Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2019%3A+%22Kler%22+po+francusku-131781

BERLINALE 2019: "Kler" po francusku

  • autor: Adam Kruk, Jakub Popielecki
  • Relacja
Berliński konkurs się rozkręca, a Jakub Popielecki i Adam Kruk recenzują dwa bardzo interesujące filmy walczące o Złotego Niedźwiedzia: francuski "Grâce à Dieu" (reż. François Ozon) i mongolski "Öndög" (reż. Quan'an Wang).

***


Bez przedawnienia ("Grâce à Dieu", reż. François Ozon)

"Rozumiem, że mogłem ich skrzywdzić, ale po co zaraz ta przemoc", mówi oskarżony o molestowanie nieletnich ksiądz, którego zaatakowali rozzłoszczeni rodzice. W odpowiedzi widownia parska, bo François Ozon reżyseruje tę kwestię dialogową tak, by zabrzmiała absurdalnie. Niczym znak odklejenia sprawcy od czynu, niczym symbol fasady milczenia, za jaką skrywa się duchowny. Widzowie dobrze rozumieją złość rodzącą się w odpowiedzi na zbrodnie Kościoła. Stąd ten ich bezradny śmiech, kiedy słyszą bagatelizującego sprawę przedstawiciela kleru. Ozon też ową złość rozumie – ale nie daje się jej porwać. Dlatego jego ksiądz nie jest zacierającym łapki czarnym charakterem: to tyleż sprawca zła, co produkt instytucjonalnej machiny. A "Grâce à Dieu" to rzadki film z gatunku "na ważny temat", który – choć inspiruje się faktami – nie ulega publicystycznemu zapałowi. Zamiast słusznego gniewu mamy tu równie słuszną wyważoną refleksję.

gracc82ce-acc80-dieu-1.jpg

Ciekawie jest postawić koło siebie trzy filmy poruszające problem kościelnej pedofilii: "Spotlight", "Kler" i "Grâce à Dieu" właśnie. Filmy różniące się zarówno przyjętą perspektywą, jak i tonacją. Amerykanin Tom McCarthy pokazał sprawę z zewnątrz, przez pryzmat dziennikarskiego dochodzenia i pochwalnej narracji o obywatelskiej potędze prasy. Polak Smarzowski spojrzał "ze środka", pochylił się nad trybikami systemu – uwięzionymi w murach instytucji księżmi. Francuz Ozon postawił z kolei na punkt widzenia ofiar. Jego bohaterowie konfrontują się po latach z przemocą, której doznali, rewidują ten bagaż i rozważają kolejny krok. "Spotlight" był opowieścią o śledztwie, reporterskim kryminałem. "Kler" – tragifarsą i moralitetem. Jeśli szukać tropów gatunkowych w "Grâce à Dieu", to filmowi Ozona byłoby tymczasem najbliżej do powieści epistolarnej.

Dobrą ćwiartkę filmu zajmuje przecież podana z offu mailowa korespondencja bohaterów. Postacie czytają zza kadru swoje kolejne listy, a kamera rejestruje ich banalną codzienność. Słowa zawisają w powietrzu nad krzątającymi się na ekranie ludźmi niczym – nie przymierzając – modlitwa. To sprytny zabieg narracyjny: kolejni bohaterowie przedstawiają nam się sami, zgodnie z epistolarnym savoir-vivre'em. Ale w rękach Ozona to nie tylko reżyserski fortel. Interesuje go sama forma pisemnej dyskusji. Kiedy Alexandre (Melvil Poupaud) listownie prosi kardynała o zainteresowanie się sprawą księdza-pedofila, słychać tu zarazem kulturalną rozmowę, jak i kulturalną zabawę w berka. 


Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.

***


Dinozaury ("Öndög", reż. Wang Quan'an)

Ciemną nocą samochód przemierza step. Słyszymy wyimki rozmów, widzimy tylko tyle, ile widzą pasażerowie – oświetlony krótkimi światłami najbliższy horyzont. Nagle w świetle reflektorów ukazują się nagie kobiece zwłoki. Nie wiemy, jak się tam znalazły, widzimy tylko, że pośród monotonnego, pokrytego trawami krajobrazu, wyglądają tyleż przerażajaco, ileż surrealistycznie. Tego rodzaju obiektów wyjętych jakby z innego porządku będzie w filmie więcej. Ukazane są zawsze w zaskakujących, pięknie skomponowanych kadrach, odkrywających paradoksy życia na mongolskim stepie.

maxresdefault.jpg

Do pilnowania miejsca zbrodni na pustkowiu starszyzna policyjna wyznacza najmłodszego oficera, który nie ma żony, dzieci, co stawia go najniżej w tutejszej hierarchii. Chłopaka, który zostaje sam ze zwłokami, obserwujemy w serii absurdalnych kadrów: a to wiatr zrywa płachtę z ciała, a to młody policjant, w rytm puszczanego z komórki heavy metalu, tańczy, by nie zamarznąć. Step jest bowiem śmiertelnie niebezpieczny nie tylko ze względu na szwendające się po nim wygłodniałe wilki, ale i warunki atmosferyczne, szczególnie dotkliwe nocą. W ich przetrwaniu pomaga mu jedyny w promieniu 100 kilometrów mieszkaniec: kobieta samotnie hodująca owce. Z paczką papierosów i butelką gorzały przybywa na dwugarbnym wielbłądzie dotrzymać strażnikowi towarzystwa. Co wydarzyć może się między tym dwojgiem nocą przy ognisku? Na zagadkę kryminalną i film surwiwalowy zaczyna nakładać się romans.

To jednak tylko kolejna zmyłka, bo ambicje tego dziwacznego, pełnego paradoksalnego uroku filmu sięgają wyżej. Całość skąpana jest w poetyce slow cinema, zastępującego nieustanne dzianie się powolną kontemplacją obrazów, ale częste w tego rodzaju filmach natchnienie i egzaltacje przyprawiane zostają sporą porcją humoru. Także dzięki temu piętrowa konstrukcja formalna daje jednocześnie bardzo prosty i niewymuszony efekt, właściwy twórczości Wang Quan'ana. Reżyser, a także scenarzysta i producent pokazywanego podczas 69. Berlinale "Öndöga" dał już wcześniej dowody swemu wyczuciu i talentowi choćby w nagrodzonym w Berlinie w 2006 roku Złotym Niedźwiedziem "Małżeństwie Tui" czy Srebrnym cztery lata później "Razem i osobno".


Całą recenzję Adama Kruka przeczytacie TUTAJ.

zobacz też: