Jakub Socha

To już koniec

Gorączka złota
/fwm/article/To+ju%C5%BC+koniec-133873
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Nowe+kino+Argentyny%3A+Pustkowia+i+labirynty-133588

Nowe kino Argentyny: Pustkowia i labirynty

HOTSPOTPodziel się

Jakub Majmurek przygląda się propozycjom z retrospektywy argentyńskiego kina na tegorocznym Festiwalu Nowe Horyzonty.

Jakub Majmurek przygląda się propozycjom z retrospektywy argentyńskiego kina na tegorocznym Festiwalu Nowe Horyzonty.

***


Tegoroczny przegląd kina argentyńskiego, choć przedstawia także najnowsze produkcje tak doświadczonych twórców jak Pablo Trapero, daje zapoznać się z twórczością nowego pokolenia argentyńskich filmowców, często urodzonych w latach 80. Naturalizm poetycki nie koniecznie jest dla nich naturalnym językiem filmowym. Ale podobnie jak w przeglądzie z 2006 roku, także w tegorocznym kino argentyńskie zabiera nas w podróż po labiryntach, w jakich gubią się bohaterowie – czasem po to, by dopiero tam odnaleźć swoją prawdziwą drogę.

***

Po 13 latach na Festiwalu Nowe Horyzonty znów będziemy mieli okazję zobaczyć retrospektywę kina argentyńskiego. Przegląd z 2006 roku zapoznawał widzów wrocławskiej imprezy z fenomenem "nowego kina argentyńskiego", które za sprawą takich autorów, jak Lisandro Alonso, Pablo Trapero czy Lucrecia Martel szturmem zdobywało najbardziej prestiżowe festiwale filmowe na świecie. Podstawowym estetycznym językiem kina tych twórców był minimalizm i naturalizm poetycki – ograniczając środki formalne, dialog i dramaturgię, ich filmy uważnie przyglądały się argentyńskiej rzeczywistości. Kierując kamerę na jej społeczne i geograficzne marginesy, odsłaniało konstytuujące narodową rzeczywistość kontrasty, ukrytą nędzę i niedostrzegalną wspaniałość kraju, oddolną solidarność i bezmyślne okrucieństwo jego mieszkańców.

Podstawową przestrzenią, jaką eksplorowało to kino, była pustka argentyńskiego krajobrazu, tylko powierzchownie, jeśli w ogóle, dotkniętego ręką człowieka. Jednocześnie w tej pustce wyrastały labirynty – zbudowane z traumatycznych wspomnień, trudnej historii, skonfliktowanych pragnień. To połączenie pustki i labiryntu ciągle wracało w kinie argentyńskim. W najpiękniejszych formach w takich obrazach jak "Jauja" (2014) Lisandro Alonso i "Zama" (2017) Lucrecii Martel. W tym pierwszym, nieskończony, księżycowy krajobraz argentyńskiego interioru i zamek we współczesnej Danii tworzą oniryczną, labiryntową przestrzeń, w której błądzi młoda dziewczyna i jej ojciec. W "Zamie" tropiki ery kolonialnej stają się scenerią, gdzie wyrasta iście kafkowski labirynt, z którego tytułowy bohater, mimo kolejnych podań słanych do władzy, nie może się wydostać, tak jak geometra K. nie może przekroczyć progu tytułowego zamku z powieści Kafki. 

Tegoroczny przegląd kina argentyńskiego, choć przedstawia także najnowsze produkcje tak doświadczonych twórców jak Pablo Trapero, daje zapoznać się z twórczością nowego pokolenia argentyńskich filmowców, często urodzonych w latach 80. Naturalizm poetycki nie koniecznie jest dla nich naturalnym językiem filmowym. Ale podobnie jak w przeglądzie z 2006 roku, także w tegorocznym kino argentyńskie zabiera nas w podróż po labiryntach, w jakich gubią się bohaterowie – czasem po to, by dopiero tam odnaleźć swoją prawdziwą drogę.

Labirynt rodzinny

Film Bendesky'ego pokazuje, jak trudno jest odciąć pępowinę nawet od zmarłego rodzica, wyzwolić się z rodzinnych traum.
Jakub Majmurek
W "Los miembros de la familia", drugim pełnym metrażu Mateo Bendesky'ego (rocznik 1989), labirynt tworzą rodzinne wspomnienia, tajemnice, traumy, dawne urazy. Dwoje nastolatków, brat i siostra, przyjeżdżają do położonego na uboczu nadmorskiego miasteczka, by zgodnie z życzeniem ich zmarłej niedawno matki rozsypać jej prochy nad morzem. Podróż ma trwać jeden dzień, bohaterowie zostają jednak uziemieni przez ogólnokrajowy strajk autobusów.

Stopniowo, wraz z rozwojem narracji, odkrywamy kolejne rodzinne tajemnice ciążące nad tą dwójką, poznajemy powody, dla których ich relacje od początku wydają się naznaczone niewypowiedzianym napięciem. Film Bendesky'ego pokazuje, jak trudno jest odciąć pępowinę nawet od zmarłego rodzica, wyzwolić się z rodzinnych traum, stanąć na własnych nogach jako dojrzała, pogodzona z własną przeszłością jednostka. Zwłaszcza gdy nie mamy żadnego języka, by sensownie opisać żałobę i stratę. Chłopak przed żałobą ucieka w język i praktyki fitnessowo-coachingowe, dziewczyna – w New Age i ezoterykę. Każdy z tych sposobów oswajania śmierci i pustki, jaką ta pozostawia, ostatecznie okazuje się bezużyteczny.

Bendesky inspiruje się tyleż minimalistyczną estetyką nowego kina argentyńskiego, co amerykańskim kinem niezależnym, z jego uważnymi, empatycznymi portretami wchodzących w dorosłość nastoletnich bohaterów. "Los miembros" sprawnie posługuje się też bardzo specyficznym, wyciszonym, melancholijnym, surrealistycznym humorem, który nie tylko daje widzom wytchnienie od powolnej narracji i surowej estetyki filmu, ale też działa jak polisa chroniąca go przed sentymentalnym banałem.

"Los miembros de la familia"
Labiryntem rodzinnych sekretów okazuje się też tytułowe ranczo "La Quietud" z filmu Pabla Trapero. Dwie dorosłe siostry (wspaniałe Martina Gusman i Bérénice Bejo) przyjeżdżają odwiedzić rodziców – emerytowanego prawnika i jego dystyngowaną małżonkę. Nastrój rodzinnej sielanki kończy się jednak, zanim zdąży się zacząć. Kolejne sceny ujawniają nagromadzone przez lata rodzinne konflikty: między siostrami, ich rodzicami, młodszym i starszym pokoleniem. W kłótniach i rodzinnych awanturach na wierzch wychodzą kolejne rodzinne sekrety: skrzętnie skrywane tajemnice i rzeczy, o których wszyscy od dawna wiedzieli, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć. 

Trapero raz jeszcze pokazuje, jak z kameralnego dramatu wydobyć maksymalne napięcie. Potwierdza też, że ma świetną rękę do aktorów, a zwłaszcza aktorek – na czele ze swoją życiową partnerką, producentką i współscenarzystką jego filmów, Martiną Gusman

Labirynty historii

W "La Quietud" dramat rodzinny przeplata się z historycznym. Historia rodziny okazuje się uwikłana w historię kraju – konkretnie krwawej junty wojskowej, jaka rządziła Argentyną między 1976 a 1983 rokiem. Siostry zmuszone są zweryfikować to, co wiedziały na temat postaw swoich rodziców wobec reżimu, zmierzyć się z kłamstwami, jakie przez lata opowiadali im rodzice.

Temat junty powraca w kolejnym pokazywanym w tym roku we Wrocławiu filmie: "Rojo" Benjamína Naishtata – reżysera urodzonego trzy lata po upadku wojskowych rządów. "Rojo" to surrealistyczny thriller nakręcony w konwencji przypominającej kino lat 70. Akcja rozgrywa się na argentyńskiej prowincji tuż przed wojskowym zamachem stanu. 

"Rojo"
Naishtat pokazuje, że armia nie musiała specjalnie się starać, by wydobyć z Argentyńczyków to, co najgorsze. Jeszcze przed politycznym przewrotem sportretowane w filmie społeczeństwo wydaje się całkowicie skorumpowane i zdemoralizowane, w najlepszym wypadku obojętne wobec zła, w najgorszym – gotowe, by się do niego przyłączyć, jeśli tylko można na tym skorzystać. Nawet bohaterowie bezpośrednio nieuwikłani w zło wydają się w nim zanurzeni i obciążeni jego hipoteką – jak całe argentyńskie społeczeństwo, ciągle, nawet w kolejnym pokoleniu, które nie miało prawa osobiście pamiętać dyktatury, niezdolne zamknąć rozliczeń z rządami junty. 

Poddanie się scenariuszowi napisanych przez Arias scen odblokowuje weteranów, pozwala im wyłączyć mechanizmy ochronne.
Jakub Majmurek
Dyktatura upadła po przegranej wojnie z o Falklandy/Maldiwy (1982) – wyspy na południowym Atlantyku, o które Argentyna toczyła spór z Wielką Brytanią. Efektom wojny poświęcony jest kolejny film z Wrocławia, "Teatr wojny" Loli Arias – artystki związanej wcześniej przede wszystkim z teatrem i sztukami wizualnymi (głównie performensem). Ten background widać w filmie – jest on zresztą częścią szerszego projektu, na który składają się instalacja wideo zatytułowana "Weterani", sztuka teatralna "Pole minowe" oraz wydana po hiszpańsku i angielsku jej książkowa wersja.  

Arias zebrała na planie sześciu weteranów wojny sprzed prawie czterdziestu lat – trzech walczących po brytyjskiej stronie i trzech po argentyńskiej. Dziś mają po pięćdziesiąt kilka lat. Reżyserka namawia ich do odtworzenia przed kamerą wojennych wydarzeń, w jakich brali udział. Arias umieszcza swoich bohaterów w skrajnie sztucznych, wyreżyserowanych, "teatralnych" sytuacjach. Wojenna trauma odtwarzana jest w szeregu performatywnych form, od recytacji wspomnień prosto do kamery, po rekonstrukcję bitwy przy pomocy ołowianych żołnierzyków. Sztuczność całej sytuacji, w jakiej umieszczeni zostają bohaterowie, okazuje się paradoksalnie wyzwalająca. Poddanie się scenariuszowi napisanych przez reżyserkę scen odblokowuje weteranów, pozwala im wyłączyć mechanizmy ochronne, jakie działałyby, gdyby bohaterowie zostali pozostawieni samym sobie, jak w klasycznym dokumencie obserwacyjnym.  

Metoda pracy z bohaterami, jaką wybiera Arias, porównywana była przez krytykę do "Sceny zbrodni" Joshui Oppenheimera. Argentynka, w przeciwieństwie do amerykańskiego dokumentalisty, nie stawia sobie za cel rozliczenie przemilczanej historii. Nie interesuje jej osądzenie bohaterów przed trybunałem międzynarodowej publiczności. Jej praca ma głęboko terapeutyczny wymiar, celem jest pojednanie dawnych wrogów – nie tylko ze sobą, ale przede wszystkim z własną przeszłością.

Nitki Ariadny

Wiara w terapeutyczną moc sztuki przebija także z dokumentu Gastóna Solnickiego "Introduzione all'oscuro". Film jest elegią na cześć Hansa Hurcha – przez dwadzieścia lat dyrektora artystycznego wiedeńskiego festiwalu filmowego Viennale. Viennale stawiało na autorski dokument, esej filmowy, silnie autorskie kino spoza głównych konkursów największych festiwali. 

Solnicki, który na Viennale pokazywał swoje wcześniejsze produkcje, zabiera nas w podróż po Wiedniu Hurcha. Odwiedza jego ulubioną kawiarnię, gdzie dyrektor Viennale wypijał codziennie potrójne espresso; krawca, który szył dla niego garnitury; kino, jakie uratował przed wyburzeniem. Ta miejska odyseja ma wyraźnie melancholijny ton. Nastrój melancholii wzmacnia Wiedeń – stolica nieistniejącego, habsburskiego imperium, wybudowana dla znacznie potężniejszego państwa niż dzisiejsza Austria, miasto żyjące w cieniu własnego mitu.

"Introduzione all'oscuro"
A jednak w końcu Wiedeń z filmu Solnickiego nie zmienia się w kolejny, więzienny labirynt. Mimo nastoju żałoby, udziela się nam siła witalna, humor, pasja Hurcha, którego odejście opiewa film. Miłość do życia i sztuki okazuje się nitką Ariadny pozwalającą wyjść z labiryntu nawarstwionej historii i żałoby. Filmy, jakie będziemy mieli okazję zobaczyć we Wrocławiu, szukają takich nitek. We wspomnianym "La Quietud" okazuje się nią siostrzana, kobieca solidarność. Ostatecznie silniejsza niż ciężar narodowej historii, rodzinnej traumy, władzy ojca i poczucia winy. 

Wiarę w siłę kobiet i ludyczny, anarchiczny potencjał sztuki łączy najbardziej ekscentryczna z pokazywanych we Wrocławiu produkcji – "La Flor" Mariano Llinása. Film trwa ponad 14 godzin (!), produkcja zajęła 9 lat. Równie dobrze można go odbierać jako serial. "La Flor" składa się bowiem z kilku oddzielnych epizodów. Każdy utrzymany jest w innej filmowej konwencji – zaczynamy od taniego horroru o mumii, potem mamy między innymi musical, film szpiegowski oraz czarno-biały remake "Wycieczki na wieś" (1936) Jeana Renoira. Jedynym, co łączy wszystkie "odcinki", są cztery aktorki, wracające w każdym z nich.

Żadna z części "La Flor" nie opowiada całej historii. Niektóre epizody zaczynają się w połowie, inne urywają bez konkluzji. Tworzy to dezorientującą widza, labiryntową konstrukcję, która jednak zwłaszcza kinofilsko nastawionemu odbiorcy może dostarczyć sporo przyjemności. Stopniowo rozpoznajemy, że głównym motywem wszystkich epizodów jest kobieca emancypacja – co najbardziej widać w odcinku, w którym pracujące nad sztuką teatralną aktorki buntują się przeciw reżyserowi. 

"La Flor" i inne argentyńskie produkcje pokazują, że nie każdy labirynt zbudowany z nawarstwiającej się przez wieki historii musi być więzieniem, a z najstarszych, pozornie najtrwalszych konstrukcji – jak patriarchat – także można znaleźć jakąś drogę ucieczki. Sympatyczne przesłanie, przydatne także na naszej półkuli. 

*Zdjęcie główne pochodzi z filmu "Jauja".
2