Jakub Majmurek

Groza i zgroza. Czy horror wciąż straszy?

Hotspot
/fwm/article/Groza+i+zgroza.+Czy+horror+wci%C4%85%C5%BC+straszy-149301
Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Krzysztof+Krauze%3A+Ani+kroku+wstecz-108979
PERSONA

Krzysztof Krauze: Ani kroku wstecz

Podziel się

Krzysztof Krauze wiedział dokładnie, co i kiedy chce powiedzieć. Zarówno na ekranie, jak i twarzą w twarz.

Kino Krzysztofa Krauzego było "moim" kinem z wielu powodów: reżyser nie rzucał się na każdy temat, a jednocześnie nie tracił kontaktu z rzeczywistością, nie odpływał do krainy wielkich abstrakcji. Był perfekcjonistą, lecz jego filmy nie były zimne i wykalkulowane. Wiedział dokładnie, co i kiedy chce powiedzieć. Zarówno na ekranie, jak i twarzą w twarz. 

Łatwo zapomnieć – zwłaszcza gdy jest się młodym i butnym, a skarłowaciały rynek nie jest w stanie sprostać ambicjom – że praca dziennikarza filmowego bywa przywilejem. Luksusem podkradania sławy wspaniałym ludziom; ważnym nie tyle ze względu na swoją profesję, co na życiową mądrość, bagaż doświadczeń. Nie znałem Krzysztofa Krauzego dobrze. Lecz mimo niechęci do tych, którzy ogrzewają się w blasku wielkich nieobecnych, byłbym zwyczajnie nie fair, pisząc, że nie znałem go wcale.

Na Festiwalu Reżyserii Filmowej w Świdnicy walczyliśmy wspólnie o nagrodę dla "Daas" Adriana Panka. Pozostali jurorzy na pewno nam wybaczą, że zawiązaliśmy sojusz wcześniej, podczas kilku obiadów i spacerów. Na wrocławskich Nowych Horyzontach cierpliwie uspokajał mnie przed wywiadem z Beatrice Dalle – diwą francuskiego kina, która zwykła pożerać dziennikarzy na śniadanie. Przejęty losem "ciasnej, ale własnej" kinematografii, dzwonił, żeby skomentować mniejsze lub większe afery i kontrowersje. Odzywał się, gdy "Papusza" zdobywała kolejną nagrodę. Prosił o uzupełnienie filmwebowej bazy, lecz niemal zawsze była to konieczna puenta rozmowy o kinie, zdrowiu i planach na najbliższe miesiące. Nie mógł wziąć udziału w pracach jury trzeciej edycji Konkursu "Powiększenie", jednak musiałem  mu obiecać, że pojawi się w czwartej. Kiedyś zasugerował, żeby – wzorem IMDB Pro – otworzyć na Filmwebie dział branżowy i ułatwić nawiązywanie kontaktów ludziom z rodzimego, filmowego poletka. Śmiał się z tego już chwilę później, bo wszyscy potencjalni zainteresowani siedzieli w tej samej hotelowej knajpie.  

Krauze miał w moim przekonaniu bezbłędną karierę, w starciu z trudnym materiałem dramatycznym nigdy nie szedł na skróty. Nie patrzył wstecz, nie odcinał kuponów od największych sukcesów. Najpierw "Gry uliczne" (1996), czyli rozliczenie z komunizmem wpisane w ramy dynamicznego kina sensacyjnego. Potem "Dług" (1999), symboliczne zamknięcie dekady lat 90. oraz posttransformacyjnego etapu w polskim kinie. "Plac Zbawiciela" (2006), w którym pokazał, że nawet w czasach gwałtownego rozwoju i europeizacji, polskie mieszczaństwo ma się czego bać. Wreszcie – rewelacyjne biografie, "Mój Nikifor" (2004) i "Papusza" (2013), w których znalazł narracyjny i estetyczny ekwiwalent sytuacji życiowej małych-wielkich artystów. Nie mogłem przeboleć, że niedoceniona w kraju "Papusza" musiała w zeszłym sezonie oglądać plecy przecenionej "Idy". Byłem za to spokojny o "Ptaki śpiewają w Kigali" – film o pokłosiu rzezi plemienia Tutsi w Ruandzie. Słyszeliśmy o nim już od paru ładnych lat, na papierze wszystko się zgadzało: Andrzej Chyra przed, a Krauzowie za kamerą, opowiadanie Wojciecha Albińskiego jako baza scenariusza, kilka dużych planów zdjęciowych – to po prostu musiało się udać.  

Nie kręcił często, lecz razem z żoną, scenarzystką i reżyserką Joanną Kos-Krauze, stanowili najlepszą "firmę" polskiej kinematografii. W latach dziewięćdziesiątych Krauze bronił honoru rodzimych filmowców – pozbawionych instytucjonalnego wsparcia, mechanicznie przeszczepiających na polski grunt obcą gatunkową ikonografię, próbujących połączyć to, co ważne, z tym, co chodliwe. Gdy zaczynał kręcić "Gry uliczne", miał już na koncie kilkanaście etiud, krótkich metraży, dokumentów. Po studiach na wydziale operatorskim łódzkiej PWSFiTV doskonale czuł filmową materię. "Gry uliczne" nie były obrazem  tak przełomowym jak "Dług", nie wyznaczały jeszcze żadnej cezury, lecz już wówczas Krauze ukształtował styl, który dopracowywał na przestrzeni kolejnych lat. 

