Recenzja filmu

Byliśmy żołnierzami (2002)
Randall Wallace
Mel Gibson
Madeleine Stowe

Dokument z pola walki

Widzieliśmy już kilka, jak nie kilkanaście filmów, których tematem była wojna w Wietnamie. Od Forda Coppoli ("Czas Apokalipsy") po Briana De Palmę ("Ofiary wojny"). Co oglądaliśmy we wszystkich ...
Widzieliśmy już kilka, jak nie kilkanaście filmów, których tematem była wojna w Wietnamie. Od Forda Coppoli ("Czas Apokalipsy") po Briana De Palmę ("Ofiary wojny"). Co oglądaliśmy we wszystkich filmach tego gatunku? Ukazane zostały sylwetki osób oraz to, co się dzieje z nimi na wojnie i po niej, ich przemiany wewnętrzne, widzieliśmy opowieści o samotnych, zapomnianych przez społeczeństwo ludobójcach, jak i o tych, którzy nie powinni byli zginąć… a wszystko to jeden wielki ciąg mający na celu potępienie wojny w Wietnamie. Co więcej, zdecydowanie częściej ukazuje się nam obraz walki bohaterskich Amerykanów, walczących w słusznej sprawie, ze "skośnookimi Wietnamcami" – czyli tymi złymi (mowa tu o takich "pokazach" jak "Szeregowiec Ryan" czy "Helikopter w ogniu"). Osobiście uznałem więc, że i ta pozycja będzie lustrzanym odbiciem innych wietnamskich "dziwadeł".

Ośmioletnią wojnę z siłami Wietkongu rozpoczęła bitwa z 14.11.1965 roku. Oddział Amerykanów dostał rozkaz ataku na dolinę Ia Đrăng (Dolina śmierci). Akcja nabiera błyskawicznego tempa, zaczyna się trzydniowa walka, która przypomina piekło. Razem z żołnierzami na polu bitwy znajduje się korespondent wojenny, który poszukuje sensacji – zamiast tego widzi ból, cierpienie i śmierć.

Uwagę należy zwrócić na doskonałe wręcz zdjęcia, świetne efekty specjalne oraz kręcenie z ręki sprawiają, iż momentami mamy wrażenie, że oglądamy film dokumentalny. Uderza nas niesamowity realizm scen.

Co więcej, uważam, że to pierwszy film, w którym tak wymownie widać cierpienie nie tylko tych, którzy znajdują się na polu walki, ale również ich żon, matek, ojców, sióstr. Akcja co pewien czas przenosi się do Ameryki, gdzie na walczących czekają rodziny.

Jeśli chodzi o grę aktorską, wyróżniłbym Sama Elliota, do niedawna kojarzonego tylko z westernami. Według mnie spisał się świetnie w roli typowego "maczo weterana". Kolejne wyróżnienie z mojej strony dla Mela Gibsona, świetny w "Patriocie" i "Braveheart", ale tu coś mu nie poszło – wyróżnienie, ale negatywne. W pewnym momencie filmu Gibson staje się "bogiem" pola walki, biega po nim jak sarna i nie przejmując się kulami wroga, krzyczy, aby wszyscy uważali i trzymali głowy przy ziemi, a sam stoi wyprostowany jak badyl zdejmując Wietnamczyków jednym strzałem.

Film ten nie ma na celu przekazania wartości, nie mówi o chwale, przyjaźni, oddaniu sprawie i bohaterskich czynach – oczywiście w wydaniu amerykańskim. Jest to film, który nikogo nie ocenia. Nie ma tu tych dobrych i złych. Pokazuje po prostu rzeczywistość – tak jak to naprawdę wyglądało. Nikt nie zadaje pytań, nikt nie czuje się pokrzywdzony, nikt nie myśli, dlaczego tak się stało, dlaczego tam w zasadzie walczymy. Amerykanie poszli walczyć za swoją ojczyznę, nie mieli pojęcia, czym i gdzie jest Wietnam, ich przeciwnikiem nie okazał się "żółtek", diabeł czy terrorysta – to po prostu człowiek, tak jak oni. Tym filmem Wallace składa hołd wszystkim walczącym w tej wojnie.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
53% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).
Udostępnij:
Długo szukałem okazji, aby zobaczyć ten film. Minąłem się z nim w Stanach, później ponownie w Stanach miałem go w zasięgu ręki na DVD, teraz mogłem go zobaczyć w polskiej ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 62%