Relacja

WENECJA 2015: Kruchy lód i magia wojny

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2015%3A+Kruchy+l%C3%B3d+i+magia+wojny-113270
Od dziś na stronach Filmwebu będziemy publikowali relacje z rozpoczętego wczoraj Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Wenecji. Na miejscy są nasi dziennikarze, którzy będą nam dostarczali swoje wrażenia z najgorętszych premier. Dziś mamy dla Was recenzje wyczekiwanego "Everestu" Baltasara Kormákura i "Beasts of no Nation" Cary'ego Fukunagi, autora "Detektywa".

***

Gry piekło zamarza
(rec. filmu "Everest")

Wiosna 1996 roku. Doświadczony alpinista Rob Hall (Jason Clarke) organizuje kolejną wyprawę na Mount Everest. W niebezpiecznej wędrówce może wziąć udział każdy, komu ciąży akurat w portfelu kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Pod skrzydła bohatera trafiają m.in. chełpliwy Teksańczyk (Josh Brolin), listonosz-fajtłapa (John Hawkes) oraz japońska bizneswoman (Naoko Mori), która hobbystycznie wspina się na ośmiotysięczniki. Bogowie zdają się sprzyjać śmiałkom: pogoda dopisuje, ekwipunek działa bez zarzutu, a serwowane wieczorami procenty pozwalają odreagować trudy podróży. Na ośnieżonym dachu świata, gdzie rozrzedzone powietrze, wysokie ciśnienie i niskie temperatury tworzą morderczą mieszankę, przygoda życia może się jednak szybko zamienić w dreszczowiec. Jak mówi jedna z postaci: to góra ma zawsze ostatnie słowo.


Reżyser Baltasar Kormákur stąpa po kruchym – nomen omen – lodzie. Relacjonując prawdziwą, a przy tym tragiczną w skutkach ekspedycję, powinien oddać hołd jej uczestnikom. Pochwalić odwagę, hart ducha i niezłomność w obliczu zagrożeniu. Problem w tym, że bohaterowie nie są odkrywcami jak Amundsen czy Mallory, nie kieruje też nimi (może z wyjątkiem postaci Hawkesa) żadna świetlista idea. Jedni ryzykują życie dla pieniędzy. Inni, aby zaspokoić głód sportowej rywalizacji lub adrenaliny. I choć większość zapewnia, jak wiele znaczy dla nich rodzina, w praktyce niespecjalnie liczą się z jej uczuciami. Twórca "Kontrabandy" oparł się na szczęście pokusie, by skąpać "Everest" w deszczu łez. Choć w filmie znalazły się sceny obarczone dużym ładunkiem emocjonalnym (patrz: telefoniczne rozmowy Halla z ciężarną żoną), górę biorą obrazy zimnego okrucieństwa sił natury. Najwyraźniej widać je w scenach śmierci bohaterów – wystarczy silny podmuch wiatru albo jeden nieostrożny krok, by w ułamku sekundy przenieść się stąd do wieczności. Bez slow motion i łkających smyczków na ścieżce dźwiękowej.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego przeczytacie TUTAJ.


Magia wojny (rec. "Beasts of no Nation")

O "Beasts of no Nation" zrobiło się głośno jeszcze przed premierą na 72. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, kiedy prawa do jego dystrybucji kupił Netflix. Firma, bacznie obserwowana jako inkubator nowych rozwiązań w przemyśle filmowym, postanowiła, że film pokaże 16 października równocześnie w amerykańskich kinach i w swoim serwisie VOD. To ryzykowny krok. Największe sieci kin w Stanach już zapowiedziały bojkot w związku z naruszeniem zwyczajowej 90-dniowej karencji, podczas której film powinien sprawdzić się w salach kinowych. Netflix jednak wie, co robi. Choć nie ma tu wielkich gwiazd, dzięki temu o "Beasts of no Nation" usłyszał cały świat.


Nie tylko tytułem film przypomina nieco "Bestie z południowych krain" Benha Zeitlina. Podobnie jak tam kamera przyjmuje tu perspektywę dziecka, które brutalną rzeczywistość przepuszcza przez swoją niewinność. Film zaczyna się świetną sceną, w której rozbrykane dzieciaki z afrykańskiej wioski kadrują lokalny świat przy pomocy telewizora, z którego wyjęto ekran. Obudowa służy za "telewizję wyobraźni" – chłopcy skaczą przed nim, tańczą, pozorują kung-fu. Ich energia rozsadza nie tylko mały wyobrażony ekran, ale także ten wielki, na który spogląda widz. Zabawa ta służyć może za metaforę ich życia – nie mają wiele dóbr materialnych, ale ich braki uzupełniają wyobraźnią i entuzjazmem.

Po tej nienazwanej krainie (większość zdjęć powstało w Ghanie, ale nie jest to portret konkretnego kraju) oprowadza nas kilkuletni Agu, odsłaniając obyczajowość afrykańskiej wioski, jej zwyczaje, rytuały i hierarchie. Przedstawia rodziców, zniedołężniałego dziadka, któremu lubi dokuczać i starszego brata, ćwiczącego mięśnie, by rozkochać w nich jakąś dziewczynę – i zaciągnąć do łóżka, zanim nadejdzie wojna, której wszyscy się obawiają. Rodzina żyje w strefie buforowej, która przestaje być gwarancją bezpieczeństwa – wojna zakrada się i tu, nie oszczędzając żadnego z jej członków.

Całą recenzję Adama Kruka Przeczytacie TUTAJ.