Relacja

Filmweb na Era Nowe Horyzonty: Dzień 5

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Filmweb+na+Era+Nowe+Horyzonty%3A+Dzie%C5%84+5-63294
ZŁY PORUCZNIK

Pogoda nie dopisała, na szczęście nie było powodów, by w ten pochmurny dzień uciekać z kina. Zabawny "Mój pies Tulip", intensywni "Czarni", świetne "Putty Hill", a na deser rewelacyjny "Zły porucznik". I kto twierdził, że nie lubi poniedziałków?

Widzę swoją przyszłość. Są w niej prażone migdały, wcześniejsze powroty do hostelu i – niech ktoś mnie trzyma! – kolejne projekcje konkursu głównego. Wprawdzie za wcześnie na podsumowania, jednak tegoroczna sekcja Nowych Horyzontów prezentuje jak dotąd naprawdę wysoki, wyważony poziom. "Putty Hill" Matta Porterfielda częściowo potwierdza jej nadwątloną ostatnimi czasy renomę.  

Baltimore, moje ulubione miasto, którego nigdy nie odwiedzę, jest u Porterfielda równie inspirujące, co w kultowym serialu "The Wire". I podobnie jak w telewizyjnej produkcji, okazuje się jednym z głównych bohaterów opowieści. Stylizując film na dokument i wykorzystując w tym celu konwencję "gadających głów", reżyser opowiada o samobójstwie nastolatka Cory'ego.  Bezimienny narrator odwiedza jego rodzinę i przyjaciół, oczekujących na pogrzeb. Podgląda ich przy codziennych czynnościach, podpytuje o relacje ze zmarłym. Bezinwazyjnie wkracza w kruchy świat wypełniony żalem i smutkiem. Nie szuka mentalnych ekshibicjonistów, nie interesuje go wyciskanie łez, emocjonalne szantażowanie widza. Kolekcjonuje skrawki emocji, nastroje, gesty. Obraz Porterfielda przypomina nieco kino Gusa Van Santa, lecz wolny jest od charakterystycznego dla twórcy "Słonia" formalizmu. Zawieszony w przestrzeni między fabułą a dokumentem, częściowo improwizowany, pozostaje najlepszą (stan na 26 lipca) wizytówką amerykańskiego offu na wrocławskim festiwalu (to dobry prognostyk przed październikowym startem American Film Festival).

Z przedmieść Baltimore trafiłem prosto na ogarnięte wojną Bałkany. Oddział "Czarnych" przeczesuje lasy w poszukiwaniu ciał trzech kolegów, którzy ponieśli śmierć na polu minowym. Co sprawia, że w pewnym momencie mężczyźni zwracają lufy karabinów przeciw sobie? Retrospektywna fabuła odkrywa przed nami przyczyny dramatycznych wydarzeń. Prywatna wojna bohaterów zamyka się w czterech ścianach dusznej bazy wojskowej. Uwięzieni w klaustrofobicznej przestrzeni żołdacy ścierają się z własnymi demonami, w oczekiwaniu na akcję balansują na krawędzi poczytalności. I choć twórcy, chorwacki duet Goran Dević-Zvonimir Jurić, "pozwolili wybrzmieć ciszy i pustce" (niezastąpiony katalog), napięcie cały czas rośnie. Kulminacja jest mocna, wymowna. Odławia dla historii kina kolejny absurd wielkiej wojny. 



Tradycyjnym popołudniowym "rozrywaczem" okazała się animacja "Mój pies Tulip" Sandry i Paula Fierlingerów. Adaptacja powieści J.R. Ackerleya opiera się na prostym koncepcie. Opowiadając o ludzko-psiej przyjaźni, twórcy nie podążają tropem mainstreamowych produkcji i powstrzymują się od nachalnej antropomorfizacji czworonoga. Starszy mężczyzna mówiący głosem Christophera Plummera traktuje więc tytułową suczkę jak przyjaciółkę, maskotkę, żonę. Ta zaś pozostaje najzwyklejszym w świecie zwierzakiem. Ograniczona pojemność takiej konwencji zapewnia niezłą, półgodzinną zabawę. Przez kolejne pięćdziesiąt minut psiak pożera już własny, nomen omen, ogon.



W poniedziałkowy wieczór bank rozbił Werner Herzog. Po rozczarowującym "Synu, synu, cóżeś ty uczynił?" odpalił na ekranie potężną petardę. Jego "Zły porucznik", luźno nawiązujący do pretensjonalnej chały z 1992 roku, to jak dotąd najlepszy film festiwalu w kategorii open.  

Tytuł nie kłamie, porucznik naprawdę jest zły. Ćpa na potęgę, bierze i pierze kasę, a w wolnych chwilach ślęczy nad sprawą brutalnego mordu. Ze zbolałym krzyżem i pokracznym chodem przypomina Nosferatu albo upalonego fajkowym zielem goblina, który zagubił się w innej rzeczywistości. Wpisany w reagujący na jego poczynania (sprowadzające się głównie do zażywania narkotyków) ekspresjonistyczny świat, gliniarz przypomina nieszczęśników, którym Herzog zafundował przechadzkę nad otchłanią szaleństwa. Nicolas Cage przechodzi na ekranie sam siebie – to jedna z jego najlepszych ról od lat. Zaglądając w głąb przeoranego ciężkimi dragami umysłu, kamera wyczynia prawdziwe cuda, z kolei ujęcia z perspektywy aligatora bądź wyluzowanego legwana to formalne wisienki na torcie. Wraz z ostatnim kadrem niemiecki autor dopisuje kolejny rozdział swojej prywatnej "historii obłędu". Wieść gminna niesie, iż słysząc o planach dotyczących przeróbki "Złego porucznika", Abel Ferrara, reżyser oryginału, zapłonął świętym gniewem i wysłał twórców do piekła. I wiecie co? Oni naprawdę świetnie się tam bawili.   

Jutro dwie kolejne propozycje konkursowe – "Mama" Nikołaja i Jeleny Renardów oraz "Wydalony" Adama Sikory – a także eseistyczna "Treść" Christophera Petita. Zabawa na sto dwa?

Pobierz aplikację Filmwebu!

Odkryj świat filmu w zasięgu Twojej ręki! Oglądaj, oceniaj i dziel się swoimi ulubionymi produkcjami z przyjaciółmi.
phones