Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/WFF+2018%3A+Diamenty+i+motyle-130413

WFF 2018: Diamenty i motyle

  • autor: Marcin Pietrzyk, Marcin Stachowicz
  • Relacja
W ostatni weekend Warszawskiego Festiwalu Filmowego Marcin Stachowicz i Marcin Pietrzyk recenzują - odpowiednio - portugalskiego "Diamantino" i tureckie "Motyle". 

img.jpg

Diamenty są śmieszne
("Diamantino", reż. Gabriel Abrantes i Daniel Schmidt)

Diamantino to Portugalia, Diamantino to my. Złoty jak Ronaldo, głupi jak noga stołowa, biega za piłką w różowej mgle. Nie myśli za dużo, bo memy generalnie nie są od myślenia – mają być śmieszne, albo straszne, albo słodkie. Diamantino jest słodki, bo chodzi z kotkiem w kieszeni, a na boisku widzi nie piłkarzy przeciwnej drużyny, ale ogromne puchate pieski. I dzięki tym pieskom może być największą gwiazdą portugalskiego futbolu, zawsze trafiać do bramki i grać w reklamach za miliony. Pływać jachtem z tatą, mieszkać w pałacu i nie uprawiać nigdy seksu. Serio, kto nie chciałby być Diamantino?
 
Więcej – kto nie kochałby takiego filmu, jak "Diamantino"? To ten rodzaj kina, którego potrzebujemy teraz i prawodopodobnie będziemy potrzebować zawsze. Nowoczesna baśń, wirtuozerski popis szaleństwa, kocioł wypełniony po brzegi kiczem i anarchią. Szaleństwo współczesnego świata mediów i nowych technologii przecina się tutaj z tradycjami kina niemego i surrealizmem spod znaku Guya Maddina (szczególnie w finale). Dodatkowo reżyserzy tej perełki – Gabriel Abrantes i Daniel Schmidt – odważyli się podnieść rękę na świętą regułę kina artystycznego i opowiedzieć historię z prostym, uniwersalnym morałem, konstrukcyjnie bardzo bliską książeczkom dla dzieci.

W telegraficznym skrócie wygląda to tak – moralnie czysty, prosty i uczciwy Diamantino, gwiazda piłki, podczas finału Pucharu Świata ponosi druzgocącą klęskę. Obraz tej klęski – w formie memów – obiega cała Portugalię, robiąc z niedawnego idola popychadło tłumów. Żeby zadośćuczynić rodzinie i narodowi – i oczywiście w szczerym odruchu serca – gwiazdor adoptuje chłopca z Afryki i natychmiast otacza go bezwarunkową miłością. Jednak młodziutki Rahim w rzeczywistości nazywa się Aisha i jest działającą pod przykrywką agentką portugalskich służb specjalnych (to nie spojler, dowiadujemy się tego na początku filmu), która rozpracowuje rzekome machloje podatkowe piłkarza. Akcję Aishy koordynuje jej chorobliwie zazdrosna, przebrana za zakonnicę dziewczyna. Są jeszcze siostry Diamantino – chciwe i sadystyczne bliźniaczki – oraz szaleni naukowcy i tajemnicze eksperymenty genetyczne. Rząd – zinfiltorwany przez nacjonalistów – chce uzyskać kontrolę nad sportowym geniuszem futbolisty. Wszystko po to, żeby wyprowadzić kraj z Unii Europejskiej i – cytuje bezpośrednio za filmem – "uczynić Portugalię na powrót wielką". I już memy, tak jak i w prawdziwym życiu, zamieniają się w wykładnię bieżącej sytuacji politycznej.

Być może brzmi to ciut zbyt dziwacznie, żeby nie powiedzieć – głupawo. "Diamantino" na pewno wymaga odporności na kicz – sporo tutaj zwierzęcego futra, różu, zachodów słońca i wschodów księżyca, sentymentalnych emocji. Absurdalny pomysł goni absurdalny pomysł, tożsamości nieustannie się przenikają, ziemia drży od gatunkowego synkretyzmu: jest teledysk, dramat o uchodźcach, science-fiction, komedia romantyczna. Mężczyznom rosną piersi, kobiety biją i poniżają napakowanych sportowców, nacjonaliści to mroczni, ubrani w czarne golfy hermafrodyci. W tym kipiszu daje się wyczuć estetyczne pokrewieństwo ze stylem vaporwave, gdzie kluczowe symbole nowoczesnego, technologicznego kapitalizmu zostają karykaturalnie wylbrzmione w całkowicie nowych, dziwacznych kompozycjach. Umysł bohatera narodowego – piłkarza-celebryty – zagracają wzmiankowane już puchate pieski, falujące oceany i galaktyki błyszczącego dziadostwa. Diamantino driftuje żółtym lamborghini na podwórcu swojego barokowego pałacu, pali gumę w takt "I Love You Always Forever", a jego siostry w tym czasie zarzynają prosiaka na wieczerzę. Rahim-Aisha śpi w pościeli z podobizną nowego ojca, na ścianach ma klasyczne sztukaterie, portrety przodków i wielkiego balonowego dinozaura. Kapitalizm przyjmuje w tym filmie postać całkowicie samozwrotną, narcystyczną, ckliwie sentymentalną i zdolną zeżreć cały świat – w duchu ociekających złotem i jednocześnie rozbrajająco szczerych gabinetów i sypialni z nowojorskiego Trump Tower. Polityka queer spotyka giełdę, giełda – telewizję śniadaniową. A potem można to wszystko radośnie wrzucić na Twittera.
 
Całą recenzję Marcina Stachowicza można przeczytać TUTAJ.


Misja: Wygrać Sundance ("Motyle", reż. Tolga Karaçelik)

Tureckie "Motyle" to film, który w styczniu 2018 roku wygrał konkurs międzynarodowy festiwalu Sundance. Dla każdego, kto obraz ten zobaczy, nie będzie to zaskoczeniem. Dzieło Tolgi Karaçelika urzeczywistnia wszystkie ideały, którym hołduje ta impreza.

Jest to festiwal, który jak żaden inny na świecie wpłyną na kształt produkcji filmowych. W zasadzie można nawet mówić o odrębnym gatunku posiadającym zestaw bardzo wyrazistych cech zarówno fabularnych jak i formalnych. Ba, po wielu latach pielęgnowania pożądanych elementów i rugowania tego, co "zanieczyszcza" kino sundance'owe, stał się on - obok komedii romantycznych i westernów - najbardziej sformalizowanym z gatunków. Z czego Karaçelik doskonale zdawał sobie sprawę podczas prac nad "Motylami". Jego obraz jest bowiem dziełem wzorcowym, począwszy od zestawu bohaterów pierwszego i drugiego planu, przez kolejne losów, po wyrazisty klimat i łączenie delikatnego absurdalnego humoru z równie intensywną warstwą refleksyjną, dotykającą spraw ważnych i bolesnych.

zytLXz0ZCPmaca6R5qAnhJmElUy.jpg

"Motyle" to historia Cemala, Kenana i Suzi. Każde z nich jest kwintesencją sundance'owego protagonisty. Są więc postaciami dość zwyczajnymi, ale jednocześnie prezentowanymi w taki sposób, w oczach widzów jawią się jako wyjątkowi, barwni, ekscentryczni, będąc źródłem humoru ale jednocześnie wzbudzając głębokie pokłady współczucia. Jak bowiem w każdym szanującym się filmie nagrodzonym na Sundance, bohaterowie naznaczeni są tragedią, która sprawiła, że znaleźli się w ślepym zaułku, z którego nie mogą się wydostać. Jednak widmo śmierci, które się nad nimi unosi w połączeniu z podróżą przez pół Turcji, którą podejmują, by spotkać się z niewidzianym od 30 lat ojcem, sprawi, że niektóre drzwi się za nimi zamkną, ale inne otworzą.

Kino spod znaku Sundance jest zwodniczo proste. Realizacyjnie nie wymaga zbyt wiele od twórcy, bo wszystkie elementy są już na samym początku zdefiniowane. Ale to sprawia, że jest to fabularnie i formalnie kino niezwykle skostniałe, przez co bardzo łatwo może pojawić się wrażenie wtórności. Karaçelik zdawał sobie z tego sprawę i uczynił wszystko, co w jego mocy, by odwrócić uwagę widzów o tego, co o tym rodzaju kina wiedzą i żeby zobaczyli w rodzeństwie osoby, których losami warto się przejmować. Udało mu się. Każde z trojga bohaterów przykuwa uwagę wyrazistą osobowością, która z miejsca wzbudzi sympatię. Cemal podbije serca widowni siłą swoich przekonań, które pchać go będą do spektakularnych i zaskakujących działań (jak podpalenie się w programie informacyjnym). Kenan wkradnie się w łaski za sprawą swojego sarkastycznego humoru i przedziwnej mieszanki buntu z rezygnacją. Zaś Suzi zyska zrozumienie i wsparcie za sprawą swej dwoistej natury: cichej sfrustrowanej partnerki mężczyzny wymagającego od niej jedynie biernego słuchania swojej paplaniny, która pod wpływem alkoholu ujawnia głębokie pokłady agresji związanej z frustracją i niezaspokojonymi potrzebami emocjonalnymi.

 Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ.

zobacz też: