Czytelnia FILMu: Wywiad z Dennisem Hopperem

  • FILM
  • Inne
001_FILM_08_NODVD_72.jpg
Już od dziś w kioskach można kupić nowy, sierpniowy numer FILMu. Jako przedsmak prezentujemy Wam w filmwebowej czytelni magazynu wywiad z Dennisem Hopperem. Zapraszamy do lektury i oczywiście do kiosków

Dennis Hopper – aktor kompulsywny
Wywiad Elżbiety Ciapary z Dennisem Hopperem

Aktor, reżyser, artysta. Znał Jamesa Deana i Andy'ego Warhola. Bohater licznych skandali. Przechwalał się, że codziennie wypijał dwa litry rumu, 28 piw i doprawiał to trzema gramami kokainy. Kilkanaście lat temu zerwał z nałogami. Dziś to nobliwie wyglądający kolekcjoner sztuki. Zagrał w ponad 150 filmach. W Polsce, od 21 sierpnia, można go oglądać w "Spotkaniu w Palermo"


Elżbieta Ciapara: W "Spotkaniu w Palermo" Wima Wendersa gra pan śmierć.
Dennis Hopper: Spodobała mi się ta rola. Stwarzała możliwości nie tylko aktorskie. Była świetnym pretekstem, by spojrzeć w przeszłość, zastanowić się nad przyszłością, skonfrontować się z własnymi lękami – w końcu mam już 70-tkę na karku – i demonami. A poza tym lubię grać u Wima Wendersa, bo mamy coś wspólnego – obaj jesteśmy twórcami kompulsywnymi.

EC: Kompulsywnymi?
DH: Tak, bo odczuwamy potrzebę, wręcz przymus ciągłego tworzenia. A Wim na dodatek jest bardzo ambitny i wytrwały. Kiedy wierzy w jakiś projekt, zawsze doprowadza do jego realizacji.

EC: Poznaliście się w latach 70.
DH: Tak. Po raz pierwszy spotkałem Wima Wendersa ponad 30 lat temu. Zrobiliśmy wtedy razem "Amerykańskiego przyjaciela". Wim nie zmienił się wcale przez te lata. Wciąż jest tym samym wrażliwym, pozbawionym egoizmu, delikatnym facetem, jakim go zapamiętałem. I wciąż robi wspaniałe filmy.

EC: Gra pan u reżyserów amerykańskich i europejskich.
DH: Nie zwracam większej uwagi na to, czy reżyser jest Amerykaninem, czy pochodzi z Europy lub innego kontynentu. Ważne jest dla mnie, jak traktuje aktora – jak partnera czy jak marionetkę? A ja bardzo nie lubię być czyjąś kukiełką. Wielcy reżyserzy, jak choćby Wim Wenders, wiedzą, że aktor potrzebuje przestrzeni, w której mógłby się swobodnie poruszać.

EC: Zagrał pan w ponad 150 filmach, ale jest pan kojarzony przede wszystkim z czarnymi charakterami.
DH: I dobrze, bo źli faceci są ciekawsi. Weźmy choćby sztuki Szekspira. Zaczynałem od nich karierę. Roi się w nich od morderców, złoczyńców – same dobre role.

EC: Podobno za najgorszy ze swoich filmów uważa pan "Teksańska masakra piłą mechaniczną 2".
DH: Rzeczywiście, ale... Mieszkałem kiedyś w Paryżu. W pobliżu było kino, w którym pokazywano okropne filmy, naprawdę okropne. Pewnego dnia zapytałem właściciela kina, dlaczego trzyma ten cały filmowy chłam. Odpowiedział: "Dennis, poczekaj trochę. Wraz z upływem czasu każdy centymetr taśmy filmowej nabiera wartości. To jak z malarstwem renesansowym. Każdy z tych filmów zasługuje na zachowanie dla potomności i nieważne, co kto o nich dzisiaj myśli".

EC: Pana "Swobodny jeździec" był jedną z pierwszych niezależnych produkcji, które odniosły sukces. Co pan sądzi o dzisiejszym niezależnym kinie?
DH: Powstaje coraz więcej świetnych niezależnych filmów. Problemem nie jest ich jakość. Problemem jest ich dystrybucja. Mnóstwo tych filmów nie może znaleźć w USA dystrybutora, bo multipleksy nie są zainteresowane pokazywaniem takich produkcji. Wolą komercyjne kino z Hollywood. Kiedy byłem szczeniakiem w Los Angeles funkcjonowało co najmniej tuzin kin, tzw. artystycznych, które pokazywały produkcje spoza Hollywood. Wyświetlano filmy z Europy i z Japonii. Było na nie zapotrzebowanie. Oglądaliśmy Bergmana, Truffauta, Felliniego, Kurosawę. Ale dzisiaj tych kin już nie ma. Kiedyś pokazywano także w kinach klasykę filmową. Teraz już nie. Nie mam nic przeciwko wielkim widowiskom i hollywoodzkiej produkcji (sam w nich czasami występuję), ale uważam, że trzeba zachować proporcje. Na każde 10 kin siedem niech pokazuje hollywoodzką komercję, ale pozostałe powinny mieć inny repertuar. Jedno mogłoby wyświetlać filmy zagraniczne, jedno kino niezależne, a jedno klasykę kina. Jestem przekonany, że w żadnym z nich nie zabrakłoby widzów. Choćby z czystego snobizmu. Bo snobizm może zdziałać cuda. Wiem z własnego doświadczenia. W czasach mojej młodości dziewczyny uwielbiały facetów, którzy pozowali na egzystencjalistów. Kiedy więc chciałem poderwać panienkę, zabierałem ze sobą książkę jakiegoś egzystencjalisty.

EC: Zagrał pan w dwóch filmach z Jamesem Deanem.
DH: Miałem 18 lat, kiedy poznałem Deana na planie "Buntownika bez powodu". James otworzył mi oczy na aktorstwo. Nigdy wcześniej nie widziałem improwizującego aktora. Do Hollywood przyjechałem prosto z San Diego, gdzie występowałem w repertuarze szekspirowskim. Aktorstwo polegało dla mnie na trzymaniu się tekstu i przyjmowaniu określonych póz. Tymczasem James grał w zupełnie inny sposób. Był naturalny, spontaniczny. Mówił rzeczy, których nie było w scenariuszu, zmieniał tekst przy każdym dublu. To był dla mnie wstrząs, prawdziwe objawienie.

EC: Przyjaźnił się pan z Deanem?
DH: Trudno to tak nazwać. Ja byłem szczeniakiem, on był po 20-tce. Ale lubiliśmy się. Podziwiałem Deana nie tylko jako aktora. Dla mnie Dean był pierwszym beatnikiem świata. Wiem, że za pioniera beatników uważa się Jacka Kerouaca (wprowadził pojęcie "beat generation" – przyp. red.). Ale dla mnie to Dean był pierwszy. Potem pojawił się jeszcze Marlon Brando, który w "Dzikim" wylansował modę na noszenie podkoszulka i jazdę motocyklem. Oczywiście też zostałem beatnikiem. Zacząłem od artystycznej cyganerii, potem byłem beatnikiem, następnie hipisem, a wreszcie japiszonem... Chociaż nie, japiszonem nigdy nie byłem, raczej punkiem.

EC: A teraz kim pan jest?
DH: Konserwatystą.

EC: Jest pan bohaterem wielu barwnych anegdot. Podczas zdjęć do "Czasu Apokalipsy" podobno w ogóle się pan nie mył. Kiedyś omal nie wysadził się pan w powietrze. Ukrywał się pan na pustyni w Meksyku...
DH: Dorzucę więc jeszcze jedną. W latach 70. zagrałem główną rolę w "Mad Dog Morgan". Notabene producentem był Jeremy Thomas, który kierował także produkcją "Spotkania w Palermo". Zdjęcia do "Mad Dog Morgan" kręciliśmy w Australii, w stanie Nowa Południowa Walia. Główny bohater, Daniel Morgan, był wyjętym spod prawa buntownikiem. A poza tym sporo pił. Podszedłem do roli bardzo poważnie. Skoro więc Morgan pochłaniał mnóstwo rumu, ja postanowiłem go w tym przebić. To cud, że Australia to przetrwała! Kiedyś zatrzymała mnie drogówka. Zabrali mnie na posterunek i zrobili test na zawartość alkoholu we krwi. Aparat wykazał, że powinienem być już trupem – taki miałem poziom! Postawiono mnie przed sądem. Sędzia kazał mi natychmiast opuścić stan. Ukarał mnie także zakazem prowadzenia pojazdów w Nowej Południowej Walii. Nie mogę tam przebywać w samochodzie nawet jako pasażer.

EC: Aktorstwo łączy pan z innymi formami artystycznej ekspresji.
DH: Kilka lat temu miałem wystawę w Ermitażu w Sankt Petersburgu. Pokazano 80 moich prac, m.in. obrazy. Byłem cholernie dumny z tego powodu. Jestem jedynym żyjącym amerykańskim twórcą, który miał wystawę w Pałacu Zimowym. Andy Warhol i Mark Rothko także mieli tam wystawy, ale obaj już wówczas nie żyli. Z Sankt Petersburga wystawa pojechała do Moskwy do Muzeum Puszkina. A ja skorzystałem z okazji i z grupką przyjaciół, m. in. Jeremym Ironsem i Laurence'em Fishburne'em, wybrałem się na rajd motocyklowy z Sankt Petersburga do Moskwy. To była jazda!

EC: Jest pan także cenionym fotografem.
DH: Zainteresowałem się fotografią, zanim na dobre zostałem aktorem. Sam jednak nie lubię pozować do zdjęć i nie trzymam żadnych zdjęć, które ktoś mi zrobił. Nie mam w domu ani jednego swojego zdjęcia... Nie, przepraszam, skłamałem! Mam jedno zdjęcie – leżę na łóżku razem z Johnem Hustonem i Johnem Fordem. To jedyne moje zdjęcie, które było warte, by je zatrzymać.

EC: W łóżku z dwoma legendarnymi reżyserami – to musiało być przeżycie.
DH: Zdjęcie zostało zrobione na początku lat 70. Wziąłem wtedy razem z Johnem Hustonem udział w kampanii promocyjnej whisky Jim Beam. Mieliśmy być żywym dowodem, że dzięki whisky znika przepaść między pokoleniami, bo pije ją i klasyk kina, John Huston, i hipis Dennis Hopper, czyli dawne Hollywood i nowe Hollywood. Wracaliśmy z sesji zdjęciowej, kiedy dowiedzieliśmy się, że John Ford ma złamane biodro. Postanowiliśmy go więc odwiedzić. Zastaliśmy Forda w łóżku. Leżał i oglądał mecz baseballowy w telewizji (był wielkim fanem baseballu). Huston położył się obok niego i zaczęli ze sobą rozmawiać w dziwnym języku. Okazało się, że to język gaelijski. Gadali tak z 20 minut. Siedziałem w nogach łóżka, a oni nawijali. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś rozmawiał w języku gaelijskim. Wracając do zdjęcia... Bardzo chciałem mieć wspólną fotografię z Johnem Fordem, bo zawsze byłem jego wielkim fanem. Jego żona zaproponowała, żebym zabrał go na spacer na wózku inwalidzkim do ogrodu. Zapytałem więc Forda, czy się zgadza. Odpowiedział: "Co z tobą, synku?! Nie masz za grosz wyczucia dramatyzmu. Gdybyś je miał, położyłbyś się koło mnie". I tak znalazłem się w jednym łóżku z dwoma wybitnymi reżyserami!

EC: Jest pan kolekcjonerem sztuki współczesnej.
DH: Jako nastolatek zamiast włóczyć się po plaży, włóczyłem się po galeriach sztuki. W ten sposób wielu artystów poznałem zanim usłyszała o nich reszta świata. To właśnie wtedy spotkałem między innymi Andy'ego Warhola i kupiłem jego obraz z puszką zupy. Zapłaciłem za niego 75 dolarów. Niestety, potem musiałem rozstać się z większością mojej kolekcji.

EC: Dlaczego?
DH: Mam cztery eksżony. Z trzema z nich miałem dzieci. Rozwody i alimenty kosztują. Większość mojej kolekcji przejęła moja pierwsza była żona. Dostała między innymi grafiki i obrazy Roya Lichtensteina. Kilka lat temu przeczytałem w gazecie, że jeden z "moich" Lichtensteinów został sprzedany za ponad 17 milionów dolarów! A ja zapłaciłem za niego tylko tysiąc dolarów!

Rozmawiała: Elżbieta Ciapara
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię