Jakub Majmurek

Groza i zgroza. Czy horror wciąż straszy?

Hotspot
/fwm/article/Groza+i+zgroza.+Czy+horror+wci%C4%85%C5%BC+straszy-149301
Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Polityka+Marvela-111835
HOTSPOT

Polityka Marvela

Podziel się

Każdy, najbardziej nawet fikcyjny świat nie może się obejść bez polityki. Nie jest od niej wolne także uniwersum Marvela.

Podobnie jak większość publicznie dostępnych sieci i ten HOTSPOT nie jest szyfrowany: przeczytacie tu o wszystkim, czym aktualnie żyje kino, o sprawach aktualnych i tych z nieograniczonym okresem przydatności, szeroko komentowanych i niesprawiedliwie pomijanych, zjawiskach przecenionych i tych, których przecenić nie sposób. Na gorąco. W punkt.

***

Każdy, najbardziej nawet fikcyjny świat nie może się obejść bez polityki. Rozumianej w jak najszerszym znaczeniu – nie tylko jako wyborcza rywalizacja i sprawowanie wysokich funkcji publicznych, ale jako spór sprzecznych interesów, walka o ograniczone zasoby, konkurencja różnych pomysłów na urządzenie życia zbiorowego. Od polityki nie jest także wolne uniwersum Marvela.


W ostatnich latach marvelowskie superprodukcje (od pierwszego "Iron Mana" po ostatnich "Avengerów") należały do najbardziej spektakularnych finansowych sukcesów amerykańskiego przemysłu filmowego, podejmując przy tym także polityczne lęki amerykańskiej i światowej widowni. Polityka Marvela nie przejawia się bowiem wyłącznie tym, że jego filmowe uniwersum – jak każda scena polityczna – daje podzielić się na lewicę, prawicę i centrum.

Ważniejsze nawet od tego jest to, że – podobnie jak "Batmany" Nolana – marvelowskie filmy i seriale ("Daredevil", "Agenci T.A.R.C.Z.Y."), stają się medium, podejmującym problemy Ameryki po 11 września, kryzysie finansowym i kryzysie zaufania, jaki spowodowało ujawnienie przez Edwarda Snowdena skali inwigilacji amerykańskich obywateli przez ich służby.

Nostalgia za New Dealem?

Gdybyśmy mieli szukać politycznego centrum filmowego uniwersum Marvela, bez wątpienia należałoby wskazać na postać Kapitana Ameryki. Trudno powiedzieć, czy jest prawicowy czy lewicowy. Wiemy tylko, że zawsze gotów jest na każde poświęcenie dla swojego kraju. Postać najbardziej amerykańskiego z superbohaterów powstaje w kontekście drugiej wojny światowej. Na pierwszej w historii okładce komiksu o przygodach Kapitana, bohater wpada do gabinetu Hitlera i zdziela go pięścią w twarz. Można to odczytać jako dość naiwną wojenną propagandę. Z tym, że zeszyt ten ukazuje się w grudniu 1940 roku – rok przed japońskim atakiem na Pearl Harbor i przystąpieniem Stanów do wojny. Twórcy postaci – Jack Kirby i Joe Simon – chcieli w ten sposób zachęcić Amerykę do włączenia się w wojnę z nazizmem, który postrzegali jako wcielenie zła. Kirby, syn żydowskich emigrantów z Austrii, miał wówczas pracownię w pobliżu siedziby amerykańskich sympatyków Hitlera, którzy czasem grozili mu pobiciem – fantazja o superbohaterze spuszczającym łomot ich idolowi jest więc tym bardziej zrozumiała.

Dalszy rozwój postaci Kapitana wyznaczał kontekst wojny z nazizmem i zimnej wojny. Oba bardzo odległe w momencie, gdy pierwszy Kapitan Ameryka wchodził do kin. Wszystkie filmy Marvela, w których się pojawia, podkreślają, że jest to postać z przeszłości, trochę anachroniczna, nie rozumiejąca współczesnych czasów. Wygląda, jakby do kina XXI wieku trafił prosto z filmu Franka Capry. A przy tym ten jego anachronizm nie jest jednoznacznie prawicowy. Jest w nim sporo patriotycznej retoryki, ale też przekonania o konieczności solidarności, pomagania najsłabszym, wspólnoty. Trudno wyobrazić sobie Kapitana Amerykę w czasach Reagana czy epoce Gordona Gekko, deklarującego, że "chciwość jest dobra". Jak pokazuje Zimowy Żołnierz, stworzonej przez Kirby’ego i Simona postaci nie po drodze też z Ameryką Obamy, z jej powszechną inwigilacją i wojną dronów.

Pierwszy Kapitan Ameryka miał premierę w 2011 roku. Trzy lata po tym, gdy kryzys finansowy o mało nie zniszczył amerykańskiej gospodarki. Zwłaszcza w tym kontekście nie sposób nie odczytać tego filmu jako wyrazu nostalgii za amerykańską obietnicą z czasów, gdy w Białym Domu zasiadał Franklin Delano Roosevelt: za Ameryką, w której każdy, nieważne, z jakiej pozycji startuje, dostanie szansę, by dojść jak najdalej pragnie, za demokratyczną Ameryką służącą większości, nie wpływowej mniejszości. Za tą samą Ameryką, której koniec obwieszczały odbywające się w tym samym roku protesty ruchu Occupy Wall Street.

Atlas zbuntowany

W pierwszych "Avengerach" Kapitan Ameryka ciągle ściera się z Tonym Starkiem. Nic dziwnego, są bowiem z zupełnie różnych światów. Kapitan z któregoś z filmów Capry, Stark z powieści Ayn Rand. O ile Kapitan Ameryka to rooseveltowski Demokrata, o tyle Stark bez wątpienia jest libertarianinem, któremu politycznie najbliżej byłoby być może do Randa Paula. Stark przypomina głównego bohatera Atlasa zbuntowanego Johna Galta czy innych "kapitanów przemysłu" z prozy Rand – kluczowej pisarki amerykańskiej, libertariańskiej prawicy. Stark jest szalenie bogaty, genialny, utalentowany, wszystko zawdzięcza swojej pracy i talentom, nie zamierza dzielić się z nikim swoim bogactwem (w przeciwieństwie do Bruca Wayne’a, Stark nie słynie z hojnej filantropii), jest przekonany, że stoi ponad zwykłymi śmiertelnikami. Nie jest też przy tym religijnym konserwatystą, korzysta z życia i na pewno nie chce dyktować innym, jak mają żyć. Jest patriotą, ale rząd, prawo i procedury traktuje jako biurokrację niepotrzebnie krępującą jego działania – obojętnie, czy chodzi o zarabianie pieniędzy, budowę broni czy walkę z zagrażającymi Ameryce niebezpieczeństwami. Przesłuchiwany w drugim "Iron Manie" przed senacką komisją znudzony Stark rzuca arogancko "udało mi się efektywnie sprywatyzować światowy pokój". Nie żartuje, tylko jak każdy libertarianin wierzy, że prywatne jest zawsze lepsze niż państwowe. Jon Favreau, reżyser dwóch pierwszych filmowych "Iron Manów", przyznał, że postać Starka wzorował na Elonie Musku – libertariańskim milionerze, przedsiębiorcy i wynalazcy, założycielu Tesla Motors i PayPala. Musk ma zresztą cameo w drugiej części serii.
O ile Stark wyjęty jest z Ayn Rand, o tyle Banner – z poczciwej, lewicowej powieści kampusowej.
Jakub Majmurek

Oryginalny Stark został stworzony przez Stana Lee dwie dekady później od Kapitana Ameryki, w latach 60., w okresie wojny w Wietnamie i rozkwitu amerykańskiej kontrkultury. Jak wspominał Lee, tworząc Iron Mana, postawił sobie zadanie skonstruowania bohatera, który będzie reprezentował wszystko, czego jego młodzi czytelnicy – na ogół mniej lub bardziej sympatyzujący z ruchami okołohipisowskim – nienawidzili; wszystko, czym pogardzali. Zrobił więc bohatera z prawicowca, milionera, militarysty i producenta broni. Wyzwanie sprzedania takiej postaci, publiczności, która nie powinna być jej chętna, powiodło się znakomicie.

W wersji Lee Tony Stark zmienia się w Iron Mana w obozie jenieckim Vietcongu. W filmie z 2008 roku w obozie jenieckim w Afganistanie, okupowanym przez wojska dowodzonej przez Amerykanów koalicji, w ramach rozpętanej przez administrację Busha jr. tzw. wojny z terrorem. Kontekst tej wojny powraca w wielu filmach Marvela. W pierwszych "Avengerach", w bitwie o Nowy Jork, jaką grupa tytułowych bohaterów toczy z siłami Lokiego, trudno nie dopatrzyć się metaforycznego obrazu 11 września. "Wojna z terrorem" to ważne tło wszystkich "Iron Manów".

Jak zauważa London Palmer (źródło), dzieje się tu ciekawa rzecz. Z jednej strony widz skłaniany jest do identyfikacji z bohaterem reprezentującym kompleks przemysłowo-wojskowy, który walczy o przetrwanie nie tyle Ameryki, co swojego przemysłowego imperium. Ale przy tym prawdziwym źródłem zagrożenia koniec końców okazuje się ten sam system, jaki reprezentuje Stark. Ten schemat szczególnie silnie działa w drugiej i trzeciej części. Przeciwnikami Starka z początku wydają się egzotyczni złoczyńcy, reprezentujący Innego zagrażającego Ameryce – w drugiej części jest nim Rosjanin Ivan Vanko, w trzeciej Mandaryn. W toku rozwoju fabuły okazuje się jednak, że to nie oni są prawdziwym zagrożeniem. Ameryce nie grozi ani gniew upokorzonej Rosji (Vanko), ani egzotycznych peryferii. Za Vanko stoi konkurent Starka, Justin Hammer. Zaś Mandaryn – wyglądający jak dziwaczne skrzyżowanie Osamy ben Ladena z Doktorem Fu Manchu – okazuje się drugorzędnym aktorem, nagrywającym swoje pełne gniewu wobec Ameryki komunikaty w studio wynajętym przez miliardera Aldricha Killiana. Cała retoryka "wojny z terrorem", "starcia cywilizacji" itd. to  humbug – prawdziwym źródłem konfliktu jest rywalizacja biznesowych potęg.

Killian i Hammer osobowościowo bardzo przypominają Starka. Są narcystyczni, ogarnięci obsesją doskonałości, władzy, kontroli, potęgi. U Starka wszystkie te cechy składają się w mieszankę, na której w sumie korzysta cała Ameryka. Wystarczy jednak drobne przesunięcie tych cech, by stały się źródłem chaosu i zagrożenia.

Uczniowie czarnoksiężnika

Sam Stark także, w drugiej części "Avengersów", wyzwala siły, nad którymi nie potrafi zapanować. Historia zbuntowanego Ultrona okazuje się testem rzeczywistości weryfikującym libertariańskie fantazje o wszechmocnej, genialnej jednostce, zdolnej samodzielnie przynieść ziemi pokój. W tym kontekście ciekawie wygląda zestawienie Starka z Bruce'em Bannerem, filmowym Hulkiem. O ile Stark wyjęty jest z Ayn Rand, o tyle Banner – z poczciwej, lewicowej powieści kampusowej. Gdyby urodził się wcześniej, prawdopodobnie protestowałby przeciw wojnie w Wietnamie, w młodości pewnie pracował w Korpusie Pokoju; gdy poznajemy go w pierwszych "Avengersach", niesie pomoc medyczną w ekstremalnie ubogim regionie Indii.
BruceBanner_AOU.jpg

Banner nie zaprzęga swojego geniuszu do zarabiania pieniędzy. Ale podobnie jak Starka gubi go pycha. Rozpętuje siły, nad którymi nie panuje. Co, gorsza, rozpętuje je w sobie – nie może ich zniszczyć, nie niszcząc siebie. O ile Stark (choć ciągle dręczony przez depresję i wątpliwości) reprezentuje libertariańską maniakalną fantazję o wszechwładnej jednostce, o tyle Banner jest postacią w ciągłej depresji. Która na własnej skórze przekroczyła tę fantazję i wie, że nie ma większego przekleństwa niż nieskończona siła.

Working class heroes

O ile kontekst "Avengersów" i "Iron Manów" wyznacza "wojna z terrorem", o tyle kontekst nakręconego pod szyldem Marvela dla Netflixa (i dzielącego z "Avengersami" filmowe uniwersum) "Daredevila" wyznacza kryzys finansowy z 2008 roku. Jesteśmy w Hell’s Kitchen, dzielnicy nędzy na Manhattanie. Matt Murdock, początkujący prawnik za dnia, zamaskowany mściciel po zmroku, jest bohaterem walczącym w imieniu "99%", których Ameryka zostawiła na pastwę tych, którzy gotowi są na wszystko, by dostać się do 1%. Murdock jest bez wątpienia bohaterem ludowym, odrzuca karierę w prawniczej korporacji i wybiera służbę dla tych, którzy na drogich, korporacyjnych prawników nigdy nie będą sobie mogli pozwolić.

Jak na łamach "The New Republic" pisał Jeet Heer (źródło), prawdziwym wrogiem serialowego Daredevila nie jest wcale Kingpin, ale gentryfikacja. W naukach społecznych nazywa się tak prowadzony przez mechanizmy rynkowe (na ogół pod auspicjami deweloperów) proces "rewitalizacji" niegdyś ubogich dzielnic, prowadzący do podwyżki czynszów i stopniowego cenowego wypierania z nich dawnych mieszkańców i tworzonej przez nich tkanki społecznej. "Daredevil" to oczywiście nie "The Wire", ale stopień realizmu w przedstawianiu brutalnej polityki ekonomicznej współczesnego miasta jest w serialu bardzo duży: wojny gangów, handel ludźmi, skorumpowane służby, Wall Street piorące pieniądze przestępców, sprzedawanie domów z lokatorami, przymusowe eksmisje, podpalenia i bomby, mające wygnać niewygodnych (niezdolnych płacić zbyt wiele) lokatorów. Daredevil to ostatecznie bojownik o prawo do miasta dla wszystkich.

Bohaterem ludowym zawsze był też Spider-Man. Wychowany w skromnej rodzinie, ciągle nie mogący finansowo wyjść na swoje, imający się różnych fuch, nieraz zmagający się z tym, skąd wziąć pieniądze na czynsz. Szczególnie silnie ten rys Człowieka-Pająka widać było w "Niesamowitym Spider-Manie" z Andrew Garfieldem w tytułowej roli. W ostatecznej konfrontacji bohatera z Jaszczurem całe miasto, cała jego klasa pracująca – operatorzy dźwigów, kierowcy, autobusów itd. – staje po stronie swojego bohatera i pomaga mu pokonać zło. Spider-Man nie dzieli na razie wspólnego uniwersum z Avengersami, ale podobno ma zacząć. Peter Parker ma na początku pojawić się w kolejnej części "Kapitana Ameryki", a następnie w osadzonym już w pełni uniwersum nowym "Spider-Manie" w 2017 roku.

Bohater jako sygnalista albo przywrócić zaufanie


Z kolei z obawami epoki Obamy najsilniej koresponduje "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz". Kontrowersje wokół T.A.R.C.Z.Y. zbiegają się ze sporem o aktywność NSA, jaki wywołało ujawnienie przez Edwarda Snowdena rewelacji o skali inwigilacji Amerykanów przez tą agencję. W filmie T.A.R.C.Z.A przygotowuje Project Inside: trzy potężne krążowniki mają patrolować z powietrza ziemię i – odczytując DNA osób podejrzanych o terroryzm – "likwidować z wyprzedzeniem potencjalne zagrożenia". W ich ocenianiu ma pomagać specjalny algorytm, monitorujący aktywność on-line wszystkich mieszkańców globu. Trudno nie dopatrzyć się tu analogii do działalności NSA i prowadzonej przez administrację Obamy wojny przy pomocy dronów, dokonujących niedających szans ofiarom egzekucji na osobach podejrzewanych o stwarzanie zagrożenia dla Ameryki.

Tytułowy bohater odrzuca taki paranoiczny świat totalnej inwigilacji. Czarna Wdowa, na końcu filmu, umieszcza sekrety T.A.R.C.Z.Y w sieci, czyniąc je przejrzystymi dla wszystkich obywateli. Bohaterka robi to samo, co głośni sygnaliści – Chelsea Manning i Edward Snowden – postaci ciągle w Ameryce kontrowersyjne. Film wyraźnie opowiada się po stornie przekonującej, iż nie ma efektywnego bezpieczeństwa, bez minimum kontroli nad dbającymi o nie instytucjami.

Nie ma go też bez minimum zaufania. Próbą odbudowy zaufania do skompromitowanej T.A.R.C.Z.Y zajmuje się drugi sezon serialu "Agenci T.A.R.C.Z.Y.". Agencja jest skompromitowana, nikt jej nie ufa, zaufać sobie i dogadać się nie jest też w stanie nowe kierownictwo. Problem zaufania zostaje w dodatku przepisany na  motyw relacji między kierującym agencją Coulsonem a agentką Sky – relacje między nimi przypominają te między ojcem a córką. Po drugim sezonie, mimo wszystkich swoich kryzysów i słabości, Coulson wyłania się w końcu jako figura dobrotliwej, sprawiedliwej, patriarchalnej, a przy tym postępowej władzy. Figura, na którą nadziei nie spełnił chyba Obama. A której zmęczona wojną z terrorem, kryzysem, dronami i inwigilacją NSA Ameryka bardzo dziś potrzebuje.
26