Artykuł

Czytelnia FILMu: Czy "Avatar" pobije "Titanica"?

FILM /
https://www.filmweb.pl/article/Czytelnia+FILMu%3A+Czy+%22Avatar%22+pobije+%22Titanica%22-56701
Pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia do polskich kin trafi oczekiwana przez miliony fanów superprodukcja Jamesa Camerona "Avatar". O tym, czy kosztujący pół miliarda dolarów film ma szansę stać się megahitem, pisze Elżbieta Ciapara w grudniowym numerze miesięcznika "Film". Tekst możecie znaleźć w czytelni magazynu na Filmwebie.



500  MILIONÓW  DOLARÓW  ZA  SUKCES  ALBO  KLAPĘ

"Avatar"
to pierwszy od czasu "Titanica" film Jamesa Camerona. Czy powtórzy jego sukces? Czy reżyser, u którego słowa "nie", "to niemożliwe" i "tego nie da się zrobić" wywołują erekcję, całkowicie odmieni kino czy zginie przygnieciony własnym gigantycznym ego?

"Avatar" Jamesa Camerona jest jednym z najdroższych filmów w dziejach kina  amerykańskiego. Być może nawet najdroższym. Oficjalny budżet to 250 milionów dolarów. Tyle wyłożyła wytwórnia 20th Century Fox. Ale specjaliści szacują, że w rzeczywistości "Avatar" kosztował dwa razy więcej, a więc pół miliarda dolarów! Tyle jeszcze w Hollywood nikt na jeden film nie wydał. Większy gest mieli tylko Rosjanie, kręcąc "Wojnę i pokój". W latach 60. wydali na superprodukcję Siergieja Bondarczuka 100 milionów dolarów. Przeliczając na dzisiejsze warunki film kosztował ich aż 700 milionów dolarów. Bondarczuk nie musiał jednak przejmować się box office’em. Dla Camerona jest on bardzo ważny. Czy te pół miliarda zainwestowane w "Avatara" ma szansę się zwrócić?

Teoretycznie Cameron chowa w rękawie same asy. To przecież on nakręcił "Titanica", najbardziej kasowy film w dziejach kina. Wie, jak przyciągnąć publiczność. Wie, jak podkręcać zainteresowanie. O "Avatarze" zrobiło się głośno, zanim nawet zaczęły się zdjęcia. Cameron umiejętnie podsycał emocje, dawkując informacje o filmie z iście aptekarską precyzją. Kiedy wreszcie w internecie pojawił się premierowy zwiastun "Avatara", tzw. teaser, w ciągu pierwszej doby obejrzano go ponad cztery miliony razy. Był to rekord. Lepszym wynikiem mógł się dotychczas poszczycić tylko zwiastun "Star Treka" J.J. Abramsa (1,8 mln wejść). Co prawda, rekord "Avatara" został wkrótce wyrównany (przez trailer drugiej części "Zmierzchu"), ale takie zainteresowanie filmem, o którym niewiele było wiadomo, to ewenement. Wydawałoby się więc, że Cameron i księgowi z Foksa mogą spać spokojnie, ale...

"Avatar" to pierwszy film Camerona od czasu "Titanika". Czy w ciągu tej 12-letniej przerwy reżyser nie stracił swojego wyczucia, jeśli chodzi o potrzeby publiczności? Po "Titaniku" kręcił niemal wyłącznie dokumenty na temat swoich podwodnych wypraw (do wraku prawdziwego "Titanika" i wraku "Bismarcka"). Zwiastun "Avatara" wzbudził ogromne zainteresowanie, ale jego oceny były dalekie od entuzjazmu. "Tańczący z avatarami", "Smurfy w kosmosie", "Kosmiczna Pocahontas" – internauci prześcigali się w złośliwościach. Na YouTube pojawił się filmik pod znaczącym tytułem: "Adolf Hitler dowiaduje się, że zwiastun »Avatara« jest do niczego" (jego autor wykorzystał fragmenty "Upadku", by zilustrować rzekomą frustrację führera z powodu trailera).

W sieci nie brak głosów prorokujących, że "Avatar" będzie największą klapą w dziejach kina. Pojawiły się też oskarżenia o plagiat. Ktoś dostrzegł podobieństwa do powieści "Call Me Joe" Poula Andersona z 1957 roku. Ktoś inny do animacji "Delgo". Jej producent podobno rozważał nawet pozwanie Camerona do sądu, ale prawnicy nie znaleźli podstaw na poparcie oskarżenia.

Cameron nie komentował ani złośliwości, ani oskarżeń. To zresztą dla niego nic nowego. Przy pierwszym "Terminatorze" też został posądzony o nadmierną "inspirację" odcinkami popularnego serialu "Outer Limits", do których scenariusz napisał znany autor science fiction, Harlan Ellison. Sprawa została wtedy załatwiona polubownie – pisarz dostał 400 tysięcy dolarów odszkodowania. Jeśli zaś chodzi o krytykowanie jeszcze przed premierą, Cameron przeszedł gorsze piekło, kręcąc "Titanika". Wtedy jednak to on ostatecznie triumfował – "Titanic" zarobił w kinach blisko dwa miliardy dolarów i zdobył 11 Oscarów, w tym dla najlepszego filmu roku i za najlepszą reżyserię. Czy "Avatar" ma widoki na podobny sukces?

Rewolucja w kinie?

Film Camerona budzi zainteresowanie, bo zapowiadany jest jako przełom. Widowisko, jakiego w kinie jeszcze nie było. W obronie "Avatara" stanęło Hollywood. Sigourney Weaver, która w nim zagrała, jest przekonana, że film całkowicie odmieni kino. Producent Jeffrey Katzenberg uważa wręcz, że "Avatar" wywoła w kinie rewolucję. "Dzień po premierze obudzimy się w nowym świecie", twierdzi. Ktoś już nawet nazwał "Avatara" nowym "Obywatelem Kane’em" (a jak wiadomo film Orsona Wellesa z 1941 roku rzeczywiście zrewolucjonizował kino).

Na czym ma polegać jego wyjątkowość? O "Avatarze" mówi się, że to pierwsza trójwymiarowa superprodukcja z cyfrową obsadą, a więc film nakręcony techniką 3D, w większości na tle niebieskiego lub zielonego ekranu (scenografia i plenery zostały dodane potem), w którym zamiast aktorów z krwi i kości występują postacie stworzone przez komputery. Brzmi nowatorsko. W rzeczywistości jednak pod wieloma względami to produkt wtórny.

Film z cyfrową obsadą to żadna nowość. Ten wariant został już przetestowany przez Japończyków, Hironobu Sakaguchiego i Moto Sakakibarę przy "Final Fantasy" (2001). Oni też chcieli zrewolucjonizować kino i zastąpić aktorów przez wirtualne postaci. Tak się nie stało, bo ich bohaterowie wyglądali zbyt sztucznie. Oczywiście, w ciągu tych kilku lat, które dzielą "Final Fantasy" i "Avatara", animacja komputerowa mocno się rozwinęła. Przykładem choćby Gollum z "Władcy Pierścieni" czy Davy Jones z "Piratów z Karaibów". Nie rażą już tak nienaturalną mimiką czy kanciastymi, mało płynnymi ruchami. Jednak patrząc na nich, ani na chwilę nie zapominamy, że to bohaterowie cyfrowi.

A sądząc po zwiastunach "Avatara", tak samo będzie z bohaterami Camerona. "Avatar" nie jest też pierwszym filmem, który niemal w całości został nakręcony na tle niebieskiego czy zielonego ekranu. Tak powstały wcześniej "Sky Kapitan i świat jutra" (2004) Kerry’ego Conrana czy "Sin City – miasto grzechu" (2005) Roberta Rodrigueza oraz Franka Millera.

Wreszcie technika 3D. Kino eksperymentuje z nią niemal od swoich narodzin. Jako pierwszy system 3D opatentował tuż pod koniec XIX wieku Anglik William Friese-Greene. "Księga filmu Guinessa" podaje, że pierwszy płatny pokaz trójwymiarowego filmu odbył się już w 1915 roku w Nowym Jorku. Pokazano wtedy trzy jednoaktówki (m.in. o wodospadzie Niagara), a projekcja odbywała się z dwóch projektorów. Publiczność oglądała ją przez dwubarwne, czerwono-zielone okulary. Seans nie wywołał jednak entuzjazmu, bo obraz na ekranie drgał niemiłosiernie. Pierwszym trójwymiarowym filmem fabularnym był melodramat "The Power of Love" z 1922 roku. On jednak także nie pociągnął za sobą fali podobnych produkcji.

Złote czasy kina trójwymiarowego nastały dopiero na początku lat 50. ubiegłego stulecia. Po sukcesie "Bwana Devil" (1952) Archa Obolera, historii polowania na lwy zabijające ludzi, ponad 5000 kin amerykańskich przystosowano do trójwymiarowych projekcji. 3D spróbował nawet Alfred Hitchcock, kręcąc "M jak morderstwo" (1953; film początkowo był pokazywany w normalnych kinach, w wersji 3D pojawił się dopiero w latach 80.). Uznał jednak technologię za mocno przereklamowaną i niewartą zachodu. Publiczność także szybko się znudziła. Produkcja 3D zaczęła gwałtownie spadać. W 1953 roku w USA nakręcono 27 filmów trójwymiarowych, w 1954 – 16, rok później już tylko jeden.

Filmy trójwymiarowe wróciły na dobre do kin dopiero w latach 80. Jednak fabularne produkcje w rodzaju "Szczęk 3" (1983) Joego Alvesa nie przyciągały publiczności. Lepiej wiodło się dokumentom, zwłaszcza tym produkowanym dla kin IMAX. W Polsce w latach 80. atrakcją były trójwymiarowe radzieckie produkcje edukacyjne pokazywane w warszawskim kinie "Oka". Rosjanie mieli spore doświadczenie, jeśli chodzi o 3D. To oni nakręcili pierwszy pełnometrażowy barwny film trójwymiarowy – "Robinsona Crusoe" (1946) Aleksandra Andriejewskiego. Podobno największe wrażenie robił w nim ryś przechadzający się po gałęzi ponad głowami widzów.

Dziś 3D to domena kina animowanego. Największą kasę robią produkcje familijne. W tym roku "Potwory kontra obcy" zarobili prawie 400 milionów dolarów, "Odlot" o sto milionów więcej. Jeszcze lepszy wynik odnotowała "Epoka lodowcowa 3" – blisko 900 milionów dolarów. Jednak trójwymiarowe produkcje dla dorosłych (a taką jest bez wątpienia "Avatar") radzą sobie już gorzej. Wyprodukowany za 150 milionów dolarów "Beowulf" (2007) Roberta Zemeckisa z cyfrową Angeliną Jolie w USA zarobił tylko nieco ponad 80 milionów dolarów, a poza granicami Stanów 114 milionów. Nie bez znaczenia jest także fakt, że większość wpływów te trójwymiarowe produkcje zebrały na normalnych seansach (wszystkie pokazywane były w dwóch wersjach). Najbardziej kasowym filmem trójwymiarowym dla dorosłych pozostaje... soft porno "The Stewardesses" Ala Sillimana Jr. (1969). Nakręcony za 100 tysięcy dolarów, tylko w USA zarobił blisko 30 milionów.

Ego większe od Titanica

"Avatar" także ma być pokazywany w zwyczajnych kinach. Głównym jednak celem Camerona są, oczywiście, trójwymiarowe projekcje. Bo właśnie w technice 3D widzi przyszłość kina. Zresztą nie tylko kina. Cameron jest przekonany, że już wkrótce trójwymiarowe filmy będziemy oglądać także na ekranach telewizorów, trójwymiarowy obraz będą pokazywały monitory komputerów i ekrany w telefonach komórkowych. Dlatego oznajmił, że już nigdy nie nakręci "zwyczajnego" filmu. Uważa, że nawet kameralny dramat obyczajowy powinien być produkcją trójwymiarową. Zapowiada, że sam nakręci taki film – tylko po to, by udowodnić, że ma rację. Bardzo chciałby zapoczątkować erę 3D w kinie.

Cameronowi odpowiada bowiem funkcja pioniera. Pasuje do jego ego, o którym w Hollywood mówi się, że jest większe od statku "Titanic". Cameron lubi przecierać szlaki, lubi być pierwszym. To w końcu on, kręcąc "Terminatora" (1984), wprowadził science fiction klasy B na kinowe salony. On wylansował jednego z najbardziej charyzmatycznych czarnych charakterów i pośrednio załatwił Arnoldowi Schwarzeneggerowi fotel gubernatora Kalifornii. Drugą częścią "Terminatora" (1991) zapoczątkował z kolei erę komputerowych efektów specjalnych. Jego "Obcy – decydujące starcie" (1986) był jednym z pierwszych filmów, w których kobieta okazywała się lepszym i twardszym od mężczyzn bohaterem kina akcji.

Wreszcie "Titanic". Dla jednych szczyt kiczu, dla innych perfekcyjne połączenie banalnego wyciskacza łez z olśniewającą stroną wizualną. Próbowali go w tym naśladować Michael Bay z "Pearl Harbor" czy ostatnio Baz Luhrmann z "Australią". Jednak żadnemu z nich nie udało się powtórzyć sukcesu Camerona. Teraz on sam próbuje przebić sukces "Titanika". "Avatar" to także historia miłosna plus efekty specjalne. Kino Camerona zawsze bazuje na mocnym obrazie. Ale dla reżysera sama fabuła jest równie ważna. Cameron nie jest scenarzystą wybitnym. W jego tekstach roi się od zdań w rodzaju: "Serce kobiety jest pełne tajemnic", ale jego bohaterowie nie są nieznośnie jednowymiarowi, a opowiadana historia ma mocno zaakcentowane przesłanie. "»Avatar« pokazuje, jak rozwinięta pod względem technologii cywilizacja, taka jak nasza, traktuje lokalne kultury – mówił Cameron w rozmowie z "Entertainment Weekly" – My je po prostu wypieramy. Jeśli nie w sposób czynny, poprzez ludobójstwo, to w sposób bierny. Bo co robimy z ich naturalnym środowiskiem? Wydobywamy surowce i budujemy centra handlowe".

Akcja "Avatara" rozgrywa się na planecie Pandora za 125 lat. W większości pokryta przez lasy tropikalne, planeta kryje w sobie surowce naturalne, których brakuje na Ziemi. Ludzie zamierzają je więc wydobywać, a mieszkańcy Pandory – humoidalna rasa Na’vi – próbują bronić swój świat przed zagładą. Uzbrojeni jedynie w łuki i dzidy, wydają się nie mieć większych szans w starciu z nowoczesnym uzbrojeniem kolonizatorów. Na świat Na’vi widz patrzy oczami Jake’a Sully (Sam Worthington, a właściwie jego cyfrowe wcielenie), sparaliżowanego od pasa w dół byłego komandosa. Jake dołącza do programu Avatar i zostaje wysłany na Pandorę. Tamtejsze powietrze jest zabójcze dla ludzi. Aby móc swobodnie poruszać się po planecie, każdy człowiek zyskuje avatara – genetyczną hybrydę, która wygląda jak Na’vi, a powstaje z połączenia ludzkiego DNA i DNA obcych. Avatar Jake’a zostaje wysłany w głąb dżungli, gdzie poznaje styl życia tubylców i zakochuje się w księżniczce imieniem Neytiri. Wkrótce też będzie musiał wybierać pomiędzy swoim dawnym życiem a nowymi przyjaciółmi. Nie bez kozery internauci nazwali film Camerona "Tańczący z avatarami". Skojarzenia z widowiskiem Costnera nasuwają się automatycznie. Brakuje tylko zaprzyjaźnionego wilka i polowania na bizony.

200 kamer

Cameron chciał nakręcić "Avatara" już w połowie lat 90., jeszcze przed "Titanikiem". W 1995 roku napisał scenariusz o przygodach pewnego komandosa, który zostaje górnikiem na odległej planecie i zaprzyjaźnia się z obcym. W tle miała się toczyć międzyplanetarna wojna. Inspiracją była "każda książka science fiction, jaką przeczytałem". Najbardziej zależało Cameronowi na uchwyceniu klimatu powieści Edgara Rice’a Burroughsa z serii "John Carter of Mars". Jednak mocno przesadził, pisząc 200-stronicowy scenariusz. Sam dziś przyznaje, że upchnął w nim zbyt wiele wątków i zbyt wielu bohaterów. Porzucił więc "Avatara" na rzecz "Titanika". Do pomysłu powrócił pod koniec lat 90. Jednak technika komputerowa pozostawała wciąż w tyle za wyobraźnią Camerona. "Nie damy rady tego zrobić. Polegniemy", usłyszał od swoich współpracowników. A że miał dosyć bezczynnego czekania, postanowił pomóc technice. I właśnie nowe technologie, które Cameron wykorzystał przy "Avatarze", mogą naprawdę odmienić oblicze kina.

Cameron stworzył bowiem nową kamerę do zdjęć trójwymiarowych. Dotychczasowy sprzęt miał rozmiary pralki i odpowiednio ważył. Cyfrowa kamera Camerona jest lekka i poręczna. Można trzymać ją na ramieniu. Daje też reżyserowi nowe możliwości – kręcąc scenę z aktorami na tle zielonego ekranu, Cameron miał od razu podgląd na ich cyfrowe wcielenia i wirtualną scenerię. Tego jeszcze w kinie nie było. Dotychczas bowiem reżyser widział scenę w pełnym kształcie dopiero po obrobieniu jej przez komputery, które dodawały scenerię i efekty specjalne. Wtedy już zazwyczaj nie było szans na dokonanie tzw. dokrętek i wprowadzenie poprawek. Tymczasem Cameron miał możliwość dokonywania zmian na bieżąco. Mało tego. Mógł te ujęcia zmieniać (np. ustawiać obraz pod innym kątem) bez konieczności ponownego wzywania aktorów na plan.

Zdjęcia w dużej części kręcono w Kalifornii w starym hangarze, w którym przed laty ekscentryczny milioner Howard Hughes zbudował swój drewniany samolot. Ekipa Camerona zainstalowała tam blisko 200 kamer, a plan zdjęciowy był sześć razy większy od normalnego. Efekty specjalne i plenery to już dzieło komputerowych specjalistów z nowozelandzkiego studia WETA, którego współwłaścicielem jest Peter Jackson.

Cameron udoskonalił także cyfrowych bohaterów. Miał prawdziwą obsesję na punkcie ich mimiki. "Aktorzy grają nie ruch, ale emocje", to jego credo. W "Avatarze" obsada nosiła specjalne opaski z mikroskopijnymi kamerami, tak ustawionymi, by filmować z bliska ich twarze. W ten sposób Cameron miał pewność, że zarejestrowany zostanie każdy, nawet najmniejszy, ruch oczu czy mięśni twarzy, każda najdrobniejsza zmiana ekspresji. Obraz z kamer natychmiast był przerabiany na cyfrowy. Cameron wiedział od razu, jak dana scena wyglądać będzie w gotowym filmie.

Niebieska Sarah Connor

Spośród bohaterów "Avatara" najważniejsi dla Camerona byli Na’vi. Są wysocy na trzy metry i pokryci niebieską, błyszczącą skórą. Ze swoimi długimi ogonami, spiczastymi uszami i ogromnymi oczami, mają w sobie coś z kotów. Od początku wiadomo było, że muszą być postaciami cyfrowymi. Gdyby spróbować tak ucharakteryzować aktorów, publiczność pokładałaby się ze śmiechu. A Cameron swoich bohaterów traktował ze śmiertelną powagą. Wymyślił nawet język Na’vi. Pomógł mu w tym lingwista z Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Obcy mówią mieszanką języka Maorysów, języków polinezyjskich oraz kilku dialektów afrykańskich. Ubiegający się o role aktorzy byli testowani także pod kątem umiejętności posługiwania się językiem Na’vi. Jeżeli nie brzmieli wiarygodnie, roli nie dostawali. Szczególnie dużo uwagi Cameron poświęcił Neytiri. Chciał, żeby była skończoną pięknością. "Musi wyglądać tak, żeby publiczność chciała ją przelecieć", zarządził. Jednocześnie miała być muskularna i sprawiać wrażenie twardej – czyli kolejna Sarah Connor z "Terminatora". Cameron taki typ kobiet lubi najbardziej. Także w życiu prywatnym. Wytwórnia nie była zachwycona wszystkimi pomysłami Camerona. Nie podobało się jej na przykład, że Na’vi mają ogony. Próbowała zmusić Camerona, by z nich zrezygnował. Ale on pozostał niewzruszony. Uznał, że Na’vi mogą jak koty ogonami sygnalizować swoje emocje. Opracował nawet ogonowy słownik. Kolejna potyczka dotyczyła uszu Na’vi. Wytwórnia martwiła się, czy nie są chwilami zbyt czerwone? Odpowiedź Camerona była krótka: "Skoro kręcę film o trzymetrowych, niebieskich istotach, mogę robić, co chcę".

Bo Cameron zawsze robi, co chce. Nawet jeżeli nie kręci filmu o niebieskich kosmitach. "The New Yorker" napisał, że wszyscy reżyserzy cierpią na syndrom Boga, ale Cameron traktuje go wyjątkowo poważnie. Próbował nawet podważyć fundamenty chrześcijaństwa, kręcąc dokument o rzekomym grobie Jezusa z Nazaretu. Cameron jest zbyt egocentryczny nawet jak na hollywoodzkie standardy. W Kalifornii do dziś nie mogą mu wybaczyć, że odbierając Oscara za "Titanica", krzyknął: "Jestem królem świata!".

Lubi pracować z mało znanymi aktorami. Złośliwi twierdzą, że wybiera ich, bo może im mniej płacić niż gwiazdom. Ale robi to chyba raczej dlatego, że może wymagać od nich absolutnego posłuszeństwa. A Cameron nie lubi, kiedy ktoś mu się przeciwstawia. Nazywają go dyktatorem i tyranem. Potrafił nawrzeszczeć nawet na Arnolda Schwarzeneggera. Od ekipy i aktorów żąda całkowitego oddania dla filmu – 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

"Słowo »nie« oraz zdania »To niemożliwe« i »Tego nie da się zrobić« wywołują u niego erekcję", twierdzi Bill Paxton, który jest przyjacielem Camerona i wystąpił w jego pięciu filmach. Mary Elizabeth Mastrantonio uciekła kiedyś z planu "Otchłani", krzycząc, że nie jest zwierzęciem – Cameron zabronił jej wychodzić do toalety i zasugerował, żeby swoje fizjologiczne potrzeby załatwiała, nie zdejmując kombinezonu. Kate Winslet skarżyła się, że na planie "Titanika" omal nie dostała zapalenia płuc, bo Cameron godzinami przetrzymywał ją i Leonarda DiCaprio w zimnej wodzie.

Samouk wizjoner

Ale Cameron równie wysokie wymagania stawia samemu sobie. Na planie najchętniej wszystko robiłby sam. I często rzeczywiście robi – ustawia światła, poprawia aktorom charakteryzację, przesuwa rekwizyty, chwyta za kamerę. Nie toleruje tych, którzy nie potrafią dotrzymać mu kroku, a gębę ma niewyparzoną. Zna się na wszystkim, co jest związane z powstawaniem filmu. Przyznają to nawet jego wrogowie, których mu nie brakuje. A wszystkiego nauczył się sam. Kiedy na przykład kręcił swój pierwszy film, zaczął od rozebrania na części kamery, by dowiedzieć się, jak działa. Pasję do filmowej kuchni zaszczepiła w nim "2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka. Obejrzał ją jako 14-latek i postanowił zgłębić tajniki efektów specjalnych. Wcześniej pasjonował się fizyką, literaturą science fiction i biologią. Jego idolem był Jacques-Yves Cousteau. Cameron nauczył się nawet nurkować, choć pierwsze 17 lat życia spędził z dala od oceanu, w kanadyjskiej miejscowości Niagara Falls.

Kiedy trafił do Kalifornii, postanowił związać się z kinem. "Powiedziałem sobie: »Weź kamerę i nakręć cokolwiek. Nie czekaj, aż ktoś ci to zaproponuje, bo nikt tego nie zrobi«". Miał szczęście, bo w 1978 roku poznał dwóch podobnych filmowych zapaleńców: Williama Wishera i Randalla Frakesa (przyjaźni się z nimi do dziś, razem pisali scenariusz "Terminatora"). Oni z kolei znali grupę dentystów, którzy chcieli zainwestować 20 tysięcy dolarów w film – najlepiej w nowe "Gwiezdne wojny". Cameron dostał tę kasę. Zamiast "Gwiezdnych wojen" nakręcił krótkometrażowe "Xenogenesis" z Wisherem walczącym z uzbrojonym robotem (taka wprawka przed "Terminatorem").

Film spodobał się Rogerowi Cormanowi, legendarnemu producentowi i reżyserowi, specjalizującemu się w tanich horrorach i science fiction. Jego wytwórnia była kuźnią talentów. Pierwsze kroki stawiali w niej m.in. Francis Ford Coppola, Martin Scorsese i Jack Nicholson. Cameron został zatrudniony jako scenograf, a terminowanie u Cormana zaowocowało propozycją wyreżyserowania horroru "Pirania 2". Co prawda, debiut się nie udał, bo włoskiemu producentowi nie spodobało się, co Cameron nakręcił i sam skończył "Piranię". Cameron ze stresu i przemęczenia dostał wysokiej gorączki. W malignie zobaczył szkielet cyborga-mordercy. Dalszy ciąg tej hollywoodzkiej legendy znają już wszyscy. Dzięki "Terminatorowi" z nikomu nieznanego debiutanta Cameron stał się rozchwytywanym reżyserem, który mógł dyktować warunki.

W zainteresowaniu, które towarzyszy "Avatarowi", poza czystą ciekawością, jest coś złośliwego – oczekiwanie, że Cameron poniesie klęskę, że tym razem wreszcie mu się nie uda. Już tyle razy przepowiadano mu klapę. Przepowiednia sprawdziła się jednak tylko raz – przy "Otchłani". W pozostałych przypadkach do Camerona należał końcowy triumf. Często grał vabank, stawiał wszystko na jedną kartę. Kiedy potrzebował dodatkowych 35 milionów dolarów na "Prawdziwe kłamstwa", zrezygnował z udziału w przyszłych zyskach. Podobnie postąpił, kręcąc "Titanika". Kiedy wytwórnia, przerażona rosnącymi lawinowo kosztami, chciała przerwać zdjęcia, Cameron zrzekł się swojego honorarium (które zresztą jednak w końcu dostał).

Ale tym razem gra idzie o wyjątkowo wysoką stawkę. Sam Cameron zapowiada, że "Avatar" będzie filmem wyjątkowym. "Zobaczycie rzeczy, o jakich wam się nie śniło", powiedział w jednym z wywiadów. Problem w tym, że – jak sam przyznaje – "Avatar" najlepiej wypada w wersji trójwymiarowej. Tymczasem publiczność za takimi filmami nie przepada (głównie z powodu niewygodnych okularów i droższych biletów), a i kin, które trójwymiarowe filmy mogą wyświetlać, wciąż jest niewiele. Czy więc "Avatar" nie stanie się największą klapą w dziejach kina? Tak czy siak, przejdzie do historii.


Elżbieta Ciapara
Udostępnij: