Piotr Czerkawski

Cuda

Perły lamusa
/fwm/article/Cuda-135994
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Wielka+czerwona+jedynka-135978

Wielka czerwona jedynka

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Jakub Socha wybiera najlepszy film roku.

Jakub Socha pisze w najnowszej odsłonie swojego cyklu felietonów o gorączce robienia podsumowań oraz rankingów. I dzieli się swoimi przemyśleniami. Sprawdźcie, czy miewacie podobne rozterki. 

***

Jeszcze nie zawieszono światełek na ulicach, a na Facebooku już zaczął się karnawał. Trwa gorączka podsumowań. 2019 jest specyficzny, bo oprócz tradycyjnej "dziesiątki" najlepszych filmów roku, w grę wchodzi także "dziesiątka" najlepszych filmów dekady, choć znam też takich, którzy uważają, że dekadę będzie można podsumowywać dopiero za rok. Kiedyś wydawało się, że ta zabawa jest tylko domeną dziennikarzy muzycznych i filmowych, dziś zatacza ona coraz szersze kręgi. Wszyscy wszystko oceniają i robią rankingi. Najlepsza opera, najlepszy ramen zjedzony w 2019 roku. Nikt nawet nie wspomni, że jego/ jej ranking jest owocem chwili, że złożyły się na niego wspomnienia, uporczywy ból zęba, kwaśna kawa wypita na śniadanie, ładna pogoda za oknem. Wszystko rozgrywa się w oparach obiektywizmu. Czy mam z tym problem? Jeśli tak, to tylko taki, że sam nigdy nie potrafiłem robić rankingów.

Za dużo czasu zawsze zajmowało mi otrząsanie się z nastrojów dnia, poszukiwanie w sobie obiektywnego sędziego. Jeszcze więcej – rozstrzyganie, co ma decydować o tym, że coś wyląduje na 5. miejscu, a coś na 1. Comiesięczne ocenianie filmów do tabelki "Kina" to prawdziwa udręka. Całe szczęście, że skala jest ustalona. Są to cyferki od 1 do 6. Wystawiam te punkty już dobre kilka lat, ale ciągle nie mogę się zdecydować, czy "6" to jest arcydzieło czy tylko film celujący. Czy przyjmujemy skalę szkolną, czy może raczej jakąś ponadczasową? Jeśli szkolną, to czym miałby być film "dostateczny", czym różniłby się ten "dobry" od "bardzo dobrego", jaka jest definicja filmu "miernego", a jaka "niedostatecznego"? I tak bez końca. Tym bardziej zazdroszczę niektórym kolegom, którzy potrafią układać podobne rankingi szybko i precyzyjnie. Gdy ostatnio jeden z nich wrzucił swoją dziesiątkę na fb, pod jego wpisem od razu rozgorzała debata. Ludzie pytali np. "gdzie jest film x?", kolega odpisywał im wtedy ze spokojem, że nie zmieścił się w "10", że u niego jest na miejscu 17. Ciekawy jestem, ile pozycji mieści jego ranking na najlepszy film roku. Wyobraźcie sobie ranking złożony ze wszystkich filmów roku...  

To najbardziej lubię w rankingach – zachęcają do nadrobienia zaległości.
Jakub Socha
Kiedy kilka lat temu "Sight&Sound" ogłosiło ranking najlepszych filmów świata, nie za bardzo interesowało mnie, co znalazło się na 1. miejscu, dużo ciekawsza była selekcja autorstwa np. Mikea Leigh. Specjalny numer "Sight&Sound" składał się bowiem nie tylko ze 100 najlepszych filmów, były w nim także indywidualne typy reżyserów i krytyków, którzy wzięli udział w ankiecie. Ten numer ma prawie osiem lat, a ja ciągle do niego zaglądam. I za każdym razem znajduję w nim coś zaskakującego. Numer 1 u Mike'a Leigh – "American Madness" Capry; u Pawła Pawlikowskiego "La Ciénaga" Martel, przy czym Pawlikowski w krótkiej notce towarzyszącej jego liście wyjaśnia, że z premedytacją wybrał tylko te filmy, które nakręcono po 1992 roku. Na liście Quentina Tarantino"Rolling Thunder" Flynna i "His Girl FridayHawksa. U Mirandy July – "Blind" Wisemana. U Agnieszki Holland"Diamenty nocy" Němeca. Andrzej Żuławski swoją "dziesiątkę" zaczyna od zdania: "To jest lista filmów, które chciałbym, żeby znał mój 17-letni syn". I umieszcza na niej między innymi "Panów w cylindrach" Sandricha. Można by jeszcze długo wymieniać i jeszcze dłużej rozmyślać, dlaczego akurat te tytuły. Żadnego z nich wcześniej nie widziałem. I to najbardziej lubię w rankingach – że rzucają światło na coś nieznanego, zachęcają do nadrobienia zaległości. Wiadomo, im bardziej są ekscentryczne, osobiste, oryginalne, tym lepiej. I jeszcze jedno – wolę chyba rankingi filmowców niż krytyków. Te pierwsze są bardziej spontaniczne, te drugie to zbyt często owoc intelektualnych snobizmów. Słuchałem niedawno podcastu Film Comment, w którym trzech amerykańskich krytyków rozmawiało o najważniejszych filmach dekady. Każdy z przywoływanych przez nich tytułów był pochwycony w siatkę pojęć – ekologia, patriarchat etc. Nikt nie mówił o frajdzie obcowania z kinem. Każdy chciał wyjść na najmądrzejszego. 

Jeśli miałbym wskazać idealną formę dla rankingu, byłyby to krótkie filmiki, które umieszcza na swoim kanale YouTube Criterion Collection. Ich formuła jest prosta – aktorzy i filmowcy zostają wpuszczeni do magazynu CC, skąd mogą zabrać tyle płyt dvd, ile tylko chcą. W każdym odcinku jest ktoś inny. Goście pojawiają się pojedynczo, czasami w towarzystwie współpracownika lub partnera. Każdy reaguje inaczej. Jedni ściągają z półek dziesiątki pozycji, inni są bardziej wybredni. Ktoś wydaje się onieśmielony, ktoś zachowuje się jak w domu, ktoś układa płyty w dwie kupki – kupkę "koniecznie" i kupkę "być może", ktoś wpada w prawdziwy konsumpcyjny szał. Ktoś wybiera filmy, których nie widział, ale słyszał, że są świetne, ktoś te, które widział lata temu, ktoś po prostu te, które najbardziej lubi. Jorgos Lantimos, trzymając w rękach "Ucieczkę skazańca", opowiada, że zawsze płacze na filmach Bressona. Cristian Mungiu wspomina, że w czasach jego młodości "Dekalog" Kieślowskiego był jednym z niewielu okien na świat, możliwością kontaktu z prawdziwą sztuką filmową. Claire Denis mówi o przerażeniu, które towarzyszy jej, gdy stoi wśród tych wszystkich arcydzieł. Potem wkłada do torby na prezenty "Gate of flesh" Suzukiego, box Dreyera i "Wszystko w porządku" Godarda i Gorina. Braciom Safdie już nic nie mieści się do dwóch toreb.  

Gdy oglądam te filmiki, nie mogę wyjść z podziwu. Równocześnie wpadam w lekkie kompleksy. Ci ludzie naprawdę lubią kino – lubią je także oglądać. I mają olbrzymią wiedzę. Siedzę więc z notesem i notuję te tytuły, których nie znam. Wydaje mi się, że właśnie tak dotarłem do "Wielkiej czerwonej jedynki" z 1980 roku, uznawanej za jeden z najdroższych filmów w historii kina Klasy B. Jest to wyreżyserowana przez Samuela Fullera epopeja wojenna o małym oddziale amerykańskiej piechoty dowodzonym przez szorstkiego sierżanta, którego gra niezawodny Lee Marvin. Nie ma tu ani majestatycznych jazd, gdzie kamera płynie przez kwadrans przez strefę walki, ani kiczowatych monologów o piekle na ziemi i śmierci boga. Fuller zrobił film pokręcony. Nieuładzony i rozwydrzony. Są tu rzeczy, jakich nie widziałem do tej pory w kinie: cierpiący na hemoroidy żołnierz, który nie rozstaje się z gumową poduszką pod tyłek; odział piechoty przyjmujący ciążę wewnątrz czołgu; zabójczyni, która eliminuje w tańcu Niemców stacjonujących w szpitalu psychiatrycznym; snajper chowający się za Jezusem wiszącym na krzyżu. Po obejrzeniu "Wielkiej czerwonej jedynki" Roger Ebert napisał, że filmy o wojnie kręcone dla wielkich wytwórni opowiadają o wojnie, zaś filmy o wojnie kręcone na marginesie wielkiego biznesu opowiadają o ludziach. Opowieść Fullera była z jedną z najlepszych, jakie widziałem w 2019 roku.    
11