Marcin Stachowicz

Śpiące królewny i koniec snu

Hotspot
/fwm/article/%C5%9Api%C4%85ce+kr%C3%B3lewny+i+koniec+snu-140025
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Cuda-135994
PERŁY LAMUSA

Cuda

Podziel się

W najnowszej odsłonie cyklu "Perły lamusa" Piotr Czerkawski przygląda się włoskim "Cudom" – filmowi, który, jak pisze, zachwyciły Pawła Pawlikowskiego, rozczuliły Sofię Coppolę, a Nicolasa Windinga Refna podobno doprowadziły do łez.

W najnowszej odsłonie cyklu "Perły lamusa" Piotr Czerkawski przygląda się włoskim "Cudom" – filmowi, który, jak pisze, zachwyciły Pawła Pawlikowskiego, rozczuliły Sofię Coppolę, a Nicolasa Windinga Refna podobno doprowadziły do łez. 

***

"Szczęśliwy Lazzaro"
Alice Rohrwacher bez wątpienia należy do najczęściej chwalonych tytułów ostatnich miesięcy. Sukces włoskiej reżyserki nie wziął się znikąd. Pełnię swojego talentu Rohrwacher zademonstrowała już w poprzednim dziele – zrealizowanych w 2014 roku "Cudach". Film, który przez polskie kina przeszedł raczej bez echa, na świecie odniósł duży sukces , zdobywając Grand Prix festiwalu w Cannes. Dzieło Włoszki spotkało się także z uznaniem kolegów po fachu. "Cuda" zachwyciły Pawła Pawlikowskiego, rozczuliły Sofię Coppolę, a Nicolasa Windinga Refna podobno doprowadziły do łez. 

Całkiem możliwe, że do grona międzynarodowych wielbicieli "Cudów" przystąpiłaby także Olga Tokarczuk (na jednym z prowadzonych przeze mnie wrocławskich spotkań przyszła noblistka przyznała się zresztą do zachwytu nad "Lazzarem"). Zarówno polska pisarka, jak i włoska reżyserka, wydają się należeć do artystek dążących w sztuce do przekroczenia granic realizmu. Objawiająca się w ich twórczości metafizyka ma niepowtarzalną specyfikę – pozostaje ulotna, kapryśna, jakby bawiła się z bohaterami w chowanego. Z tego tytułu jej ślady będą w stanie dostrzec tylko nieliczni – ci, którzy patrzą na świat uważnie i nie dają się zwieść pozorom.

Między azylem a więzieniem

W "Cudach" fałszywych tropów i pułapek zastawionych na lekkomyślnych poszukiwaczy tajemnic jest całe mnóstwo. Pierwsza z nich pojawia się już w sekwencji otwierającej, kiedy nocny, wiejski pejzaż pogrąża się nagle w jasności. Wbrew naszym przyzwyczajeniom, nie zwiastuje ona jednak ukojenia, lecz niebezpieczeństwo. Źródło światła stanowią samochody kłusowników będących naturalnymi wrogami głównych bohaterów – żyjącej w zgodzie z naturą rodziny pszczelarzy. Na tym nie koniec niespodzianek. Egzystencja nieznanej nam z nazwiska familii złożonej z męża, żony i ich czterech córek, tylko na pierwszy rzut oka przypomina sielankę. Ułudę tę doskonale obrazuje sposób rozmawiania domowników. Fakt, że członkowie filmowej rodziny porozumiewają się mieszanką trzech języków – niemieckiego, włoskiego i francuskiego – w pierwszej chwili stanowi świadectwo erudycji i szerokich horyzontów. W rzeczywistości odzwierciedla jednak raczej poczucie komunikacyjnego chaosu i niemożności pełnego zrozumienia siebie nawzajem. Te same wątpliwości pojawiają się, gdy prześwietlimy silny charakter więzi pomiędzy bohaterami spędzającymi wspólnie każdą wolną chwilę i nie mającymi przed sobą żadnych tajemnic. Na dłuższą metę tak pojęta bliskość staje się opresyjna, o czym przekonuje się jedna z dziewczynek, która bez asysty ciekawskich sióstr nie może nawet skorzystać z toalety.

W "Cudach" fałszywych tropów i pułapek zastawionych na lekkomyślnych poszukiwaczy tajemnic jest całe mnóstwo.
Piotr Czerkawski
Co znamienne, w pierwszych scenach filmu słyszymy wyłącznie dziewczęcy gwar. Ojciec, nominalnie będący głową rodziny, jest pogrążony w letargu, a po przebudzeniu sprawia wrażenie dziwnie bezradnego i pozbawionego mocy. Zastanawiać może zwłaszcza gniew, któremu daje upust Wolfgang, gdy orientuje się, że w domu włączony jest telewizor. Mężczyzna reaguje agresją zapewne dlatego, że media masowe stanowią dla niego, byłego hipisa, symbol zła współczesnego świata, przed którym chciałby ochronić bliskich.

Choć w filmie nie pada na ten temat ani jedno słowo, łatwo dostrzec w Wolfgangu przegranego weterana rewolty maja 1968 roku. Jest to całkiem logiczne, że po kilkudziesięciu latach mężczyzna pragnie odtworzyć kosmopolityczny i równościowy świat, o jaki bezskutecznie walczył na barykadach, przynajmniej w skali mikro. Pozornie udaje mu się odnieść sukces, ale w rzeczywistości nad całym jego projektem unosi się widmo klęski. Jak wyrzuca Wolfgangowi odwiedzający go znajomy sprzed lat, wyjazd na prowincję, choć w teorii bliski dawnym ideałom, w praktyce stanowi przecież oznakę dezercji.

Rohrwacher, reżyserka wychowana na toskańskiej prowincji w warunkach podobnych do tych, jakie pokazała w filmie, zdaje się ani przez chwilę nie ufać swemu bohaterowi. Wcielony w życie przez Wolfganga postulat powrotu do natury od początku zostaje zdemaskowany jako naiwny. Owszem, rodzina z "Cudów" żyje za pan brat z przyrodą, ale w obliczu ciężkiej pracy nie ma nawet czasu, by nacieszyć się tą bliskością. Sam Wolfgang natomiast, choć deklaruje się jako wolnościowiec, pozostaje wobec bliskich apodyktyczny i wyzbyty czułości. Gdy przyjaciółka rodziny w pewnym momencie zwraca mężczyźnie uwagę, że "zamiast córek wolałby mieć niewolników", wiemy, że nie jest daleka od prawdy. 

Piękno wśród tandety

O tym, że – wbrew idealistycznym wizjom Wolfganga – natura odgrywa w życiu bohaterów rolę ambiwalentną, przypomina już sama specyfika ich profesji. Pszczoły, którymi zajmuje się filmowa rodzina, to przecież owady z jednej strony pożyteczne, a z drugiej bardzo niebezpieczne. Ten drugi aspekt Rohrwacher po mistrzowsku podkreśla w scenie, gdy po skończonym dniu pracy Wolfgang prosi najstarszą córkę Gelsominę, by wyciągnęła utkwione w jego ciele żądła.

Sekwencja ta jest ważna również dlatego, że wskazuje na skomplikowaną naturę relacji ojca rodziny i jego pierworodnej. Czternastoletnia Gelsomina wkracza w wiek, w którym zaczyna się kwestionować autorytety i narzucone z góry zasady. Nie bez powodu, gdy pewnego wieczoru zostaje zapytana o plany na przyszłość, oświadcza, że zamiast wspomagać rodzinny interes, najchętniej wyjechałaby z prowincji, choćby do Mediolanu. Jak łatwo się domyślić, deklaracje takie nie zostaną pozostawione bez echa, a konflikt Wolfganga z Gelsominą urośnie do rangi jednej z dramaturgicznych osi filmu.

W tym kontekście znaczące jest imię bohaterki odsyłające wprost do postaci granej przez Giuliettę Masinę w słynnej "La Stradzie". Gelsomina z arcydzieła Felliniego również była skazana na towarzystwo szorstkiego mężczyzny, którego starała się okiełznać za sprawą swojej dobroci. Jej imienniczka z "Cudów" ma w sobie podobne ciepło, ale jednocześnie, idąc z duchem czasów, pozostaje postacią dużo silniejszą i bardziej zdeterminowaną w walce o swoje. Wolfgang dostrzega te cechy Gelsominy i odczuwa przed nimi wyraźny lęk. Mężczyzna zachowuje się przy tym jak stereotypowy ojciec, który nie potrafi zaakceptować faktu, że jego córka zamienia się z dziewczynki w kobietę. Chcąc zatrzymać ten proces, Wolfgang postanawia spełnić dziecięce marzenie Gelsominy i ofiarowuje jej upragnionego wielbłąda. Rozpaczliwe zaklinanie rzeczywistości nie ma jednak sensu, a między ojcem a córką musi dojść do nieuchronnej konfrontacji.


Rohrwacher, z dystansem odnosząca się do ślepej wierności dawnym utopiom, z jeszcze większą podejrzliwością traktuje bezrefleksyjną wiarę w postęp.
Piotr Czerkawski
Kluczowe starcie następuje, gdy w pobliżu gospodarstwa bohaterów pojawia się nagle ekipa realizująca program telewizyjny – "Cuda prowincji". Świat, który mierzi Wolfganga, z miejsca zachwyca Gelsominę. W pewnym sensie jesteśmy w stanie ją zrozumieć. Nagłe pojawienie się filmowców stanowi w życiu nastoletniej prowincjuszki dowód istnienia innej, magicznej rzeczywistości. Poczucie niesamowitości pogłębia aura roztaczająca się wokół prowadzącej program – nieziemsko pięknej Milly Cateny (wprost stworzona do tej roli Monica Bellucci). Prezenterka szybko zwraca zresztą uwagę na Gelsominę i wręcza jej swój kolczyk – odpowiednik baśniowego artefaktu mającego zapewnić całkowite posłuszeństwo obdarowanej. Dziewczyna rzeczywiście zaczyna działać jak zahipnotyzowana i postanawia zrobić wszystko, by skłonić rodzinę do udziału w programie.

Czyżby więc pojedynek Wolfganga i Gelsominy miał zostać sprowadzony do rangi błahego starcia pomiędzy tradycją a nowoczesnością? Nic bardziej mylnego. Rohrwacher, z dystansem odnosząca się do ślepej wierności dawnym utopiom, z jeszcze większą podejrzliwością traktuje bezrefleksyjną wiarę w postęp. W "Cudach" – podobnie jak kilka lat później w "Szczęśliwym Lazzarze" – reżyserka podkreśla problem rozwarstwienia społecznego i postępującego uzależnienia biednych od bogatych. Wolfgang, Gelsomina i cała reszta wiedzą, że jako niewielkie gospodarstwo nie mają szans w rywalizacji z potężnymi koncernami. W tej sytuacji podjęta w końcu – mimo protestów ojca – decyzja o wzięciu udziału w programie "Cuda prowincji" stanowi  dla rodziny ostatnią szansę na podreperowanie budżetu i utrzymanie się na rynku. Tego rodzaju presja ekonomiczna znajduje logiczną kontynuację w swoistej przemocy kulturowej. Wizja prowincjonalnego życia promowana w "Cudach prowincji" nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, lecz stanowi jej zinfantylizowaną wersję, skrojoną pod gusta masowego widza. Szczególnie groteskowo wybrzmiewają sceny, w których uczestnicy programu – przebrani w imitacje starożytnych, etruskich strojów – w świetle reflektorów opowiadają o "naturalności" stosowanych przez siebie środków produkcji. Podobnych pułapek językowych jest w świecie telewizji więcej. Najważniejszą z nich stanowi sam tytuł programu odbierający pojęciu "cudu" całą niezwykłość i sprowadza je do rangi marketingowego wytrychu.

A jednak, na przekór niesprzyjającym okolicznościom, w studiu telewizyjnym zdarza się prawdziwy cud. Pod koniec rodzinnego występu Gelsomina inscenizuje dziwne przedstawienie w duecie z Martinem – małomównym pracownikiem jej rodzinnego gospodarstwa. Choć show nie znajduje uznania w oczach jury, nie mamy wątpliwości, że między tym dwojgiem wydarzyło się właśnie coś ważnego. W skrajnie niesprzyjających warunkach, na oczach tysięcy telewidzów, bohaterowie wytwarzają własny język porozumienia i przeżywają moment emocjonalnej bliskości.

Rohrwacher sugeruje, że magia tej chwili ma ograniczoną moc, ale na tym polega część jej uroku. Wbrew nadziejom Gelsominy, występ w telewizji nie odmieni losu jej rodziny i jej samej. Życie potoczy się własnym rytmem, a procesy geopolityczne będą mknąć do przodu, w sposób niemożliwy do powstrzymania. Nietrudno zrozumieć, że taka konkluzja przytłoczy nastoletnią bohaterkę. Warto jednak mieć nadzieję, że nie zabierze jej zdolności dostrzegania czystego piękna, które – jak w telewizyjnym studiu – może pojawić się bezczelnie, znienacka i tylko na chwilę.  
9