czasów katastrofalnego "Reichu" (2001), zależy bardzo wiele. Zwłaszcza, że "Pokłosie" zdążyło już obrosnąć legendą filmu zbyt odważnego, zbyt obrazoburczego wobec narodowych mitów i powszechnie akceptowanej wersji narodowej pamięci, by konserwatywne władze naszej kinematografii mogły pozwolić mu powstać. Gdyby okazało się, że wbrew pogłoskom, nowe dzieło autora "Psów" jest po prostu słabe, ostatecznie mogłoby to pogrzebać jego legendę.

Ale stawka jest jeszcze większa. Mówimy o pierwszym filmie w ostatnich dekadach, który ma szansę wywołać ogólnonarodową debatę. Nie tylko dyskusję wśród widzów, krytyków filmowych i publicystów mediów zajmujących się kulturą, lecz taką, w której głos zabierają na co dzień nieinteresujący się kinem publicyści, uznani pisarze, intelektualiści, politycy. Żadnemu polskiemu filmowi po 1989 roku się to nie udało. Być może najbliżej były "Psy", jednak sporom wokół tego obrazu daleko było do skali i rangi dyskusji, jakie na przełomie lat 50. i 60. toczyły się wokół wczesnego kina Andrzeja Wajdy. Spory o "Kanał", "Popiół i diament", "Lotną" stanowiły centrum dyskusji na temat tego, jaka powinna być polska tożsamość po październikowym przełomie, gdzie z jednej strony stała pragnąca spełnienia obietnic odwilży inteligencja, z drugiej atakująca reżysera za "znieważanie polskości" przedziwna narodowo-stalinowska koalicja. I jeśli jakiś film ma szansę wywołać debatę na podobnym poziomie, jest nim właśnie "Pokłosie".

Sąsiedzi spod strzechy

"Pokłosie" ma szansę wywołać tę dyskusję, wizualizując problem, z którym polska wspólnota ciągle musi się zmierzyć - problem naszego współudziału w Zagładzie Żydów w okresie II wojny światowej. Ta dyskusja, wywołana przede wszystkim przez publikacje Jana Tomasza Grossa (z najgłośniejszymi "Sąsiadami" na czele), ale także przez prace takich badaczek jak Barbara Engelking, już się toczy od kilku lat. Czy to właśnie nowe dzieło Pasikowskiego uczyni ją naprawdę masową?

"Pokłosie" jest, jak przyznaje to sam reżyser, filmową odpowiedzią na "Sąsiadów". Ta niewielka książka historyka wykładającego w Princeton, opisująca ludobójstwo, jakiego w podlaskim miasteczku Jedwabne na swoich żydowskich sąsiadach dopuścili się Polacy, latem 1941 roku (miesiąc po tym, gdy miasto zajęły wojska niemieckie), okazała się prawdziwym dynamitem. Choć wśród historyków i osób zainteresowanych tematem istnienie Jedwabnego nie było tajemnicą, to książka uczyniła pamięć o nim społecznie widoczną, zmusiła Polaków do skonfrontowania się z własną przeszłością, czego kulminacją były przeprosiny wystosowane w imieniu rodaków przez prezydenta Kwaśniewskiego.

"Pokłosie" nie jest dosłowną ekranizacją książki, film rozgrywa się współcześnie. Do małej wioski przyjeżdża mężczyzna, który przed laty wyleciał do Stanów, Franciszek Kalina (Ireneusz Czop). Podobno coś dziwnego dzieje się z jego bratem, Józefem (Maciej Stuhr). Józef, zamiast zajmować się gospodarką, żoną i dziećmi, zbiera i umieszcza na swoim polu żydowskie macewy, których pełno jest we wsi. Wywołuje to skrajną, niezrozumiałą wrogość mieszkańców, podsycaną jeszcze przez mającego objąć lokalną parafię młodego księdza. Franek podejmuje prywatne śledztwo mające ustalić, skąd we wsi wzięły się w ogóle wszystkie te żydowskie nagrobki i co stało się w niej z Żydami. Odkrywa przerażającą prawdę nie tylko na temat swoich sąsiadów, ich ojców i dziadów, ale także na temat swojej rodziny.


