Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (2019)
J.J. Abrams
Waldemar Modestowicz

Ostatnia nadzieja

W momencie, gdy mamy do czynienia z kulminacją ukochanej przez wielu fanów sagi, to z reguły zawsze oczekuje się po niej jak najwięcej. Widzowie wybierając się do kina na ostatnią część oczekują ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Dawno, dawno temu w odległej Galaktyce narodziła się Moc… A wraz z nią ukochana przez wielu saga "Gwiezdnych Wojen". W momencie kręcenia pierwszej odsłony, czyli kultowej "Nowej nadziei", George'a Lucasa przy dalszej pracy podtrzymywała wiara w to, że uda się stworzyć film, który pokochają ludzie na całym świecie. I tak też się stało. Minęło parę lat i w świecie "Gwiezdnych Wojen" doszło do pięknego Powrotu Mocy za sprawą "Imperium kontratakuje", a to nie był jeszcze koniec. Blisko sześć lat bowiem po premierze pierwszej części widzowie stali od rana w kolejce po bilety na kulminację przygód Luke’a, Hana i Lei. Lecz tak jak w "Nowej nadziei" cała przygoda bohaterów rozpoczęła się od słów Lei, wołającej: "Help me, Obi-Wan Kenobi. You are my only hope", tak i też teraz tej pomocy potrzebowali fani gwiezdnowojennych przygód. Oto bowiem po ponad 40 latach nadszedł koniec kultowej sagi. Obawy były spore, bo poprzednie epizody wzbudziły dość mieszane odczucia u publiczności, ale oczekiwania tym większe, bo w końcu to miał być finał. Czy więc J.J. Abrams zdołał sprostać temu wielkiemu wyzwaniu i "Skywalker. Odrodzenie" okazał się godnym zwieńczeniem całej sagi "Gwiezdnych Wojen"?

Finałowa osłona sagi "Gwiezdnych Wojen" rozgrywa się rok po wydarzeniach z ostatniej części. Resztki Rebelii ukrywają się przed Najwyższym Porządkiem, a ich ostatnia nadzieja spoczywa w Rey (Daisy Ridley), zgłębiającej tajniki Mocy pod okiem siostry Luke’a Skywalkera, Lei (Carrie Fisher). W międzyczasie Naczelny Wódz Kylo Ren (Adam Driver) za wszelką cenę pragnie utrzymać władzę oraz odnaleźć tajemniczą dziewczynę, która niegdyś go pokonała. Wówczas jednak na horyzoncie pojawia się zupełnie nowe zagrożenie w postaci niespodziewanego powrotu Imperatora Palpatine’a (Ian McDiarmid). Kuszony perspektywą wielkiej władzy Ben postanawia nawiązać współpracę z dawnym mistrzem Lorda Vadera. Szczęśliwie Ruch Oporu otrzymuje informację o powrocie Dartha Sidiousa i z tego też powodu Rey z przyjaciółmi: "grubą rybą" Finnem (John Boyega), pilotem Poe (Oscar Isaac), uroczym droidem BB-8, odważnym Chewbaccą (Joonas Suotamo) i gadatliwym C-3PO (Anthony Daniels) wyrusza w poszukiwaniu jego kryjówki. Czas się jednak kurczy, a zło rośnie w coraz większą potęgę. Czy więc uda się raz na zawsze pokonać siły Ciemnej Strony Mocy, nim będzie na to za późno?

W momencie, gdy mamy do czynienia z kulminacją ukochanej przez wielu fanów sagi, to z reguły zawsze oczekuje się po niej jak najwięcej. Widzowie wybierając się do kina na ostatnią część oczekują niezapomnianej przygody, której po wyjściu z kina nie będzie dane im zapomnieć. Epickiego zakończenia historii bohaterów, których w ciągu lat mogli szczerze pokochać. A przede wszystkim oddania hołdu ludziom, którzy przyczynili się do jej powstania. Takie same oczekiwania można było mieć zatem także przed seansem ostatniej części "Gwiezdnych Wojen". To miało być piękne pożegnanie. Podróż do niezbadanych dotąd rejonów Galaktyki. Pełna przygód historia, trzymająca w napięciu od początku do samego końca. Jedna, wielka orkiestra emocji pod batutą Johna Williamsa i w końcu ostateczny epicki pojedynek pomiędzy Jasną, a Ciemną Stroną Mocy. I choć rzeczywiście "Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" wyzwala w widzu ogrom emocji, to niestety niemal wyłącznie tych negatywnych i faktycznie można zalać się łzami po seansie… Ze smutku, jak wielkim okazał się on rozczarowaniem.

photo.title

Jest to o tyle zaskakujący fakt, bo początek filmu jest naprawdę świetny i wcale nie zwiastuje nadejścia tak wielkiej katastrofy. Po przeczytaniu przed seansem wielu niepochlebnych recenzji, można wręcz odnieść wrażenie, że krytyka była zupełnie niezasłużona. Już sama pierwsza scena rozpościera wokół siebie tak niezwykłą, mroczną aurę, że przez cały czas jej trwania widz czuje dreszcze na plecach. Pod względem budowania klimatu całej historii i coraz bardziej rosnącego napięcia w miarę dalszego oglądania można by więc śmiało rzec, że sekwencja otwierająca "Skywalker. Odrodzenie" jest jedną z najlepszych ze wszystkich dotychczasowych w całej serii, gdyby nie fakt, że na samym wstępie odarto ją z całej tajemniczości. Ale nawet jeśli się te błędy zdarzają, to początkowo nie wpływają one negatywnie na całokształt. Do pewnego momentu ten film można więc oglądać z naprawdę dużą sympatią, bo na ekranie dzieje się sporo i czuć zew przygody. Chciałoby się, żeby to tak wiecznie trwało do samego końca… Ale tak się nie dzieje. Do chwili akcji na pustynnej planecie Pasana jeszcze nie jest źle, ale niestety później wszystko zaczyna się sypać, a widz zostaje obdarty z wszelkiej nadziei na godne zwieńczenie sagi. Parafrazując pewne porzekadło w stylu "Gwiezdnych Wojen": im dalej w kosmos, tym jest coraz ciemniej i gorzej.

Jeszcze na długo przed premierą finałowej odsłony, szefostwo Disneya zapewniało fanów, że fabuła na trylogię sequeli była od początku zaplanowana. Tymczasem seans "Skywalkera. Odrodzenie" w najgorszy możliwy sposób ukazuje jak mydlili oczy widzom od początku. Z fabularnego punktu widzenia to najgorszy epizod w historii całej sagi. I to wcale nie z powodu drętwych dialogów, przywodzących na myśl kultowe "I hate sand", czy nietrafionych żartów Jar Jar Binksa, a z racji braku jakiegokolwiek pomysłu na kreatywne poprowadzenie fabuły i domknięcia wątków poszczególnych postaci. Nie można odmówić filmowi Abramsa, że nic się w nim nie dzieje, bo akcja pędzi na złamanie karku. Same jednak zwroty akcji to za mało, jeśli fabuła nie ma nic ciekawszego do zaoferowania. A tak niestety jest w przypadku najnowszej części "Gwiezdnych Wojen". To kolejny przykład na to, że do czasu akcji na planecie Pasana wszystko jest w najwyższym porządku, tempo akcji jest zrównoważone i zostaje rozwinięta relacja pomiędzy Rey, Poe i Finnem. Niestety potem akcja zamiast na relacjach bohaterów, skupia się tylko na tym, by wprowadzić jak najwięcej zwrotów akcji i przez to przeistacza się w grę komputerową, gdzie z prędkością nadświetlną przenosimy się z planety na planetę bez logicznego uzasadnienia. A żeby było mało, nad tym chaosem fabularnym nie potrafią w ogóle zapanować J.J. Abrams wraz z Chrisem Terrio, dostarczając wielkiego scenariuszowego bałaganu, na który pod koniec aż nie chce się patrzeć.

photo.title

Wprawdzie, "Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie" nie sprawdza się w roli podsumowania całej sagi, ale już fanserwisu jak najbardziej. Pełno pojawia się tu bowiem nawiązań do Starej Trylogii, czy easter-eggów, które rozgrzeją serca wielu widzów jak kubek świątecznego grzańca. I to nie tylko za sprawą powrotu paru znajomych twarzy, ale także i planet oraz wszelkiego rodzaju znanych nam motywów muzycznych. A skoro o soundtracku mowa, to widać, że John Williams po raz ostatni pragnął poruszyć serca widzów. Problem polega na tym, że muzyka tak jak i cała reszta sprawdza się do momentu akcji na Pasanie (tak, wiem, że się powtarzam), bo potem można usłyszeć tylko znane motywy z poprzednich części. I nawet miało by to sens, gdyby pojawiły się tutaj takie legendarne utwory jak "Duel of the fates", czy "Battle of the heroes", ale tak się nie dzieje. Od strony jednak wizualnej po raz kolejny "Gwiezdnym Wojnom" nie można nic zarzucić, bo "Skywalker. Odrodzenie" to jeden z najpiękniejszych epizodów w całej sadze. Efekty specjalne są znakomite, planety zachwycają swoim designem, a przepiękne zdjęcia Dana Mindela dopełniają całości. Brakuje tylko w tym wszystkim jakiś nowych technologii, z których zawsze słynęła saga "Gwiezdnych Wojen". Pewnie, można się naśmiewać z midichlorianów i "Ostatniego Jedi", ale starały się one coś przynajmniej nowego wprowadzić do całej sagi, czego nie można już powiedzieć w przypadku finałowej odsłony.

Mówiąc o finałowej odsłonie "Gwiezdnych Wojen", nie powinno się mieć tylko na myśli godne zwieńczenie sagi, ale przede wszystkim satysfakcjonujące domknięcie wątków znanych nam postaci. Tak aby każda z nich otrzymała  wystarczającą ilość czasu na ekranie. I niestety, ale pod tym względem "Skywalker. Odrodzenie" także nie zdołał podołać zadaniu, w czym główna wina fatalnego scenariusza (nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu!) autorstwa J.J. Abrams i Chrisa Terrio. Najgorzej ze wszystkich bohaterów prezentuje się zwłaszcza Finn. Bo choć na szczęście nie rzuca on już nietrafionymi gagami, to jednak to wciąż płytka postać w fatalnym wykonaniu John Boyegi, która wiecznie próbuje wszystkich ratować, chce coś powiedzieć Rey i z niewiadomych przyczyn kieruje się swoimi przeczuciami. O niebo lepiej więc pod tym względem prezentuje się Poe Dameron, który w końcu otrzymał swoje backstory. Twórcy nie rozwijają jednak tego wątku i niepotrzebnie próbują zrobić z niego drugiego Hana Solo. A szkoda, bo Oscar Isaac jak zawsze dobrze spisuje się w swojej roli. Zdecydowanie najważniejszą postacią w całym filmie jest Rey, o której dotąd wiedzieliśmy tylko, że jest waleczną i wrażliwą na Moc dziewczyną. W finałowej odsłonie poznamy ją zaś nieco bliżej. Rey to bez wątpienia intrygująca postać, a jej relacja z Benem została świetnie rozwinięta, ale paradoksalnie to też najmniej wiarygodna postać z całego kanonu. Twórcy zbytnio bowiem gloryfikują ją, czyniąc z niej wszechmocną Jedi, którą nic nie jest w stanie pokonać. Raz że jest to mocno naciągane, a dwa że przez to marginalne znaczenie dla całej historii mają pozostałe postacie. Dla przykładu w Starej Trylogii zarówno Luke, Han, Leia, jak i Chewbacca, czy R2 – każdy z nich miał swoje umiejętności, które były przydatne. W nowej trylogii wszystkie je zaś posiada Rey. Wprawdzie, nie można odmówić Daisy Ridley uroku, ale niezbyt dobrze ukazała wątpliwości, szargające Rey, a już sama kwestia jej pochodzenia jest… dość problematyczna.

photo.title   photo.title   photo.title

Dla tych mniej wymagających widzów film może się sprawdzić w roli zwykłej rozrywki, ale poza tym nie ma niestety nic do zaoferowania. Najgorsze jest to, że "Skywalker. Odrodzenie" nie sprawdza się ani jako trzecia część trylogii przygód Rey, Finna oraz Poe, ani jako ostatnia odsłona "Gwiezdnych Wojen". Z tego też powodu fani, oczekujący dobrze zamkniętej historii sagi Skywalkerów, z seansu wyjdą wzburzeni jak woda w trakcie sztormu. Film Abramsa poprzez powrót Palpatine’a (to nie jest spoiler, bo o tym było już wiadome przed seansem) poddaje w zupełny bezsens poświęcenie Anakina Skywalkera w "Powrocie Jedi" i jego bycie wybrańcem do zaprowadzenia równowagi pomiędzy Jasną, a Ciemną Stroną Mocy, co jest już zwykłym brakiem poszanowania dla Starej Trylogii. Dodatkowo żadna z wielu nowych postaci, nie ma znaczenia dla fabuły – ani Zorii Bliss (Keri Russell), ani nieudana kopia Tarkina, Generał Pryde (Richard E. Grant), ani nawet znany z "Władcy Pierścieni" Dominic Monaghan, który się tu pojawia się w roli trzecioplanowej. Jeszcze większy żal zmarnowanego potencjału większości postaci z Oryginalnej Trylogii. Sympatyczny Wookie, Chewbacca po odejściu Hana Solo jest wyraźnie odstawiony na bok, a do uwielbianego przeze mnie osobiście R2-D2 J.J. Abrams z niezrozumiałych przyczyn ma uprzedzenia. Spytalibyście: Jak udało się domknąć wątek ukochanej księżniczki Lei? Otóż, nie jest źle, ale widać po seansie, że ta postać mogła mieć jeszcze większe znaczenie dla historii gdyby nie przedwczesna śmierć Carrie Fisher. A może choć powrót Lando Calrissiana okazał się udany? Nie. Słynny przyjaciel Hana Solo zostaje tu wprowadzony bez większego sensu i nawet pełen pozytywnej energii Billy Dee Williams nie jest w stanie odmienić tego złego wrażenia. Jedyną więc postacią, która na dłużej zapadnie w pamięci widza, jest C-3PO, który w końcu ma większe znaczenie. Bo choć humor w "Skywalker. Odrodzenie" jest na niskim poziomie, to jednak w wykonaniu Anthony'ego Danielsa potrafi rozśmieszyć do łez. To jest C-3PO, jakiego znam i uwielbiam! Ale dlaczego tylko on…

Gdyby choć powrót Imperatora został wyjaśniony w klarowny sposób… Ale nie. Już na początkowych napisach dowiadujemy się, że wrócił. Dręczące pytania, w jaki sposób udało mu się przeżyć? Jaki był jego plan? Nie ma co się łudzić, nic się nie dowiadujemy. Ian McDiarmid stara się jak tylko może dodać temu trupowi energii swoim wciąż diabolicznym śmiechem i głosem, ale nawet on niewiele jest w stanie wskórać, skoro scenariusz niszczy wizerunek Palpatine'a – to był bowiem Mroczny Lord strzelający z palców piorunami, ale przede wszystkim mistrz intryg, czego tutaj nie widać. W tym więc istnym teatrze zmarnowanych potencjałów postaci, na czoło wysuwa się jedna postać, której wątek udało się domknąć w świetny sposób, a jest nią nie kto inny jak właśnie Ben Solo, czyli antagonista całej trylogii sequeli, Kylo Ren. To właśnie bowiem ten pogardzany przez wielu po "Przebudzeniu Mocy" "płaczący chłopaczek w masce" przeszedł tu największą przemianę. Cały zresztą film można obejrzeć bez bólu niemal wyłącznie z powodu zainteresowania widza dalszymi losami tej postaci, której mogło być tylko więcej na ekranie. Swoje też należy oddać w tym miejscu fantastycznej grze aktorskiej Adama Drivera, w którego wykonaniu czuć przez cały czas wielkie emocje. Cały zresztą rok 2019 może on zaliczyć do udanego. Najpierw dzięki świetnej kreacji w "Historii małżeńskiej" stał się faworytem do zdobycia Oscara w przyszłym roku, a teraz w roli Bena Solo deklasuje pozostałą obsadę i praktycznie każda dobra scena w filmie jest tylko z jego udziałem.

Niestety nawet jeśli "Skywalker. Odrodzenie" w paru momentach aspiruje do bycia satysfakcjonującym finałem całej sagi "Gwiezdnych Wojen", to i tak całe to dobre wrażenie psuje fatalna końcówka, która zamiast niezwykłych emocji, powoduje tylko coraz większe rozczarowanie widza. Zamiast więc pożądanych momentów epickości i wzruszeń, otrzymujemy istny teatr kiczu, a kolejne absurdalne zwroty akcji walczą między sobą nawzajem o miano najgorszego. Wielkiej stawki walki o przywrócenie Równowagi w Galaktyce zupełnie więc nie czuć… I nawet finałowa bitwa, kreowana na na miarę finału "Avengers: Koniec gry" nie wzbudza żadnych emocji, tak jak zresztą i cały film. A skoro przez tak wielu ukochana saga w tym kluczowym momencie jest obdarta z jakichkolwiek uczuć, to coś wyraźnie jest na rzeczy. Niestety J.J. Abrams to sprawny, ale tylko rzemieślnik, któremu daleko w prędkości nadświetlnej do miana Rycerza Jedi, który mógłby tchnąć ducha w tą historię. Nie dość bowiem, że pojawia się tutaj sporo głupot fabularnych, akcja pędzi bez żadnego przemyślenia na złamanie karku i zmarnowano tutaj potencjał większości postaci, to jeszcze w dodatku finałowa odsłona nie oddaje nawet z należytym szacunkiem godności poprzednim częściom, co z kolei dla niejednego fana "Gwiezdnych Wojen" może być już nie do zniesienia. Jestem jednak przekonany, że każdy "Skywalker. Odrodzenie" odbierze zupełnie inaczej. Gdy jedni porwą się w wir tej nieprzemyślanej, absurdalnej, ale sprawiającej sporo frajdy przygody, inni pamiętając to, co było piękne w poprzednich odsłonach, nie odczują żadnych emocji poza dużym zawodem. Osobiście chcę życzyć wszystkim widzom, by bawili się na seansie jak najlepiej. Gdy jednak spojrzy się na ten film tylko pod względem fabularnym, to mamy tu do czynienia z najgorzej rozpisaną częścią ze wszystkich "Gwiezdnych Wojen". 

Wygląda to tak, jakby J.J. Abrams nie mógł pogodzić się z wizją Riana Johnsona i wszystkie jego pomysły wyrzucił do kosza. Można narzekać na "Ostatniego Jedi", bo to także nie był film idealny, ale w porównaniu do finałowej odsłony próbował wprowadzić coś nowego do sagi, na przykładzie relacji Rey z Benem. Tymczasem "Skywalker. Odrodzenie" przez cały czas jest filmem bezpiecznym, który ani przez moment nie wychodzi poza żadne bariery, jest nastawiony na fanserwis i przez to brak mu własnej tożsamości. Spora wina w tym leży nie tylko po stronie twórców finałowej odsłony, ale i Riana Johnsona, bo jego film nie otworzył żadnej nowej furtki dla następnej części, a już przede wszystkim twórców na czele z Kathleen Kennedy, którzy nie mieli absolutnie żadnego pomysłu na całą trylogię. Niby to ta sama Galaktyka, a niestety zarazem tak odległa... "Skywalker. Odrodzenie" miał być tą ostatnią nadzieją na przywrócenie wiary fanów na świetlaną przyszłość dla świata "Gwiezdnych Wojen", lecz zamiast Mocy przyniósł tylko rozczarowanie. I jeszcze większy smutek.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (125 głosów).
Optimus_999
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie