Artykuł

(Stary) Testament X muzy

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/%28Stary%29+Testament+X+muzy-109456
Podobnie jak większość publicznie dostępnych sieci i ten HOTSPOT nie jest szyfrowany: przeczytacie tu o wszystkim, czym aktualnie żyje kino, o sprawach aktualnych i tych z nieograniczonym okresem przydatności, szeroko komentowanych i niesprawiedliwie pomijanych, zjawiskach przecenionych i tych, których przecenić nie sposób. Na gorąco. W punkt. 

***

Datowane na rok 2014 hollywoodzkie freski takie jak "Exodus: Bogowie i królowie" czy "Noe: Wybrany przez Boga" ponownie otwierają dyskusję dotyczącą granic interpretacyjnej swobody w podejściu do kanonicznych tekstów kultury judeochrześcijańskiej, z drugiej zaś skłaniają do refleksji nad znaczeniem – nie tylko – popkulturowych oraz komercyjnych odczytań starotestamentowych motywów.


"Exodus: Bogowie i królowie"
Stworzenie świata, upadek i wygnanie z Edenu rodziców ludzkości, pierwsze bratobójstwo, poprzedzony zesłaniem wodnej hekatomby nowy początek w relacjach z Najwyższym czy wyprowadzenie narodu wybranego z egipskiej niewoli to tylko niektóre z toposów będących ponadczasowymi elementami biblijnej narracji, inspirującej powstanie rzeszy filmowych dzieł reprezentujących najróżniejsze gatunki oraz kinematografie. Abstrahując od – posiadających skądinąd wierną publikę – animowanych, telewizyjnych i skierowanych na rynek DVD (mniej lub bardziej udanych) adaptacji wybranych ksiąg Starego Testamentu, w domenie X muzy nigdy nie brakowało widowiskowych hagiografii oraz religijnych blockbusterów.

Zrealizowane w 1956 roku "Dziesięcioro przykazań" Cecila B. DeMille'a to dziś swoisty kanon epickich, wysokobudżetowych produkcji inspirowanych Księgą Wyjścia. Obsadzony w roli Mojżesza amerykański gwiazdor Charlton "Ben Hur" Heston utrwalił w sferze popkultury wizerunek posągowego patriarchy, jakże różnego od (młodszej o niespełna 40 lat i o wiele bardziej zniuansowanej) telewizyjnej kreacji zaproponowanej przez sir Bena Kingsleya. Zgoła odmienną interpretację postaci wyzwoliciela Izraelitów spod jarzma faraona przedstawił Christian Bale w "Exodusie: Królach i bogach" Ridleya Scotta. Natchniony wojownik, boski pomazaniec, charyzmatyczny lider, niepozbawiony słabości i skory do błędu człowiek – nietrudno zauważyć, że Mojżesz o profilu walijskiego aktora ma wiele wspólnego z Noem (o aparycji brodatego Australijczyka Russella Crowe'a), mrocznym protagonistą super(?)produkcji Darrena Aronofsky'ego.

"Dziesięcioro przykazań"
Wymienione powyżej quasi-religijne eposy wciąż budzą nie lada kontrowersje, ściągając na głowę swoich twórców – skądinąd biegłych adeptów sztuki filmowej narracji – słowa ostrej krytyki, głównie z powodu nazbyt swobodnego odczytania kanonicznych treści. Postać Noego już od wczesnej młodości intrygowała przyszłego autora "Zapaśnika" (2008), który w biblijnym przywódcy dostrzegał oblicze walecznego proroka, regularnie nawiedzanego przez wizje nadchodzącego kataklizmu, zmagającego się z okrucieństwem oraz sceptycyzmem sobie współczesnych, niejednokrotnie uważających go za szaleńca. Adaptując własny komiks (współtworzony ze scenarzystą Arim Handlem oraz kanadyjskim rysownikiem Niko Henrichonem), Aronofsky proponuje spojrzenie na postać niezłomnego patriarchy jak na pierwszego w historii ekologa, bezskutecznie apelującego o wzięcie odpowiedzialności za przyszłość świata podarowanego ludzkości przez Najwyższego.
 
W cieniu Drzewa Życia

Pomijając prywatne przekonania twórców "Exodusu: Królów i bogów" oraz "Noego: Wybranego przez Boga" (agnostyk Ridley Scott dość jednoznacznie wypowiada się na temat ideologicznych uwikłań szeroko rozumianych religii, Darren Aronofsky konsekwentnie deklaruje swój ateizm), owe hollywoodzkie freski ponownie otwierają dyskusję dotyczącą granic interpretacyjnej swobody w podejściu do kanonicznych tekstów kultury judeochrześcijańskiej, z drugiej zaś skłaniają do refleksji nad znaczeniem – nie tylko – popkulturowych oraz komercyjnych odczytań starotestamentowych motywów. Zaprezentowany przez Amerykanina "alternatywny" biogram patrona odradzającej się ludzkości nie powinien wydawać się aż tak kontrowersyjny w świetle faktu, iż nie jest pierwszym dziełem w dorobku reżysera, w którym autor "Czarnego łabędzia" (2010) odwołuje się do swoich kulturowych korzeni.

"Noe: Wybrany przez Boga"
Przecież już w debiutanckim "Pi" (1998), kameralnym traktacie o (nie)możności zajrzenia za welon odwiecznej tajemnicy, zwracał się on w stronę żydowskiego mistycyzmu, podbudowując egzystencjalno-rachunkowe dylematy Maksa Cohena (Sean Gullette) – poszukującego znaczenia tytułowej liczby – różnorodnością nawiązań do teorii matematycznych, Kabały, gematrii (pojmującej Torę jako ciąg liczb reprezentujących niewypowiadane imię Stwórcy) czy starochińskiej gry go. W późniejszym "Źródle" (2006), utkanym z aluzji do tradycji kabalistycznej, ksiąg Starego Testamentu oraz majańskiej mitologii, Aronofsky zawarł uniwersalną przypowieść o nieuchronności i celowości śmierci. W centrum historii rozgrywającej się na trzech płaszczyznach narracyjnych (oraz czasoprzestrzennych) reżyser posadził rajskie Drzewo Życia (w warstwie symbolicznej będące diagramem obrazującym powstanie i budowę Wszechświata, a także definiującym boskie atrybuty).

Jego symbolika posłużyła jednak autorowi do czegoś zgoła innego niż kilka lat później Terrence'owi Malickowi w uhonorowanym (nomen omen) Złotą Palmą "Drzewie życia" (2011). Tam bowiem, gdzie Malick konstruuje quasi-metafizyczny traktat o sensie miłości, ofiary, przemijania i odrodzenia – przeplatany impresyjnymi ujęciami początków świata, stworzenia życia na Ziemi oraz jego końca – Aronofsky zdaje się stawiać pytanie, jak potoczyłyby się losy ludzkości, gdyby Adam i Ewa spożyli owoce nieśmiertelności, zamiast ulegać podszeptom węża kuszącego możliwościami oferowanymi przez Drzewo Poznania Dobra i Zła.

"Drzewo życia"
Rejs w nieznane

Być może metoda porównawcza, polegająca na konfrontacji biblijnej wizji z fabułą filmu, po prostu nie jest najwłaściwszym podejściem do zarówno najnowszego dzieła Ridleya Scotta, jak i poprzedzającej je wysokobudżetowej produkcji autora "Requiem dla snu" (2000). W obu przypadkach mamy bowiem do czynienia z kinowymi palimpsestami, historiami "nadpisanymi" nad kanonicznymi tekstami. W takim ujęciu obraz Darrena Aronofsky'ego nie byłby pierwszą wariacją na temat opowieści o potopie. Podobnie jak w blockbusterze Aronofsky'ego, motyw kompleksu ocalonego stanowił osnowę nakręconego w 1968 roku dramatu "Noe" Daniela Bourli, w którym tytułowy bohater o rysach Roberta Straussa jako jedyny przeżył nuklearną zagładę. Aby znieść przejmującą samotność, amerykański żołnierz rezydujący na pacyficznej wyspie w swojej wyobraźni powołuje do życia towarzyszy niedoli (hojnie obdarowując ich nowymi znajomymi), tworząc tym samym zręby iluzorycznej cywilizacji, bazującej na (nie zawsze dobrych) wspomnieniach o świecie sprzed Armagedonu. Tym samym Noe staje się ostatnim bastionem pamięci o XX wieku.

"O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji"
Jeszcze bardziej ponurej trawestacji biblijnej opowieści dokonał Piotr Szulkin w "O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji" (1984). W filmie tym wegetująca pod przeciwatomową kopułą społeczność ocalonych z globalnej wojny jądrowej niecierpliwie wyczekuje przybycia mitycznej Arki, mającej zabrać ich w kosmiczny rejs ku Ziemi Obiecanej. Problem w tym, że zbawczy korab jest jedynie wymysłem utrwalanym w powszechnej świadomości przez władze, sprawujące kontrolę nad desperatami w równym stopniu spragnionymi dóbr doczesnych co duchowego wyzwolenia. Futurystyczny wariant biblijnej opowieści o arce Noego zaproponował z kolei Ronald D. Moore w odświeżonej wersji serialu "Battlestar Galactica". Osnową cyklu jest opowieść o załodze tytułowego okrętu bojowego pod wodzą komandora Billa Adamy (zbieżność nazwiska z imieniem ojca ludzkości nie jest przypadkowa) mknącego przez rubieże galaktyki w poszukiwaniu nowej Ziemi, odkąd mieszkańcy systemu planetarnego zwanego Dwunastoma Koloniami zostali wyeliminowani przez cybernetyczną rasę Cylonów. Ukazując pełną militarnych, politycznych, ale i emocjonalnych przesileń relację między wyznającymi wielobóstwo kolonistami (oddającymi cześć bogom Kobolu przypominającym antyczny panteon) a przybierającymi ludzki kształt monoteistycznymi Cylonami (wyraźnie inspirującymi się starotestamentową retoryką), Moore zrealizował telewizyjną odyseję, której finał jest de facto początkiem kolejnej podróży wiodącej szlakiem ofiary, odkupienia i zmartwychwstania, ale i nowych wyborów, niepozostających bez wpływu na przyszłe losy ludzkości.

Napiętnowani zwycięzcy

O tym, że swobodne reinterpretacje starotestamentowych wątków mogą się okazać niezwykle inspirujące, kino przekonywało się już wiele razy. Dobrym przykładem jest "Na wschód od Edenu" (1955) Elii Kazana, luźna adaptacja powieści Johna Steinbecka. Eksponując temat rodzinnego konfliktu pokoleń, reżyser ukazał w tym dziele niedolę nowożytnego Kaina – poszukującego swojej tożsamości młodego, zgorzkniałego buntownika Cala (w niezapomnianej kreacji Jamesa Deana), bezskutecznie zabiegającego o uczucie i akceptację ze strony ojca, Adama (Raymond Massey), od zawsze faworyzującego drugiego z synów, Arona (Richard Davalos). Choć w filmie nie dochodzi do oczekiwanego rozlewu krwi ani wygnania "czarnej owcy" do amerykańskiego odpowiednika biblijnego Nod (azylu Kaina położonego w tytułowej lokacji), rodzinna saga zachowuje wydźwięk opowieści z Księgi Rodzaju, przypominając o naturze zazdrości, upadku oraz ciernistej, choć ostatecznie posiadającej swój kres drodze wiodącej do odkupienia.


"Na wschód od Edenu"
Podobnie nieoczywiste odczytanie jednej ze starotestamentowych opowieści ukazał także Andrzej Wajda w "Samsonie" (zrealizowanej w 1961 roku adaptacji prozy Kazimierza Brandysa), przenosząc biblijną historię w realia warszawskiego getta Anno Domini 1943. Autor "Kanału" (1956) utożsamił tytułowego mocarza z cherlawym Jakubem Goldem (Serge Merlin) – sprzątającym z ulic ciała zmarłych Żydem o niespotykanej sile ducha, cierpliwie znoszącym (nie tylko metaforyczne) ciosy od losu. Z tej niepozornej postaci targanej kompleksem ocalonego reżyser uczynił symbol uciemiężonego, choć podnoszącego się z kolejnych niewoli narodu, co dodatkowo podkreśla heroiczne zakończenie filmu, idealnie parafrazujące finał biblijnej historii.

Starotestamentowe reminiscencje stanowią także dramaturgiczny kościec dzieła Andersa Thomasa Jensena pod tytułem "Jabłka Adama" (2005). Duński twórca zaproponował nieco przewrotną, słodko-gorzką opowieść o pokornym ewangelickim pastorze Ivanie (Mads Mikkelsen) próbującym przywrócić na łono społeczeństwa neonazistę Adama (Ulrich Thomsen), w czym pomóc ma specjalne zadanie, jakim jest wypiek szarlotki z jakże symbolicznych owoców. Podszyty licznymi nawiązaniami do Księgi Hioba film oferował niebanalną refleksję na temat duchowej przemiany, będącej wynikiem nierównego na pierwszy rzut oka starcia między ludzką nikczemnością a bezinteresownym dobrem, wypływającym z czystej miłości do drugiego człowieka.

"Jabłka Adama"
Pomijając wszystkie kontrowersje, obrazy pokroju "Exodusu" czy "Noego: Wybranego przez Boga" dowodzą, że wywiedzione (nie tylko) z Pięcioksięgu Mojżeszowego opowieści wciąż stanowią źródło inspiracji dla filmowych autorów, reinterpretujących kanoniczne wątki przez pryzmat kolejnych współczesności. I niekoniecznie chodzi tu o reprezentantów współczesnego kina artystycznego, takich jak Andriej Zwiagincew ("Wygnanie", 2007), Bruno Dumont ("Poza szatanem", 2011) czy Alejandro González Iñárritu ("Babel", 2006), którzy proponują kontemplacyjne, podbudowane religijną symboliką opowieści o świecie bez Boga, miejscu pełnym zawiłych relacji międzyludzkich, braku zrozumienia i samotności.

Także w bieżącym roku nie zabraknie (mniej lub bardziej) spektakularnych produkcji, biorących na warsztat księgi Pisma Świętego. Ot, jak chociażby opowieść o wiekopomnym starciu Dawida z Goliatem, którą przygotowuje Timothy A. Chey. Ale mam nadzieję, że w nadchodzące lata przyniosą również dzieła wykraczające poza sztywną konwencję filmowej katechezy. Dzieła, w których wątki zaczerpnięte ze starotestamentowego kanonu stanowić będą kanwę uniwersalnych obrazów, inspirujących do duchowej refleksji na temat tego, skąd pochodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, nie oferując przy tym jednoznacznie brzmiących odpowiedzi.