Relacja

TORONTO 2011: Loktev na szlaku, Holland w ciemności

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/TORONTO+2011%3A+Loktev+na+szlaku%2C+Holland+w+ciemno%C5%9Bci-77732
Grzeczni krytycy filmowi po śmierci trafiają na wieczny festiwal w Toronto. Miasto piękne i przyjazne, pogoda cudna, filmów w bród, a zadęcia – jak na lekarstwo. Kolejne dni mijają pod znakiem kina, tak że nawet sny zmieniają się w szósty, dodatkowy seans, z którego chce się napisać recenzję tuż po przebudzeniu.

Najlepszym filmem, jaki udało mi się zobaczyć tu do tej pory, jest "Najsamotniejsza z planet" ("The Loneliest Planet") Julii Loktev, którą widzowie Nowych Horyzontów pamiętają zapewne z prowokacyjnego "Dzień noc dzień noc". Para turystów – łagodny Gael García Bernal i Hani Furstenberg z burzą rdzawych włosów – włóczy się po gruzińskich pasmach Kaukazu w towarzystwie lokalnego przewodnika, traktując krajobraz i siebie nawzajem jako źródło niewinnej zmysłowej rozkoszy. Loktev roztapia narrację w serii luźnych obserwacji i na poły improwizowanych miniatur, doprowadzając film do stanu totalnego rozrzedzenia – po czym nagle, w ułamku sekundy, chlusta nam w twarz przemocą i ścina całość niczym rzucone na patelnię jajko. Następnych czterdzieści minut to powolne uspokojenie po niemożliwym do zapomnienia interludium, wywracającym dotychczasowe wyobrażenia bohaterów – a przy okazji doświadczenie samego widza. Brzmi jak "Wybawienie" Boormana…? Nic bardziej mylnego. Loktev ucieka od wszelkich metod budowania suspensu: centralny akt agresji jest totalnie oderwany od wszystkiego, co wcześniej i wszystkiego, co potem. Prawdziwym tematem filmu jest egzystencjalna wyrwa i cienka granica między spokojem i groźbą. Wybitne kino, piękne wizualnie, a jednocześnie dalekie od wszelkiej pocztówkowości.

Innym zdumiewającym rudzielcem na festiwalu jest Lauren Ambrose, czyli neurotyczna Claire z "Sześciu stóp pod ziemią", która właśnie wyprodukowała gablotkę dla własnego talentu (i być może fundament pod Oscara), czyli film "Think of Me" Bryana Wizemanna. Wielkooka, wiecznie nadaktywna, zmieniająca odgarnięcie kosmyka włosów w magnetyczny spektakl, Ambrose gra tu samotną mamę z dotkniętego recesją Las Vegas. Jednocześnie zdeterminowana i nieporadna bohaterka budzi przede wszystkim niecierpliwość widza – co jest o tyle zamierzone, że w finale (podobnie jak u braci Dardenne, którzy są niewidzialnymi patronami całości) mamy uwierzyć w jej nagły moralny awans. Szkoda, że Wizemann nie ma alergii na tani melodramat – może wówczas córeczka bohaterki nie nazywałaby się Sunny ("Tak jak Słońce", słyszymy w dialogach) i nie musielibyśmy oglądać zajeżdżonej na śmierć sceny porzucania psa, której nie powstydziłaby się Maria Konopnicka.

