Origami dla początkujących

Dzisiaj, kiedy wyjście na samotny spacer po okolicy graniczy z brakiem odpowiedzialności i grozi konsekwencjami związanymi ze złamaniem zasad solidarności obywatelskiej, rzeczywistość odrysowana ...
Recenzja "Paper Beats", nowej gry twórcy "Another World"
Dzisiaj, kiedy wyjście na samotny spacer po okolicy graniczy z brakiem odpowiedzialności i grozi konsekwencjami związanymi ze złamaniem zasad solidarności obywatelskiej, rzeczywistość odrysowana od zer i jedynek wydaje się tym atrakcyjniejsza. Zwłaszcza jeśli możemy założyć gogle i słuchawki, odciąć się od informacyjnego szumu i chociaż na kilka godzin odłączyć pępowinę łączącą nas z internetem (i domownikami, z którymi nagle dzielimy przestrzeń przez dwadzieścia cztery godziny na dobę). I akurat na czas kwarantanny z nie tak dalekiego Zachodu przybywa gra będąca lekiem na to, co za oknem, nasz sojusznik na froncie boju z samotnością.


Być może kluczem do "Paper Beast", tak jak i do całej jego twórczości, jest debiut Erika Chahiego, zasłużenie słynne "Another World". To przecież tam genialny fizyk po przejażdżce swoim lamborghini (ach, marzenia nerda!), w wyniku eksperymentu przenosi się do jałowego świata pełnego gróźb. Lecz mamy dwudzieste pierwsze stulecie, zdaje się mówić Chahi, i nie potrzeba akceleratora cząstek i złowieszczej burzy, aby znaleźć się gdzie indziej. Wystarczy bowiem zestaw do PlayStation VR. Przygotowywana od paru lat gra to istny eksperyment demiurga pragnącego zbudować ekosystem istniejący gdzieś pośród big data. Ale nie jest to gest cynicznego stwórcy, bo postępy umożliwi nam tylko empatia i spokój, nie porywczość i przemoc.


System symulacji stworzony przez Chahiego na wjeździe serwuje nam pop-rockowy kawałek japońskiego bandu, który służy też za swoisty samouczek. Do pada podpięty mamy długi promień świetlny, przy pomocy którego możemy chwytać i przeciągać to, co unosi się, pełza i chodzi nam przed oczyma. Następuje jednak zakłócenie i z tej istnej aplikacji muzycznej przenosimy się na rozległe połacie pustyni, poprzecinane lodowymi jaskiniami. Zagubienie nie trwa długo, bo mamy towarzyszy, dziwaczne istoty z papieru – nierzadko przecież łączy się sztukę origami z charakterystyczną dla programowania matematyczną precyzją; te dwa pozornie odmienne światy są bliższe, niż nam się wydaje – i bliżej niesprecyzowanego budulca, z których ta największa, ni to mamut, ni żyrafa, bierze nas pod metaforyczne skrzydła. Pomogą nam też i inne napotkane po drodze istoty, przypominający końcówkę od mopa, posklejany z papierowych ścinek kolega, usypujące sterty piachu kamienne żuczki, które prowadzimy, chwytając świetliste meduzy, czy przepompowujące całe jeziorka długaśne dżdżownice. A my pomożemy im, kiedy będzie trzeba nakarmić stadko złotymi owocami, napoić zwierzaki bez sił, albo utorować drogę słabszym.


Naszym przewodnikiem jest przez cały czas rzeczony gigant, wyjęty żywem z obrazu Dalego, i jego pobratymcy, jedynym celem – poznanie świata, po którym nas oprowadza. Nie mamy jednak do czynienia z grą eksploracyjną per se. Nie rządzi nami również żadna odgórnie narzucona narracja, choć od czasu do czasu "Paper Beast" rzuci jakąś fabularną kość. To prosta rozgrywka logiczna, której zagwozdki rozgryziemy dość szybko, ale satysfakcja nie jest przez to mniejsza, bo nasze działania wpływają na zastany przez nas ekosystem. Tu zwierzęta bawią się, polują i oddają codziennej pracy, choćby miało to być tylko rycie przez wydmy. Graficznie wszystko jest tutaj dość proste, czasem nawet i pretekstowe, lecz, zdaje się, umyślnie, abyśmy mieli nieprzerwaną świadomość, że to uniwersum wirtualne. Co nie czyni go mniej prawdziwym.


Osobiście sądziłem, że gogle PlayStation VR będą mi służyły już tylko do zbierania kurzu, lecz produkcje takie jak "Paper Beast" pozwalają na nowo uwierzyć w potencjał tego sprzętu. Nadal jego ograniczenia wymuszają pewne niezbyt fortunne rozwiązania, chociażby skokowe przemieszczanie się, ale Chiahi zminimalizował te niedogodności. A nawet nakleił plasterek na bolączkę, jaką jest krótki czas trwania rozgrywki. Po ukończeniu gry oddaje nam do dyspozycji bezkresną piaskownicę. Dosłownie. Możesz tam zbudować sobie świat idealny. Kuszące?
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Udostępnij: