Relacja

TORONTO 2011: Niebezpiecznie dużo hitów

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/TORONTO+2011%3A+Niebezpiecznie+du%C5%BCo+hit%C3%B3w-77643
Nie ma to jak trzy filmy z rzędu na świeżutkim jetlagu – i na dodatek co jeden, to lepszy (mimo że powieki cięższe z seansu na seans). Program tegorocznego festiwalu w Toronto jest tak przeładowany hitami (nowy Coppola, Solondz, Davies, Cronenberg…), że człowiek najpierw dostaje oczopląsu, a dopiero potem orientuje się we własnych, dotąd zaledwie przeczuwanych, priorytetach i sympatiach.

Do tej pory najbardziej oczekiwanym tytułem była "Niebezpieczna metoda" Davida Cronenberga, kanadyjskiego majstra od straszenia ciałem i jego (auto)destrukcją. Trzeci już film nakręcony przez reżysera z Viggo Mortensenem mógłby równie dobrze nazywać się "Historia seksu", jako że obrazuje ni mniej, ni więcej, tylko same narodziny psychoanalizy. Faktyczny tytuł, zaczerpnięty częściowo z biograficznej książki Johna Kerra "A Most Dangerous Method", służy równie dobrze za opis metody samego Cronenberga, co – sportretowanych w filmie Carla Gustava Junga i Zygmunta Freuda. Opowiadając o burzliwym (choć intelektualnie produktywnym) romansie Junga z pacjentką i późniejszą psychoanalityczką Sabiną Spielrein, kanadyjski reżyser postawił na gwałtowne zderzenie bardzo różnych osobowości aktorskich.

O ile Michael Fassbender (jako Jung) w całym filmie wygląda, jakby ktoś go wyprasował i nakrochmalił, o tyle Keira Knightley w roli Sabiny dopuszcza się kampowej niemal szarży. W początkowych partiach, kiedy jeszcze gnębią ją histeryczne ataki, dolna szczęka aktorki zdaje się żyć własnym życiem: wypychana w przód na pół metra, drżąca i kłapiąca bez opamiętania, stanowi zaledwie jeden z pięćdziesięciu tików nerwowych, odgrywanych jednocześnie. Efekt jest prawie karykaturalny, ale wydaje się całkowicie zamierzony i kontrolowany przez Cronenberga, którego ekranowym przedstawicielem jest w "Niebezpiecznej metodzie" sam Freud, czyli ojcowski i ironiczny Mortensen, z nieodłącznym (fallicznym?) cygarem w ustach.

Przedmiotem sporu między badaczami w filmie staje się definicja psychoanalizy i granice jej kompetencji: Freud pragnie, by była czysto deskryptywnym narzędziem badania seksualności, podczas gdy Jungowi marzy się, aby stała się czymś w rodzaju nowej ewangelii, umożliwiającej pozytywną zmianę w życiu pacjenta. Film jest celowo przegadany (sceniczny pierwowzór Christophera Hamptona nosił tytuł "Kuracja słowna"), obsesyjnie schludny i perwersyjnie skromny w ukazywaniu seksu (Jung w momencie orgazmu ma na sobie koszulę i spodnie). Nawet znak rozpoznawczy Cronenberga, czyli drastyczne obrazy kaleczonego ciała, pojawia się tu tylko w postaci niewielkiego zadrapania na policzku Junga (oczywiście, jeśli nie liczymy konwulsji Knightley).

Innym – i o wiele bardziej spełnionym – filmem o rywalizacji dwóch naukowców jest świetny izraelski "Przypis" ("Footnote") Josepha Cedara, nagrodzony w Cannes za scenariusz. Historia po cichu konkurujących na polu analizy Talmudu badaczy – ojca i syna – zaczyna się jak pomysłowa formalnie komedia w stylu "Wyborów" Alexandra Payne'a, a kończy jako głęboka przypowieść o naturze prawdy. Ojciec jest filologiem-pustelnikiem, zaszytym w bibliotece i produkującym kolejne nudne elaboraty, zgodne z rygorami akademickich badań. Jego syn to zgarniający wszystkie możliwe nagrody intelektualny gwiazdor – budzący zarazem pogardę i zazdrość ojca. Kiedy po wielu latach wysyłania zgłoszeń do nagrody państwowej ojciec wreszcie ją otrzymuje, jego akademickie wysiłki wydają się pomszczone. Do czasu…

Film Cedara oparty jest na wielokrotnym (podanym z zegarmistrzowską precyzją) zaskoczeniu, dlatego nie wypada zdradzać zbyt wiele szczegółów fabuły. Dość powiedzieć, że na przestrzeni dwóch godzin udaje się twórcom zarysować fundamentalny rozziew moralny między dwoma mężczyznami, dla których więzy krwi są bardziej źródłem udręki, niż siły. Długie sceny dialogowe, w których święte oburzenie przeradza się w dotkliwe inwektywy, a wieloletni resentyment doprowadza do krzywdzącej najbliższych erupcji, są napisane i zagrane tak popisowo, że "Przypis" zbliża się do prawdziwej wielkości.

Podobnie jest z zaskakującą "Eleną" Andrieja Zwiagincewa, czyli festiwalowego niby-Tarkowskiego, na którego kino miałem do tej pory lekką, zaleczaną poczuciem obowiązku, alergię. Jego nowy film to jednak inna bajka: zamiast wielotonowych religijnych symboli, dostajemy wyrazisty portret rozdartej klasowymi podziałami współczesnej Rosji. Tytułowa bohaterka stara się przekonać swego bogatego, późno poślubionego męża, by ten wsparł finansowo jej wnuka z poprzedniego małżeństwa – mimo że chłopak chowa się w gnieździe nierobów i nic nie wskazuje, by miał kiedykolwiek odwdzięczyć się za pomoc.


Materiał, który w rękach Kena Loacha zmieniłby się w jaskrawą klasową karykaturę, łaskoczącą nas tam, gdzie najbardziej nie lubimy, w rękach ekscentrycznego reżysera, jakim jest Zwiagincew, zmienia się w próbę odklejenia opowiadanej historii od przynależnej jej stereotypów. W całej "Elenie" powtarzają się sceny, w których kamera na chwilę porzuca danego bohatera, by śledzić jakiś pozornie nieznaczący szczegół (w finale tendencja ta objawia się pełną gębą, kiedy kamera dosłownie wybiega z mieszkania w połowie sceny, by śledzić niespodziewaną bójkę grupy wyrostków). Największą zaletą filmu jest stopniowe podważanie naszych wyobrażeń o postaciach – trochę na modłę Asghara Farhadiego, z tą jednak różnicą, że Zwiagincew sugeruje pod koniec, że bardziej od samych bohaterów interesuje go obojętny świat materialny wokół nich.