Recenzja filmu

Marquis de Sade: Justine (1969)
Jesús Franco
Klaus Kinski
Romina Power

Jesús Franco z wysokim budżetem

W historii kina światowego są reżyserzy, których płodność filmowa może nie równa się z długą listą osiągnięć aktorów kina pornograficznego, ale jest wystarczająco obfita, by zawstydzić w ...
W historii kina światowego są reżyserzy, których płodność filmowa może nie równa się z długą listą osiągnięć aktorów kina pornograficznego, ale jest wystarczająco obfita, by zawstydzić w portfolio większe nazwiska. Praktyka jednak pokazuje, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością. W przypadku takich nazwisk jak Jesús Franco jest to ewidentnie zauważalne.

Twórca ten najbardziej kojarzony jest z tak kuriozalnymi tytułami jak "Wampiryczne lesbijki", "Paroxismus" czy trzecią część cyklu o bezwzględnej "Elzie". A wszystkie łączy jeden wspólny mianownik – są złe, jeśli pod uwagę weźmiemy kryteria czysto artystyczne. 

Franco jednak kręcił swoje kino z pasją godną Eda Wooda, z tą różnicą, że jemu nikt skrzydeł nie podcinał. Był reżyserem niepokornym, a przy tym bardzo pracowitym, potrafiąc nakręcić kilka tytułów rocznie niemal w tym samym czasie. Prawdziwy człowiek renesansu, jednak w tym wszystkim tkwił szkopuł – za każdym razem dzieło stawało się kinem klasy B, dołączając do długiej listy kina eksploatacji. Tę niszę w kinie europejskim Franco umiejętnie potrafił zagospodarować. Co więcej jednym z jego stałych aktorów był nie kto inny jak sam Klaus Kinski, który podnosił jakość jego pracy do tego stopnia, że da się dzisiaj ze spokojem oglądać "Księcia Drakulę", "Kubę Rozpruwacza" czy "Marquis de Sade: Justine". I o tym ostatnim filmie chciałbym dzisiaj wspomnieć.

Do pewnego momentu śmiałem uważać, że to właśnie "Kuba Rozpruwacz" jest najlepszym obrazem Franco, jeśli weźmiemy pod uwagę bogate atelier i oczywiście postać tytułową graną przez Kinskiego. Jednak "Marquis de Sade: Justine" wywarł na mnie znaczne lepsze wrażenie, choć brak tu elementów gore, a jeśli już mówić o mocnych momentach, to co najwyżej można mówić o psychodelii.

Film Franco jest niczym innym jak adaptacją powieści Markiza de Sade "Justyna, czyli nieszczęścia cnoty", napisanej w Bastylii, gdzie niepokorny twórca próbował rekompensować sobie, jak podejrzewał, utratę swojego największego dzieła "120 dni Sodomy czyli szkoła libertynizmu", wówczas uważanego za zniszczone. "Justyna" została wydana jednak dopiero po śmierci autora, a fabuła oparta była na kontraście dwóch sióstr – cnotliwej i uczciwej Justynie oraz rozpustnej i bezwzględnej Juliette. Szybko zdobyła popularność, a tezy zawarte w niej stanowią obraz nie tylko ówczesnej rzeczywistości, gdyż sporo prawdy można odnaleźć w dzisiejszym show biznesie. Ma się wrażenie, że tylko dzięki kontaktom, łapówkom i właściwie podanej goliźnie można osiągnąć wysoką pozycję w społeczeństwie. Cała reszta bywa tylko modnym dodatkiem, by sława dobrze się sprzedawała, a opinia publiczna miała nad czym rozmyślać.

Franco jednak w dużym stopniu przeidealizował dzieło de Sade'a, zachowując jedynie sztywną konstrukcję literacką, resztę przekształcając wedle swojego widzi mi się. W roli Justyny obsadzono Rominę Power, czyli połowę duetu Al Bano & Romina Power, zaś rolę Markiza piszącego w bólach swe dzieło za murami Bastylii przyjął Klaus Kinski. Postawiło to widza przed nie lada wyzwaniem, bowiem jak przystało na dzieło Franco, kameralne sceny z udziałem Kinskiego wypadają wspaniale, zaś cała reszta sprawia wrażenie amatorskiej pracy reżysera z ambicjami, tyle, że strasznie leniwego.

Już pierwsze sceny przywodzą na myśl senne koszmary Stanleya Kubricka – szarpane ujęcia kamerą, przecięte lub źle dobrane kadry czy w końcu montaż, którego w szczegółach lepiej nie opisywać. O ekipie aktorskiej nie wypada wspominać, gdyż, jak przystało na filmy mistrza tandety, poza Klausem Kinskim nikt tu grać nie umie. Wisienką na torcie okazuje się jednak postać epizodyczna w postaci pastereczki, która właśnie wchłonęła potężną dawkę narkotyków, oraz Jack Palance w roli amoralnego zakonnika. Sposób w jaki bawi się rolą w świecie wykreowanym, wykazuje, że jest w pełni świadom w jak kiepskich warunkach przyszło mu pracować. Nie powinien jednak dziwić fakt, że na liście płac zabraknie muzy i późniejszej małżonki reżysera Liny Romay. Aktorka dopiero kilka lat później zacznie występować w filmach Hiszpana.

Skupiając się na fabule, niewiele miejsca poświęcono tu na główną oś fabularną "Justyny". De Sade zestawiał ze sobą dwa charaktery, kreując dwie oddzielne linie narracyjne, tak u Franco przygody Juliette (w tej orli Maria Rohm) to zaledwie poszarpane fragmenty, które ktoś nieudolnie wmontował między poszczególne sceny. Aż do końca widz niewiele wie o losach Juliette, zakładając, że chyba sobie poradziła. Więcej miejsca poświęcono tu na raczej na epizodyczne postacie i przykrości, jakich doświadcza od nich tytułowa bohaterka. Największe kontrowersje budzi jednak zakończenie. Oczywiście możemy się wykłócać o to, na ile twórcy zostawiają tu dla widza pole do interpretacji, jednak oczy, które widzą infantylność scen końcowych, nie chcą przyjąć do wiadomości innej wizji, jak tej, którą rozum uzna za niedopuszczalną: "tak po prostu nie było!" 

To zarówno dramat przemieszany z komedią, jak i komedia zmieszana z przygodami niekompletnie ubranej "Markizy Angeliki", jednak na tyle idiotyczna, że chwilami można docenić starania reżysera. W końcu Franco już nigdy później nie nakręcił na tyle drogiego filmu, jeśli pod uwagę bierzemy całą jego filmografię. Reżyser musiał już potem polegać na tym, co miał. Na szczęście Klaus Kinski nie gardził propozycjami ról od niego, nie wybrzydzał też sam Christopher Lee. Do końca lat 60. jego gwiazdą była Soledad Miranda, zaś później Lina Romay, która wystąpiła w prawie każdym jego filmie.

Franco nie rozstawał się z reżyserką do samej śmierci. W jego kolekcji można znaleźć filmy właściwie każdego gatunku. Złą sławą owiane są również jego pornosy, o których wspominają najbardziej zagorzali fani gatunku z pewną dozą niesmaku. Najlepszym zaś filmem z tej półki pozostaje soft porno "Elza – nikczemna strażniczka", gdzie erotyczna zażyłość pomiędzy Dyanne Thorne a Liną Romay, w sceneriach egzotycznej dżungli, starała się nieudolnie ratować całość. 
Pewne jest jednak to, że Franco zasłużył na pomnik dla najgorszego reżysera czasów kina XX wieku. Sama nominacja do nagrody Goya za całokształt twórczości w 2009 roku tylko o tym świadczy.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Udostępnij:
Francja, koniec XVIII wieku. Do Bastylii zostaje przywieziony osławiony Markiz de Sade. Nawiedzany przez perwersyjne wizje i pełen twórczego natchnienia zaczyna pisać ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 60%