Recenzja filmu

Byliśmy żołnierzami (2002)
Randall Wallace
Mel Gibson
Madeleine Stowe

Krwawa niedziela 1965

Wojna w Wietnamie to niezbyt chlubny fragment amerykańskiej historii, stał się on jednak wdzięcznym tematem filmowym. "Pluton", "Łowca jeleni","Ofiary wojny", "Czas apokalipsy" - to tylko ...
Wojna w Wietnamie to niezbyt chlubny fragment amerykańskiej historii, stał się on jednak wdzięcznym tematem filmowym. "Pluton", "Łowca jeleni","Ofiary wojny", "Czas apokalipsy" - to tylko niektóre tytuły, jakie go poruszyły, wywierając ogromne i niezapomniane wrażenie na kinomanach i szerokiej opinii publicznej. Wydaje się, że moda na tego typu opowieści już przeminęła, jednak Randall Wallace uznał, iż jest jeszcze kwestia, o której należy opowiedzieć. Tak narodził się film "Byliśmy żołnierzami". Nie jest to może takie arcydzieło jak wyżej wymienione, jednak fani Gibsona i tematyki wojennej na pewno się nie zawiodą.

Film opowiada o pierwszym starciu armii amerykańskiej z Wietkongiem, które zapoczątkowało koszmar wojny i setki tysięcy ofiar. W niedzielę, 14 listopada 1965 roku o godz. 10:48, 400 amerykańskich żołnierzy wylądowało w Ia Drang, zwanej Doliną Śmierci. Tam zostali otoczeni przez 2000 Wietnamczyków. Krwawe walki trwały 3 dni i 3 noce. Był to dramat zarówno dla żołnierzy, którzy w większości byli naiwnymi żółtodziobami, jak i dla ich młodych żon, które owdowiały zbyt wcześnie.

Głównym bohaterem jest podpułkownik Hal Moore.To przed nim postawiono zadanie dowodzenia całą operacją i to on musiał się zmagać ze świadomością, że większość jego podopiecznych nigdy nie wróci żywych do domu. Dziś 79-letni mężczyzna był także konsultantem przy filmie. Mel Gibson znakomicie sprawdził się w tej roli. Nie przepadam ani za jego fizjonomią, ani za talentem, jednak muszę przyznać, że tym filmem zyskał moją sympatię. Dobrze wypadł w duecie z Samem Elliottem, który z kolei wcielił się w postać starszego sierżanta Basila Plumeya, srogiego dla rekrutów weterana wojny w Korei.

Kolejną ważną postacią jest dziennikarz, Joseph Galloway. Film powstał właśnie na podstawie jego książki "We were soldiers once... and young", którą napisał wspólnie z późniejszym generałem Haroldem Moorem. Galloway, korespondent wojenny w Wietnamie, znalazł się na polu bitwy w Dolinie Śmierci w poszukiwaniu sensacji i dobrego tematu. Dostał o wiele więcej niż kiedykolwiek mógłby przypuszczać - stanął oko w oko ze śmiercią. Tego, co zobaczył, nie zapomni do końca życia.

Nie można tu też zapomnieć o małżonce Moore'a, która wzięła na siebie odpowiedzialność za czekające na powrót mężów żony żołnierzy, opiekując się nimi w koszarach, gdy w tym samym czasie jej mąż postępował podobnie wobec swoich rekrutów. To pierwsze filmowe tak głębokie spojrzenie na tragedię najbliższych, którzy musieli się zmagać ze śmiercią mężów i ojców w niespodziewanej, nieprzewidywalnej przez amerykańskie władze masakrze.

Wallace był twórcą scenariusza "Waleczne serce". Trudno nie doszukać się pewnych podobieństw między oboma tytułami. I nie mam tu na myśli tylko odtwórcy głównej roli (Gibsona). Chodzi o filozofię - o poświęcenie i przywództwo, które było udziałem zarówno Wallace'a jak i Moore'a. Jak w każdym hollywoodzkim projekcie o dzielnych amerykańskich żołnierzach, nie zabrakło jednak sporej dawki przerysowanego patriotyzmu. Kiedy córka Moore'a pyta go, co to jest wojna, ten wyjaśnia: "czasem źli ludzie robią złe rzeczy i wtedy Ameryka musi ich powstrzymać". Nie ma takich scen jednak zbyt wiele, przynajmniej nie na tyle, by zepsuć odbiór całego filmu.

Aktorzy przeszli specjalne szkolenie w Forcie Benning w Georgii, w tym samym miejscu, w którym naprawdę ćwiczyli wysyłani na wietnamski front żołnierze. Na pewno pomogło im to lepiej znaleźć się na planie i wypaść bardziej wiarygodnie. Realizm jest także zasługą sposobu, w jaki kręcono zdjęcia. Wszystko działo się niejako naprawdę - aktorzy walczyli ze sobą, latali helikopterami. Filmowano akcje długimi sekwencjami, z możliwie jak najmniejszą ilością cięć i w jak najbardziej dokumentalny sposób. W postprodukcji dodano niewiele efektów specjalnych, a mimo to film wizualnie robi piorunujące wrażenie.

Film oddaje prawdziwą tragedię uczestniczących w wojnie ludzi. "Nikt z nas nie wrócił z Wietnamu jako ten sam młody chłopak, który tam wyjeżdżał" - mówią ci, którym udało się przeżyć. "Byliśmy żołnierzami" jako jedna z niewielu produkcji nie ocenia wojny w Wietnamie. W przeciwieństwie do "Plutonu" czy "Czasu apokalipsy" nie pada tu ani jedno pytanie typu "po co tu jesteśmy? po co się w to angażujemy?". Przesłanie skierowany jest raczej przeciwko absurdowi wojny w ogólnym jej znaczeniu, przeciwko wydarzeniu, które pociąga za sobą śmierć i zniszczenie, nie przynosząc w zamian właściwie żadnych korzyści. To temat niezmiernie aktualny w dzisiejszych czasach, kiedy walka z terroryzmem przybrała formy krwawej wojny.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
86% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (104 głosy).
Udostępnij:
Długo szukałem okazji, aby zobaczyć ten film. Minąłem się z nim w Stanach, później ponownie w Stanach miałem go w zasięgu ręki na DVD, teraz mogłem go zobaczyć w polskiej ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 62%
Widzieliśmy już kilka, jak nie kilkanaście filmów, których tematem była wojna w Wietnamie. Od Forda Coppoli ("Czas Apokalipsy") po Briana De Palmę ("Ofiary wojny"). Co ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 53%