Na przekór wieloletniej, artystycznej tradycji polskiej kinematografii wierzył, że elementy kina gatunkowego mogą stanowić budulec większych, bardziej skomplikowanych konstrukcji. Mieliśmy w "Grach ulicznych" parę współczesnych kowbojów, rzucających wyzwanie przerastającym ich siłom, była intryga z dawnymi funkcjonariuszami bezpieki w rolach głównych i "najtisowa" z ducha, nie do końca uzasadniona scena erotyczna z Grażyną Wolszczak. Wszystko to jednak pracowało na diagnozę posttransformacyjnej rzeczywistości, spuentowaną rewelacyjną sceną pijackiego "wywiadu" z dawnym oficerem SB.  
Na przekór tradycji polskiej kinematografii wierzył, że elementy kina gatunkowego mogą stanowić budulec większych, bardziej skomplikowanych konstrukcji.
Michał Walkiewicz

W "Długu" Krauze poszedł o krok dalej. Jego film był pod wieloma względami podsumowaniem drogi, jaką przebyliśmy po zmianie ustroju: pokazywał zarówno pęd ku dużym pieniądzom, szukaniu swojego miejsca w wolnorynkowej rzeczywistości, jak i zderzenie z dziećmi Dzikiego Wschodu, reprezentowanymi przez "eleganckiego" bandytę Gerarda. Reżyser przyjął perspektywę szarego człowieka, który w konfrontacji z gangsterką musi posunąć się do ostateczności – zainspirowała go głośna sprawa podwójnego morderstwa, którego na swoich prześladowcach dopuścili się Sławomir Sikora i Artur Byliński. Zarówno "Dług", jak i późniejszy o siedem lat "Plac Zbawiciela", pokazały zresztą, że Krauze, jak mało kto potrafi podnieść temat "z ulicy". Pomysł na "Plac...", realizowany już wspólnie z Joanną Kos-Krauze, wziął się z lektury notatki prasowej oraz reportażu Jacka Hugo-Badera o młodej kobiecie, która, straumatyzowana życiem pod jednym dachem z mężem, dziećmi i teściową, postanowiła targnąć się na swoje życie (i przy okazji zabrać na tamten świat dzieci). Zdolność Krauzego do perfekcyjnego diagnozowania społecznych lęków dała o sobie znać i tym razem; zapalnikiem całej tragedii okazało się bankructwo dewelopera budowlanego. Pobrzmiewało również w filmie proroctwo kryzysu męskości, który zaledwie parę lat później odtrąbiły wszystkie media. 

Wreszcie – "Mój Nikifor" i "Papusza", biografie artystów z bocznego toru. W "Papuszy" tytułową bohaterkę, poetkę Bronisławę Wajs, Krauze zepchnął na dalszy plan. I tak jak jej życiem oraz twórczością rządzili inni, tak i ona pisała, paliła i cierpiała w przestrzeni poza kadrem. W "Nikiforze" z kolei – jednym z najchętniej nagradzanych polskich filmów dekady – warstwa wizualna była odbiciem podświadomości bohatera: symetryczne kadry, starannie dobrane barwy, kompozycje scenograficzne – wszystko wzięte z prac Nikifora. Zasada, by za pośrednictwem filmowego języka korespondować z twórczością filmowych bohaterów, opłaciła się Krauzemu – nawet przeciwnicy wymienionych filmów nie pomylą ich ze standardowymi biografiami "stylu zerowego". 

Z "Nikifora" i "Placu Zbawiciela" zapamiętam również świetne role dziecięce – umiejętność prowadzenia małych aktorów jest nad Wisłą nie do przecenienia. Krauze dał weterance drugiego i trzeciego planu Krystynie Feldman pierwszą główną rolę w karierze – partię godną największych laurów. Wydobył dramatyczny talent Jowity Budnik, Ewy Wencel i Arkadiusza Janiczka. Odkrył Andrzeja Chyrę i podarował rolę życia młodziutkiemu Jackowi Borcuchowi. Robert Gonera zaliczył u niego najlepsze występy w karierze, Redbad Klynstra nigdy później nie zbliżył się do swojego poziomu z "Gier ulicznych"

Dialogi, które pisał dla swoich aktorów wraz z Joanną Kos-Krauze oraz Jerzym Morawskim, nie pachniały naftaliną, teatrem. To było odświeżające. Pasywno-agresywna Ewa Wencel odbierająca krok po kroku powietrze swojej synowej, Klynstra i Dziędziel zalewający się w trupa nad rzeką, rozmowy Nikifora z jego jedynym przyjacielem, Marianem Włosińskim (Roman Gancarczyk). Postaci z filmów Krauzego zawsze brzmiały jak my. 
Papusza 2.jpg

Kino Krzysztofa Krauzego było "moim" kinem z wielu powodów: reżyser nie rzucał się na każdy temat, a jednocześnie nie tracił kontaktu z rzeczywistością i nie odpływał do krainy wielkich abstrakcji. Był perfekcjonistą, ale nie nazwałbym jego filmów zimnymi i wykalkulowanymi. Wiedział dokładnie, co, kiedy i w jakim celu chce powiedzieć. Gdy pojawił się w naszym programie Mój Gust Filmowy, jeden z użytkowników, nawiązując zapewne do siwizny, przymrużonych oczu i długiego namysłu nad każdym słowem, napisał: "Stary chińczyk mądrze prawi". Będę się upierał, że jest w tym nonszalanckim sformułowaniu mnóstwo sympatii. Cóż, w kinie i poza nim, Krzysztof Krauze mądrze prawił.   
12