Debata o Jedwabnem toczyła się niestety w elitarnym medium słowa pisanego. Pasikowski posługuje się medium o wiele bardziej demokratycznym i o wiele silniej i szerzej oddziałującym. Świadectwo pogromu przedstawione w ruchomych obrazach działa o wiele silniej niż tekst pisany. Szczególnie widać to w najbardziej przejmującej scenie filmu, w której bracia Kalina konfrontują się z dawnym wójtem, z czasów wojny, dziś starszym mężczyzną - Studnickim. Odtwarzający go mężczyzna, sam w trakcie wojny był świadkiem Zagłady, pracował na kolei, widział Żydów wywożonych na pewną śmierć, nie był w stanie im pomóc. Jego monolog w dużej mierze był improwizowany, mężczyzna opisuje to, co sam widział w trakcie wojny. Ta jedna scena wbija w fotel, należy do najmocniejszych w polskim kinie ostatnich lat, usprawiedliwia wszystkie słabości filmu. Utwór Pasikowskiego narracyjnie i formalnie jest bardzo tradycyjny. W dobrym sensie tych słów. Właśnie dlatego ma szansę dotrzeć do szerszej publiczności i wywołać narodową debatę, czego nie udało się filmom podejmującym ten sam temat w kluczu kina artystycznego, eksperymentalnego - "Z daleka widok jest piękny" Anki i Wilhelma Sasnali, oraz "Sekretowi" Przemysława Wojcieszka.

Western narodowy

Jeśli się to uda, Pasikowski może wygrać po raz wtóry i wprowadzić nowy, estetyczny klucz kina narodowego. Do tej pory kino, które określaliśmy jako narodowe, osadzone było w bardzo ściśle sprecyzowanym kluczu estetycznym. Romantyczny, inteligencki bohater, pytania o heroizm, romantyczne motywy fabularne i ikony, patos. Pasikowski proponuje coś zupełnie innego: kino narodowe wychodzące z odpowiednio przystosowanego na grunt lokalny filmowego gatunku, mającego swoje źródło głównie za oceanem.  Jego film jest bardzo ciekawą gatunkową hybrydą, łączącą (anty)western z nowym filmem czarnym. Wioska, gdzie dokonała się zbrodnia, jest polskim pograniczem, miejscem, w którym stopniowo zanika cywilizacja, zawodzą jej podstawowe instytucje. W efekcie ze złem może zmierzyć się tylko zdeterminowana, zdolna przeciwstawić się przemocy, okrucieństwu, konformizmowi i obojętności jednostka - lub ich grupa. Takimi westernowymi bohaterami są właśnie bracia Kalina.

Fabularnie film organizuje właściwa dla kryminału figura śledztwa. Tu, jak w nowym kinie czarnym, odkrywa ono głębokie zepsucie całej rzeczywistości. I jak w najlepszych kryminałach i tu detektyw podąża przede wszystkim po własnych śladach.Choć mieliśmy już kilka filmów o ambicjach kina narodowego sprawnie posługujących się gatunkiem (np. "80 milionów" Waldemara Krzystka), to dopiero Pasikowskiemu udało się użyć gatunkowych klisz do krytycznej pracy na polskiej pamięci.


Poza stereotyp

Prawicowi publicyści zarzucali Sasnalom, że kręcą film dla wielkomiejskiej publiczności, pozwalając jej z góry spojrzeć na "antysemicką hołotę". "Pokłosie" zrobione jest tak, jakby chciało uniknąć podobnych zarzutów. Pasikowski wyraźnie pokazuje, że trupy kryją się w szafie każdego z nas, nikt więc nie ma prawa umywać rąk.

"Pokłosie" stara się pokazać złożone przyczyny polskiego antysemityzmu. Wskazuje na jego ekonomiczne motywy, nagromadzone przez wieki uprzedzenia i rolę takich aktorów polskiego życia publicznego jak Kościół katolicki. Choć i tu reżyser waży sądy. W filmie Kościół reprezentują dwie figury: z jednej strony otwarty, inteligentny starszy ksiądz odchodzący na emeryturę (Jerzy Radziwiłowicz), próbujący łagodzić konflikt między Kalinami a wsią. Z drugiej strony do przejęcia po nim parafii szykuje się właśnie podburzający przeciw Kalinom parafian, młody, zacięty, antysemicki kapłan. Gra go stworzony do takich ról (podobną kreował już w "Europa Europa" Agnieszki Holland) Andrzej Mastalerz. Gdy patrzy się na niego w sutannie, nietrudno wyobrazić go sobie jako przedwojennego księdza-endeka, pisującego sążniste eseje do "Ateneum kapłańskiego", czy "Rycerza niepokalanej”, przestrzegające przed niebezpieczeństwami "judaizacji kultury polskiej".

Najciekawszą postacią jest tu jednak Franek Kalina. W Stanach nie odniósł sukcesu, pracował przy rozbiórkach i remontach, z narażeniem zdrowia i życia zrywał azbest za marne pieniądze. Do Polski wraca, jak bohater jednej z pieśni Jacka Kaczmarskiego , stamtąd "gdzie się żadne z marzeń nie spełniło/tu, gdzie najgorsze spełniają się wróżby". Jest pełen resentymentu, za swoją klęskę w Stanach wini "Żydków". Bo to "Żydki", jak wielokrotnie powtarza w trakcie filmu "rządzą Ameryką" i to tak, że "nie pozwolą tam Polakowi zarobić". A jednocześnie to ten bohater, konfrontując się z dramatyczną historią swojej wsi i rodziny, zmuszony jest wyjść poza antysemickie fantazje, uznać w Żydach bliźnich, wobec których zmuszony jest zachować najbardziej podstawowe etyczne obowiązki. Takie, jak obowiązek upamiętnienia ich, naszej wspólnej historii, ich obecności na ziemi, którą przez wieki zamieszkiwali razem z Polakami. I uznanie współwiny Polaków, za to co działo się na tych ziemiach w okresie wojny.

Franek jest bohaterem, z którym ma się identyfikować przeciętny widz i jednocześnie reprezentantem "przeciętnego widza" w filmowym dziele. Cały film, skonstruowany jest tak, by polski widz, przede wszystkim ten pełen antysemickich stereotypów i uprzedzeń, przeszedł wraz z Frankiem etyczną przemianę. To jest najważniejsza, najbardziej podstawowa etyczna stawka tego filmu. I choćby dla niej będę go bronił - nawet jeśli rażą niektóre uproszczenia, w tym także w przedstawianiu kluczowego problemu. W filmie antysemityzm jest problemem oddolnym, ludowym, choć podsyca go przez bynajmniej nie ludowa instytucja, jaką jest Kościół katolicki. Problem antysemityzmu i Zagłady jawi się w takiej perspektywie przede wszystkim jako problem "zacofania" (niewykształconego chłopstwa i średniowiecznej, anachronicznej kościelnej instytucji). Tymczasem oba te zjawiska były przynajmniej splecione w dość niepokojący sposób z projektem nowoczesności, kluczowymi dla niego praktykami i dyskursami.

Polski antysemityzm to nie tylko chłopi i księża. To także przedwojenna inteligencja organizująca getto ławkowe na uczelniach i domagająca się ograniczenia liczby żydowskich studentów. Posługująca się przy tym językami nowoczesności: dyskursem modernizacji, eugeniką. Po Sasnalach i "Pokłosiu" chciałbym obejrzeć kiedyś film także na ten temat.  
 
Udostępnij: