Marcin Stachowicz

Śpiące królewny i koniec snu

Hotspot
/fwm/article/%C5%9Api%C4%85ce+kr%C3%B3lewny+i+koniec+snu-140025
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Matteo+Garrone+o+tym%2C+jak+nie+zwariowa%C4%87%2C+kr%C4%99c%C4%85c+now%C4%85+wersj%C4%99+%22Pinokia%22-139816
WYWIAD

Matteo Garrone o tym, jak nie zwariować, kręcąc nową wersję "Pinokia"

Podziel się

"Jak zaskoczyć widzów – zarówno tych małych, jak i dużych? Jak podejść do tej materii?"

Matteo Garrone – twórca m.in. "Gomorry", "Pentameronu", "Dogmana" oraz najnowszego "Pinokia" – opowiada nam, jak stworzyć nową opowieść o jednym z najbardziej znanych i uwielbianych bohaterów na świecie i nie zwariować. "Jak zaskoczyć widzów – zarówno tych małych, jak i dużych? Jak podejść do tej materii?" – przeczytajcie wywiad z jednym najważniejszych i najbardziej nagradzanych współczesnych europejskich reżyserów. Rozmowę przeprowadziła dla nas Diana Dąbrowska. 

***

Diana Dąbrowska: Z jednej strony brutalne opowieści o mafii i zbrodniach ("L'imbalsamatore", "Gomorra", "Dogman"). Z drugiej zaś baśnie. Skąd bierze się u pana ta fascynacja i chęć powrotu do świata baśni?

Matteo Garrone: Szczerze mówiąc, nie wiem. Sam często się nad tym zastanawiam. Oprócz baśni, interesuje mnie również wymiar mitologiczny opowieści. To jest baza naszej kultury i nieustające źródło inspiracji. Wszystkie moje filmy można sprowadzić zresztą tematycznie do jednego wspólnego mianownika – bohaterowie i bohaterki muszą pokonać liczne przeszkody, aby zbliżyć się do szczęścia, które każdy z nich definiuje na inny sposób. Często walczą sami ze sobą, ze swoimi słabościami, konfliktami wewnętrznymi. Fascynują mnie po prostu ludzie i ich sprzeczności – nie ma bardziej uniwersalnego tematu, nie ma też w moim przekonaniu ważniejszego tematu. Znajduję go zarówno w klasykach włoskiej literatury – przed "Pinokiem" zrealizowałem "Pentameron" – jak i w historiach bardziej współczesnych, niekiedy inspirowanych prawdziwymi zdarzeniami, jak "Gomorra" czy "Dogman". 

"Dogman" był inspirowany brutalnym wydarzeniem z włoskiej kroniki, ale to był tylko początek moich poszukiwań artystycznych, scenariuszowych. W znaczący sposób przekształciliśmy tę historię. Uważam, że "Dogman" zyskał autonomiczność, też za sprawą genialnej interpretacji Marcella Fontego. Jednak część widowni we Włoszech odrzuciła "Dogmana", bo łączyła go właśnie z brutalnością zbrodni rzymskiego "El canaro" [tłum. Psiarz]. A przecież tych krwistych detali nie ma w moim filmie. Zupełnie nie na tym aspekcie się skupiłem. Myślę, że "Dogman" ucierpiał na tym, że potraktowano go jako czystą ilustrację, a nie autorską reinterpretację, która oscylowała w stronę baśniowości właśnie.

Wydaje mi się, że w mojej filmografii rzeczywiście można odnaleźć pewną prawidłowość. Kiedy zabieram się za współczesne historie, lubię pogłębiać w nich aspekt mroku, tajemnicy i baśniowości. A gdy zajmuje się baśniami, to uciekam od wszelkich ozdobników na rzecz naturalizmu. Szukam we wspomnianych tekstach wówczas tej "płaszczyzny antropologicznej". Styl reżysera powinien być rozpoznawalny, ale bez popadania w formalistyczne ornamenty; a przy baśniach "fantastyczność", pewna "przesada" jest niekiedy pierwszym skojarzeniem. Dla mnie środki mają odpowiadać przede wszystkim potrzebom historii. Muszą bić w zgodzie z jej sercem.

"
Pentameron" był nie tylko odkryciem filmowym, ale też w Polsce dzięki pana pracy wielu zapoznało się z nazwiskiem Gambattisty Basilego – neapolitańskiego, barokowego twórcy baśni. 

Niestety Giambattista Basile nie jest powszechnie znany również w Italii, nad czym wielce ubolewam. Sam Italo Calvino określił tego pisarza mianem "rodzimego Szekspira" – jego dzieła, a przede wszystkim "Il racconto dei racconti" (oryginalny tytuł "Pentameronu"; tłum. "Opowieść nad opowieściami"), i dziś wyróżniają się uniwersalnością obsesji i aktualnością archetypów. To było odkrycie dla wszystkich. Dotarły do mnie słuchy, że w niektórych krajach właśnie film był przyczynkiem do tego, żeby wreszcie przetłumaczyć literacką podstawę "Pentameronu". Ale sam fakt, że mało osób znało pierwowzór, działało tak naprawdę na moją korzyść – publiczność nie miała wizji, z którą trzeba było się skonfrontować. Zupełnie inaczej jest z "Pinokiem". To było prawdziwe wyzwanie. Każdy wie, kim jest Pinokio – czy to za sprawą Disneya, innych ekranizacji czy też ilustracji książkowych, które zawsze towarzyszą lekturze. Jak zaskoczyć widzów – zarówno tych małych, jak i dużych? Jak podejść do tej materii? Przygody Pinokia we Włoszech to nie jest tylko książka, ale wręcz metafora kulturowa. Kiedy ogłosiłem, że chcę zekranizować dzieło Collodiego, docierały do mnie głosy mocno sceptyczne – Kolejny "Pinokio"? Naprawdę nie mamy już o czym opowiadać w tym kraju?.  Nie poddałem się. Postawiłem na tradycję i wierność wobec oryginału. Oryginału, który wciąż ma w sobie spektakularność i niesie dużo cennej prawdy o naturze ludzkiej. 

Wierność między innymi objawia się w tym, że zachował pan bardzo mocny i mroczny element tej historii, jak chociażby śmierć Pinokia przez powieszenie.

Historia Pinokia miała u źródeł przede wszystkich walor pedagogiczno-poznawczy. Miała chronić dzieci przed wszechobecnymi zagrożeniami, złymi znajomościami, przemocą. Przed tym, co się dzieje, gdy są nieposłuszne rodzicom, starszym, instytucjom. Błędy Pinokia miały uświadamiać. Miały uczyć, czego nie wolno robić. Ten mroczny element miał swoją konkretną funkcję i wiązał się też z inną pozycją baśni w kulturze. Teraz to oczywiście może się wydawać szokujące i zbyt brutalne. W zwyczaju jest zmiękczanie narracji i obrazów pochodzących z baśni, ale co ciekawe nikt nie rozlicza mitów. W szczególności mity greckie posiadają w sobie tę mroczną stronę. To podstawa współczesnej kultury i tego, jak ona na siebie patrzy i jak o sobie opowiada. Czemu tak często zabieramy ten aspekt baśniom?

"Pinokio" jest dla mnie też wzruszającą opowieścią o miłości synowsko-ojcowskiej. A także wglądem do świata, w którym każdego dnia walczy się o to, aby przetrwać. Świata okrutnej biedy i głodu, co widzimy od samego początku w scenach z Geppetto w gospodzie. To tekst z jednej strony bardzo narodowy, bardzo "nasz", ze względu też na aspekt językowy, post-zjednoczeniowy [oficjalna data zjednoczenia Włoch – 1861; początek serii powieści odcinkowej Collodiego o przygodach najsłynniejszego burattino – 1881. przyp. redakcji] , opowiada o realiach toskańskich ziem, wpisuje się doskonale jako opowieść o włoskim charakterze narodowym. Z drugiej strony – przede wszystkim dzięki Disneyowi, ale też licznym świetnym tłumaczeniom tekstu na całym świecie – jest to opowieść uniwersalna. Ten rodzaj podwójności w moim przekonaniu cechuje od zawsze największe arcydzieła literatury.

Czy to prawda, że już w wieku sześciu lat rysował pan scenki z "Pinokia" i powtarzał wszystkim, że któregoś dnia zekranizuje ten klasyk?

W wieku sześciu lat narysowałem swoja wersję storyboardu do Pinokia, tak bardzo zafascynowała mnie i przemówiła do mnie opowieść Collodiego. Do dziś go zachowałem, mogę też go państwu udostępnić. Jestem bardzo do niego przywiązany –  świadczy on z pewnością o mojej wytrwałości i o tym, że marzenia czasem się spełniają.

storyboard "Pinokia" 6-letniego Mattea Garone

Byłoby świetnie, gdyby polska publiczność mogła go zobaczyć. To naprawdę niezwykłe. Pan naprawdę od dziecka myśli obrazem!

Obraz jest dla mnie kluczowy. Z pewnością ma to związek z moim wykształceniem – zaczynałem jako malarz. Malarstwo jest w ogóle jedną z moich największym pasji. Moimi ulubionymi artystami wizualnymi pozostają do dziś Goya, Velazquez i Caravaggio. Bardzo często to ja stoję za kamerą na planie. Kamera z ręki wyraża w moim przekonaniu więcej emocji – dlatego przy niej jestem. Jest trochę jak pędzel. Dzięki temu mogę być bliżej moich bohaterów, utrzymywać z nimi specjalny związek, zauważać pewne niuanse, które umknęłyby mi, gdybym siedział wyłącznie przy monitorze. Zawsze staram się opowiedzieć prawdę o rzeczywistości, zbliżyć się do niej jak najbardziej to możliwe.

A co stanowiło dla pana inspirację wizualną tym razem? Ilustracje do włoskich edycji "Pinokia"? Może któraś z ekranizacji? W obrębie historii włoskiego kina i telewizji było ich naprawdę sporo.

Jeśli chodzi o ekranizacje, to myślę, że najbardziej lubię tę Luigiego Comenciniego z 1972 roku, mistrza włoskiego kina popularnego. Na niej się też wychowałem, była często puszczana w telewizji w postaci miniserialu. W ikoniczne role wcielili się tam zresztą giganci – Nino Manfredi jako Geppetto, Vittorio de Sica w roli sędziego, Gina Lollobrigida jako dobra wróżka Coś z niej we mnie na pewno zostało. Ale myślę, że jeszcze bardziej niż kino, źródłem inspiracji stały się ilustracje. I to te pierwsze ilustracje Enrica Mazzantiego, które zdobiły opowieści o Pinokiu jeszcze na początku lat 80. XIX wieku. Mazzanti realizował je w ścisłej współpracy z Collodim, gdy "Pinokio" był wydawany początkowo jako powieść w odcinkach. Pracowali niemalże równocześnie. I w stronę właśnie tak pojętej "wierności z oryginałem" chciałem pójść. To był punkt wyjścia. Następnie szukałem dalszych inspiracji wizualnych, zdjęć tego okresu, ale przede wszystkim obrazów malarskich. Bardzo dużo zawdzięczam obrazom grupy toskańskich artystów z końca XIX wieku, zwanej "I macchiaioli". Pejzaże toskańskiej wsi często powracały w ich zbiorowej twórczości. To poznawanie i badanie źródeł archiwalnych do "Pinokia" trwało trzy lata i było niezwykle cenne. Nie tylko pod kątem filmu, ale też poznawania korzeni włoskiej kultury, często zapomnianych. Zależało nam na wizualnym pięknie i spektakularności, ale przede wszystkim na rzetelności i autentyczności.

W kontekście najnowszej wersji "
Pinokia" nie sposób nie wspomnieć o castingu. Obsadzenie "narodowego Pinokia" w roli Geppetta było możliwie najlepszym posunięciem. Jak powszechnie wiadomo, już Fellini chciał zrealizować swoją wersję dzieła Collodiego z Benignim, a następnie twórca "Życie jest piękne" zrealizował tę ekranizację sam i ze sobą w roli w głównej.

Casting "Pinokia" – choć może to zabrzmi niewiarygodnie – jest przykładem dobrego zrządzenia losu. Ekranizację baśni Collodiego pragnąłem zrealizować od lat, ale ciągle nie było możliwości finansowych, które dałyby mi wolność twórczą. Stawka od początku była wysoka, musiałem czuć się pewnie, a właściwy budżet naprawdę w tym pomaga. W międzyczasie zdążyłem zrealizować "Dogmana", który został bardzo dobrze odebrany w Cannes, a sam Marcello Fonte otrzymał najwyższe wyróżnienie aktorskie. I traf chciał, że w tym samym roku na Lazurowym Wybrzeżu swój film w konkursie głównym pokazywała również Alice Rohrwacher. W "Szczęśliwym Lazzaro" wystąpiła Nicoletta Braschi, która prywatnie jest żoną Roberta Benigniego. Byli tego roku razem w Cannes, a Roberto został poproszony o wręczenie nagrody dla najlepszego aktora właśnie. Świętowaliśmy tego roku podwójny sukces włoskiej reprezentacji ("Szczęśliwy Lazzaro" otrzymał nagrodę za najlepszy scenariusz – przy. redakcji). Zaczęliśmy rozmawiać, nawiązał się między nami bardzo dobry kontakt. Spotkaliśmy się później w Rzymie, połączyła nas wspólna miłość do "Pinokia". Odważyłem mu się zaproponować rolę Geppetta i ku mojemu zaskoczeniu od razu się zgodził. 

Dla Benigniego to jest w ogóle opowieść, która jest z nim związana na tak wielu poziomach, od biograficznego począwszy. On pochodzi z tych ziem, z tej tradycji i też zaznał za dziecka biedy. Jego mama wołała na niego od małego "Pinochietto" (zdrobnienie od Pinokia), jego ojciec podobnie jak Geppetto był stolarzem. Roberto przez lata stał się też ambasadorem Toskanii w kinie włoskim. To cudowny człowiek i artysta. I to wprowadził do swojej interpretacji Geppetta – człowieczeństwo. Jest w tej kreacji i element komediowy, obecny przecież w oryginale, i głęboko dramatyczny. Uważam, że jego udział to było prawdziwe błogosławieństwo dla naszego projektu, a także piękna symboliczna klamra dla historii włoskiego kina.



W rolach drugoplanowych obsadził pan plejadę gwiazd znanych przede wszystkich włoskiej publiczności z popularnych komedii. Podobnie jak Roberto Benigni, Massimo Ceccherini (filmowy Lis) pochodzi z Toskanii. Znany komik pomógł panu przy scenariuszu i dialogach.

Tak, zależało mi na tym, aby nasz "Pinokio" bawił widzów, nawiązywał do bogatych włoskich tradycji komediowych, jak chociażby słynna commedia dell arte. Dlatego też obsadziłem wiele nazwisk, które we Włoszech automatycznie kojarzą się z komedią, jak Gigi Proietti, Rocco Papaleo czy właśnie Massimo Ceccherini. Sam Benigni też jest znany przede wszystkim jako twórca bardzo oryginalnych komedii ("Johnny Wykałaczka", "Potwór"). Z jednej strony zdecydowaliśmy się z Massimo na dodanie mocniejszych akcentów komediowych, ale zależało nam przede wszystkim, żeby być wiernym duchowi oryginału. Tak jest w scenie gdy po Pinokia przychodzą króliki z trumną, gdy ten nie chce wypić lekarstwa. Króliki wywracają się przez śluz, który zostawia za sobą opiekunka małej wróżki, będąca ślimakiem. Jest to nawiązanie do tradycji filmowego slapsticku, do tego rodzaju komizmu, który powinien zadziałać na widownię niezależnie od wieku czy pochodzenia.

A jak to się stało, że to właśnie Federico Ielapi stał się odtwórcą roli tytułowej?

Odtwórcy Pinokia szukaliśmy naprawdę długo. Nie chodziło tylko o możliwości aktorskie, o to "coś". Szukaliśmy też kogoś, kto będzie miał w sobie ogromną siłę i wytrzymałość. Tak żeby w połowie zdjęć nasz dziecięcy aktor nie powiedział, że mu się to wszystko już znudziło i chce po prosto do domu. Odtwórca roli Pinokia musiał być przygotowany –  już w tak młodym wieku – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Federico przez trzy miesiące był codziennie na planie i codziennie spędzał w charakteryzatorni około 4 godzin. Niejeden dorosły aktor mógłby mieć dość. A Federico okazał się profesjonalistą w każdym calu. Jeśli pojawiały się jakieś trudności, pokonywał je od razu. Odnalazł się świetnie wśród aktorów zawodowych. Jego dyscyplina i poświęcenie dla sprawy są naprawdę godne podziwu. To wręcz paradoksalne – aby zagrać rolę jednego z bardziej nieposłusznych łobuzów w historii, ośmioletni aktor musiał wykazać się największą dyscypliną, porządkiem i poświęceniem. Dokładnie tym, co jest obce Pinokiu. A już na ekranie udało mu się doskonale oddać te najbardziej charakterystyczne cechy głównego bohatera – poszukiwanie wolności na własną rękę, naiwność, chwilami bezmyślność, bezbronność. Też to poczucie niedopasowania do otaczającego świata. Ten stan bycia pomiędzy. Uważam, że Federico jako Pinokio wypadł autentycznie – widzimy przede wszystkim zmagającą się z losem postać, a nie ucharakteryzowane do roli dziecko.
11