O ile "Think of Me" jest po prostu nierówne, o tyle obsadowe cudo pt. "The Oranges" jest absolutną porażką, z której dla przyszłych pokoleń ostanie się co najwyżej plakat z serią wielkich nazwisk: Hugh Laurie, Catherine Keener, Oliver Platt, Allison Janney. Zabójczo wysterylizowana wersja "American Beauty" zmienia film Mendesa w milusiński sitcom z życiową lekcją dla każdego wliczoną w cenę biletu. Po takiej końskiej dawce sacharyny (zmieszanej z syntetycznym octem rzekomej "odwagi") czarna komedia Bobcata Goldthwaita, pod ironicznym tytułem "God Bless America", przyszła jak cudowna odtrutka. Nieświadoma fuzja "Bonnie i Clyde" z "Dniem świra" została przywitana entuzjastycznymi brawami – i nic dziwnego. Historia pary moralnych buntowników, strzelających bez opamiętania do każdego, kto tylko im podpadnie, jest jedną z najzabawniejszych komedii o epoce post-Big-Brotherowej, jakie w ogóle nakręcono. To wielkie osiągnięcie Goldthwaita, że społeczna krytyka nigdy nie smakuje w jego filmie kwaśno – w ten sposób, mimo że wymowa "God Bless…" jest bliska "Sercu na dłoni" Krzysztofa Zanussiego, ton pozostaje radosny, a całe doświadczenie – oczyszczające.

Na koniec, trochę o biało-czerwonych. "W ciemności" Agnieszki Holland jest niejako predestynowane do entuzjastycznego odbioru nad Wisłą – zanim on nastąpi, pozwolę sobie na votum separatum. Oczywiście, Holland zdaje sobie sprawę z moralnego skomplikowania drażliwych kwestii, o których opowiada (czemu dała dowód w świetnym wywiadzie udzielonym "Tygodnikowi Powszechnemu"). Niemniej, intelektualna przenikliwość to jedno, a reżyserska metoda to drugie. "W ciemności" jest filmem niedobrze opowiedzianym. Ekspozycja nie daje nam szansy bliższego poznania ukrywających się w kanałach Lwowa Żydów, przez co długie sekwencje podziemne stają się często nieczytelne. Moralnym centrum filmu jest – przynajmniej w założeniu – przemiana cwaniakującego Poldka Sochy (Robert Więckiewicz) z interesownego wybawcy Żydów w świadomego własnego człowieczeństwa filantropa. Ale film jest zbyt rozmyty, by tę przemianę faktycznie zobrazować – musimy domyślać się jej z dialogów; nie jest nam dana jej powolna obserwacja.

Co więcej, kicz finału jest powalający: przecierałem oczy, kiedy uratowani przez Poldka Żydzi wychodzili z kanału, a jego żona (Kinga Preis) częstowała ich ciastem i wódką, powiadając po lwowsku, by "frykali" do woli. W świetle tego pojednania nad kawałkiem babki drożdżowej, wcześniejszy koszmar zdaje się wręcz anulowany – jest prawie tak, jakby aktorzy porzucili swe postaci, wyszli z ról i krzyknęli zbiorowe "kochajmy się!" (w tym sensie finał "W ciemności" zbliża się do niezamierzonej parodii ostatniej sceny "Smaku wiśni" Kiarostamiego).

Najlepsze filmy Holland"Gorączka", "Kobieta samotna", "Gorzkie żniwa" i "Europa Europa" zapewniające jej poczesne miejsce w międzynarodowym kanonie – stanowiły spójne, niesłychanie gorzkie i dziwnie śmieszne jednocześnie medytacje nad jednostkami uwikłanymi w historię i we własne ciała. "W ciemności" znajdziemy co najwyżej nieprzepracowane strzępy tych tematów. Zanim polska krytyka rozpisze się o rzekomych cudach tego filmu, niech będzie mi wolno zadeklarować, że nie wierzę w krytykę intencji i tematu. Przedmiotem krytyki winna być jedynie artystyczna forma i faktyczna (a nie zamierzona!) treść filmu. Na papierze "W ciemności" wydaje się filmem ważnym i spełnionym – jednak to, co znajdujemy na ekranie, jest niezbornym i często efekciarskim zbiorem scen – to histerycznych, to niedowarzonych. Tytuł filmu, niestety, staje się niezamierzoną metaforą jego artystycznego kształtu.
Udostępnij: