Drużyna B

Po dwóch częściach "Strażników Galaktyki" wydaje się chyba jasne, że ulubiony temat Gunna to rodzina. Jego Suicide Squad poskładany jest zatem z postaci wyklętych ojców, straumatyzowanych synów i ...
Drużyna B
"Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów", powiedział podobno Albert Einstein. Tymczasem 5 lat po nieudanym "Legionie samobójców" Davida Ayera przychodzi "The Suicide Squad" Jamesa Gunna, który ma (prawie) ten sam tytuł i opowiada o (niemalże) tej samej drużynie wysłanej na (bardzo) podobną misję. Viola Davis to ponownie Amanda Waller, Joel Kinnaman to ponownie Rick Flagg, Margot Robbie to ponownie Harley Quinn. Człowieka-krokodyla zastąpił po prostu człowiek-rekin, a inny nowy nabytek, Bloodsport (Idris Elba), jest w zasadzie kserokopią starego Deadshota (Will Smith). Do tego Gunn - tropem Ayera - inscenizuje akcję w rytm wyciągniętych z lamusa szlagierów, spienięża dramatyczne biografie swoich bohaterów i snuje opowieść o patchworkowej rodzinie, która wykuwa się w ogniu skazanej na niepowodzenie misji.

A jednak rezultat jest inny.
 
Problem z filmem Ayera był taki, że pod kolorową maską sapał tam sklecony nieporadnie fabularny silniczek. Mniejsza o to, czy winny był sam reżyser, czy studyjni decydenci, którzy nadzorowali montaż według tabelek oglądalności. Ważne, że "Legion samobójców" sprowadzał się do krzykliwej fasady - żeby było śmieszniej, ewidentnie wzorowanej na "Strażnikach Galaktyki" Jamesa Gunna. W "The Suicide Squad" ten sam Gunn powiela fasadę, ale dodaje od siebie silne scenariuszowe zaplecze. Tłumacząc brzydko z angielskiego: jest tu i tekstura, i tekst.



Znamienne jest już podejście obu filmów do instytucji tzw. "easter egg". U Ayera całe sceny funkcjonowały tylko po to, by mrugnąć do widza okiem (czy raczej zdzielić go po głowie łopatą): tu przelatywał Batman, tam przebiegał Flash, obaj bez większego wpływu na cokolwiek. W "The Suicide Squad" siatka komiksowych aluzji jest równie gęsta, ale nie wchodzi w drogę fabule. Kto wie, ten wyłapie, że Starro to pierwszy komiksowy przeciwnik Ligi Sprawiedliwości, że Sean Gunn miga w epizodzie jako Calendar Man, że Bloodsport w swoim komiksowym debiucie faktycznie strzelał do Supermana kryptonitowym pociskiem, że Corto Maltese to południowoamerykańska wysepka stworzona przez Franka Millera jako hołd dla słynnego komiksu Hugo Pratta. Gunn umie grać w fanowską grę, ale kiedy krzyknąć "sprawdzam", ma karty (scenariusza) na swoją obronę.

Koncept Suicide Squad wydaje się przecież prosty: oto bezwzględna Amanda Waller zbiera grupę przestępców i kijem lub marchewką zmusza ich do udziału w samobójczych misjach specjalnych. Sprawa wymaga jednak charakterologicznej alchemii i ekspozycyjnej finezji: trzeba skomponować wdzięczną drużynę no-name’ów, a potem jeszcze możliwie szybko wyjaśnić, kto jest kim (bo to no-name’y). Ayer robił to cepem, posiłkując się wyliczankami faktów, planszami z tekstem i dialogami w rodzaju: "oto Katana, jej miecz więzi dusze swoich ofiar". Gunn jest dużo bardziej subtelny. Kluczowe informacje podaje nam mimochodem, organicznie. Kiedy pora przedstawić "legionistów", ubiera to w żart i pokazuje, jak pracownicy Waller licytują, kto z bohaterów zginie jako pierwszy. Podobnie jest z dramatycznymi genezami postaci: każda dzieli się smutnym wspomnieniem tylko, gdy jest to a propos sytuacji, a nie a propos tego, że widz musi się kiedyś o tym dowiedzieć. W efekcie momenty typu "grupa przełamuje lody przy szklance czegoś mocniejszego" działają dużo lepiej niż poprzednim razem.



Siłą rzeczy "The Suicide Squad" raz za razem ociera się o déjà vu. Na szczęście Gunn potrafi ożywić nawet tak sztampową scenę, jak "córka odwiedza ojca w więzieniu". Wyborny strzelec i niezbyt wyborny rodzic Bloodsport jest tu może ersatzem Deadshota, ale Gunn wyciska z takiej figury dużo więcej niż Ayer. Will Smith grał Deadshota w cierpiętniczej pozie "biednego złego taty". Elba tymczasem się nie wdzięczy, a Gunn nie boi się "ubrudzić" swojego bohatera i pokazać złego rodzica jako po prostu… złego rodzica. Efekt jest nie tylko świeży i "prawdziwy" (cokolwiek to znaczy), ale przede wszystkim daje Bloodsportowi przestrzeń na rozwój. Bo jeśli coś jest sednem "The Suicide Squad", to właśnie postacie. W końcu nawet wielka, zła rozgwiazda z kosmosu dostaje tu swój jeden czuły moment.

Gunn ożywia nawet oryginalną Ayerową obsadę. Viola Davis ponownie gra Amandę Waller na jednej długiej i ciężkiej nucie, ale wrzucona w korporacyjny kontekst i biurową dynamikę postać zyskuje nagle nowy wymiar. Joel Kinnaman dostaje z kolei szansę, by pokazać odrobinę kumpelskiego ciepła, jakim uwodził jeszcze w serialu "Dochodzenie". Jego Rick Flagg staje się więc klejem i sumieniem drużyny, wiernym towarzyszem broni i porządnym obywatelem, a nie tylko biernym wojskowym pachołkiem.



Jeszcze lepiej wypada Harley Quinn, bo scenariusz wreszcie dorasta do roli Margot Robbie. Dość powiedzieć, że w 10-minutowej "romansowej" sekwencji bohaterka emancypuje się dużo skuteczniej niż przez bite 2 godziny "Ptaków Nocy". Gunn stawia bowiem na głowie genderowe schematy: Harley zachowuje sprawczość i podmiotowość w damsko-męskich podchodach, a obiektem seksualnym w oku kamery staje się nie ona, tylko jej partner. Równie ciekawie robi się, gdy reżyser pokazuje nam świat przez jej prywatne "różowe okulary": niczym grę komputerową z krainy My Little Pony. Harley wciąż funkcjonuje bowiem na osobnym poziomie świata przedstawionego. Bliżej jej do Królika Bugsa niż jakiejkolwiek szeregowej superbohaterki z Uniwersum DC. Ale tym razem ma to sens: przecież Harley jest (tylko i aż) "gościnną gwiazdą" i nie ona dźwiga emocjonalny ciężar filmu.  

Po dwóch częściach "Strażników Galaktyki" wydaje się chyba jasne, że ulubiony temat Gunna to rodzina. Jego Suicide Squad poskładany jest zatem z postaci wyklętych ojców, straumatyzowanych synów i córek w żałobie, z toksycznych frustratów, których nadludzkie umiejętności są raczej przekleństwem niż błogosławieństwem. Każdy z nich widzi w towarzyszach broni kolejne emanacje swoich bliskich, ale przyjacielska komitywa daje szansę na przepracowanie traumy. Oczywiście, najpierw trzeba przeżyć misję, bo Gunn podkręca potencjometr "samobójczości" do maksimum i ma dla nas szereg niespodzianek. Na szczęście wie, że od twistów i zmyłek ważniejsza jest klarowność narracji. Każda z postaci ma więc czytelny łuk narracyjny, każda przechodzi przemianę bądź odsłania nową twarz. A kiedy my wiemy z kolei, kim są bohaterowie, kiedy rozumiemy, dlaczego podejmują kolejne wybory, kiedy przeżywamy razem z nimi ich prywatne dramaty, machina empatii działa jak należy i wszystkie inne klocki - spektaklu czy tematu - wskakują na swoje miejsca. Wszystko pracuje tu więc ładnie na historię wyrzutków jednoczących się przeciwko światu. Oto ekscentryczni indywidualiści kontra zły hive mind - czy to rządowego jednomyślenia, czy kontrolującej umysły kosmicznej rozgwiazdy.



Obecność rozgwiazdy jest tu zresztą znamienna, bo pokazuje zdrowy dystans, jaki Gunn ma do materii, w której rzeźbi. Dobrym punktem odniesienia dla "The Suicide Squad" może być "Armia umarłych" Zacka Snydera: inny film o grupie najemników na samobójczej misji. Snyder wychodził od uroczo niepoważnego konceptu, ale grzązł w gówniarskim pozorowaniu powagi: kręcił kino klasy B, jakby opowiadał dramat psychologiczny. Gunn tymczasem wie, że dramat musi pracować pod spodem, a "komiks" to tylko kostium: stylistyczna "peleryna" i "maska". Celebruje więc komiksową formę w całej jej dziwności, barwności i głupocie. Rozbija nawet fabułę na szereg rozdziałów, niby kolejnych zeszytów dłuższej, ciągnącej się przez kilka numerów opowieści. Każdy epizod dostaje więc swoją "stronę tytułową", ze zmyślnie wkomponowanymi w kadr literami nagłówka. Minus takiego podejścia jest tylko jeden: film ma szarpany, anegdotyczny rytm. Gunn kilkakrotnie wstrzymuje wręcz bieg akcji, by cofnąć się w czasie bądź uciec w dygresję. Tak, jest tu kilka dłużyzn. Ale to już problem nie tyle komiksowy, co blockbusterowy: jak zwykle w Hollywood, gdyby odchudzić metraż o 15 minutek, oglądałoby się to jeszcze lepiej.

Najciekawsze jednak, że mimo całej tej "komiksowości", trudno nazwać "The Suicide Squad" filmem infantylnym. Nawet jeśli Gunn lubi pobłażać widzom - a to czymś słodziutkim, a to czymś brutalniutkim - ta frajda podszyta jest trzeźwą goryczą. Chociaż reżyser bierze bandę kryminalistów i odsłania ich miękkie podbrzusza, nie pozwala zapomnieć, że a) morderczy psychopaci to nieraz po prostu morderczy psychopaci i że b) są tacy, którzy od rozkazów serca wolą po prostu rozkazy. Polityczne tło fabuły jest dość umowne, ale Gunn jest świadom, że narracja o amerykańskich kowbojach, którzy jadą zrobić porządek na cudzej ziemi, to patologia i propaganda. Dlatego nawet maczystowskie prężenie mięśni zostaje tu wzięte w cudzysłów, wbrew temu (ale i dzięki temu!), że w obsadzie bryluje umięśniony John Cena, którego Peacemaker śmiało wykorzystuje krwawy potencjał kategorii R. Jasne, w powietrzu regularnie latają flaki, a bohaterowie żartują o przyrodzeniu. A jednak - powtórzę - Gunn nie myli tekstu z teksturą. Ani goryczy z cynizmem. Nieprzypadkowo pojawia się tu sympatyczny szczurek Sebastian, który uroczo macha do nas łapką i potrafi "wyczuć dobro". Ja wyczuwam je w tym filmie.
 
1 10
Moja ocena:
8
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
86% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (178 głosów).