Jakub Socha

To wielki świat, Steven

Gorączka złota
/fwm/article/To+wielki+%C5%9Bwiat%2C+Steven-132701
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/To+wielki+%C5%9Bwiat%2C+Steven-132701

To wielki świat, Steven

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Gdy niedawno pojawił się po raz kolejny w "Saturday Night Live" – posiwiały, w eleganckim, szarym garniturze, rzucono mu w twarz, że może już pora, żeby przestał się wygłupiać. Czas wrócić do źródeł.

Jakub Socha przygląda się komediowemu emploi Steve'a Carella. 

***


Gdy niedawno pojawił się po raz kolejny w "Saturday Night Live" – posiwiały, w eleganckim, szarym garniturze, rzucono mu w twarz, że może już pora, żeby przestał się wygłupiać. Czas wrócić do źródeł i przestać przyjmować role: ojców, którzy próbują wydobyć z uzależnienia pięknego syna; posępnych milionerów, zagubionych we własnym libido, marzących o karierze zapaśniczej; zmagających się z kryzysem finansowym bankierów; jastrzębi z Białego Domu, wypowiadających wojnę całemu światu. To chyba jedna z bardziej niezwykłych zmian wizerunkowych w amerykańskim kinie – Steve Carell w pewnym momencie poczuł, że chciałby, żeby traktowano go na poważnie, zostawił więc delikatne komedie, które przyniosły mu sławę. Rzucił się na głęboką wodę, ale występami w "Foxcatcherze" czy "Big Short" szybko udowodnił, że potrafi pływać nie tylko w swoim basenie. Mijają jednak lata i ludzie zaczynają się niecierpliwić, no dobrze, pokazałeś swoje, a teraz może wreszcie wrócisz tam, skąd tak naprawdę przyszedłeś, czyli do "The Office". Tę prośbę w trakcie "SNL" wyraziła nawet jego rodzina.

W amerykańskiej wersji serialu, stworzonego przez Ricky'ego Gervaisa, Carell wcielił się w Michaela Scotta, managera biura regionalnego firmy papierniczej Dunder Mifflin. Co to jest za postać. Demon zniszczenia, wzór żałości, wieczny dzieciak, stary kawaler, marzyciel, obibok, niepoprawny kochanek, napalony kapitalista, niespełniony człowiek sukcesu, zakładnik własnej głupoty. Scott jest każdym z nich i równocześnie jest kimś więcej – wyalienowanym socjopatą i człowiekiem głęboko rodzinnym, reprezentantem ostatniego pokolenia amerykańskich przedsiębiorców, które wychowało się na popkulturze i nie wychowało się na internecie. Żyjącego w czasach wiary w kapitalizm, osobistych kontaktów z klientami, kredytów hipotecznych, otoczonego morzem niepotrzebnych przedmiotów, wierzącego, że los człowieka jest w jego rękach i że wszystko na pewno skończy się dobrze.

Nad Dunder Mifflin ciągle wiszą czarne chmury – widmo restrukturyzacji, zwolnień i innowacji, wprowadzane są nowe urządzenia, mające usprawnić działanie, kierownictwo krzyczy: więcej efektywności, więcej zysków, na pewnym etapie zostaje nawet uruchomiona strona internetowa. Biuro jednak wydaje się impregnowane na zmiany, wszyscy tu obstają ślepo przy swoim, co więcej, to trwanie okazuje się przynosić sukcesy. Inne oddziały upadają, a ten, którym kieruje Michael Scott, trwa. Kieruje to zresztą za dużo powiedziane – Scott traktuje miejsce pracy jak prywatny plac zabaw. Czas upływa mu na wymyślaniu żartów, organizowaniu kolejnych niepotrzebnych spotkań w sali konferencyjnej, pakowaniu się w kłopoty i obmyślaniu swojej karier w show biznesie. Pracownicy mają go po dziurki w nosie, podnoszą błagalnie oczy ku niebu, prosząc je, żeby ich szef po prostu zniknął, ale równocześnie, jakimś dziwnym trafem, troszczą się o niego i nie wyobrażają sobie bez niego życia. Wiedzą, że ten męczący nieudacznik ma w gruncie rzeczy dobre serce i traktuje ich inaczej niż po prostu swoich pracowników – widzi w nich przyjaciół, biuro to dla niego dom, rodzina, której nigdy nie miał. Steve Carell obdarza tę postać niepohamowaną energią, ale to energia inna od tej reprezentowanej przez Jima Carreya, inna od tej, którą uosabiają Ben Stiller czy Adam Sandler. Wariactwa, obsceny i neurozy Carell przełamuje za każdym razem czymś ciepłym, pewnym rodzajem bezbronności, co sprawia, że trudno się od Scotta zdystansować, widzieć w nim zaledwie świra, ewentualnie kogoś, kto nigdy nie powinien schodzić z kozetki u psychoanalityka.

Rola Michaela Scotta w amerykańskiej wersji "The Office" to popisowy numer Carella.
Jakub Socha
Ten rodzaj bohatera to popisowy numer Carella – zbudował na nim całą swoją karierę. Już przecież Andy, bohater "40-letniego prawiczka" Judda Apatowa, który premierę miał w tym samym roku, co pierwszy sezon "The Office", jest niedalekim kuzynem Michaela. Chodzi najczęściej w adidasach, najbardziej lubi koszulki polo, garnitur na nim źle leży, wytrenowana klata słabo współgra z jego rozbieganym wzrokiem i fryzurą harcerzyka. Facet ma problemy z nawiązywaniem relacji, śladowe doświadczenia seksualne, najlepiej odnajduje się w świecie popkultury, to do niego ucieka, ale marzy tak naprawdę o tym, żeby znaleźć sobie dziewczynę, może być nawet dziewczyna z dzieckiem, i zacząć normalne życie. W "Kolacji dla palantów" Jaya Roacha to samo – tym razem Carell wciela się w Barry'ego, dziwaka i samotnika, twórcę kukiełek, ogarniętego obsesją, żeby przepisać cały świat po swojemu i zbudować swój własny, w którym ludzi zastąpią zrobione przez niego myszki. W "Przyjacielu do końca świata" gra Dodge'a, wycofanego sprzedawcę polis na życie, który nie ma nikogo, z kim mógłby czekać na koniec świata. Nawet Andy, bohater "Dorwać Smarta", który pracuje dla agencji wywiadowczej, niespecjalnie wygląda na superszpiega, raczej przypomina nerda sprzed komputera, nieprzypadkowo więc wśród nerdów czuje się najlepiej. Nie przeszkadza mu to w zdobyciu najpiękniejszej dziewczyny w mieście – ten cel napędza zresztą większość bohaterów granych przez Carella.

I tak lądujemy w innym podzbiorze, filmów o 40-letnich prawiczkach, którym dziwnym trafem w życiu się powiodło – porzucili resoraki, zdobyli dziewczynę, zbudowali dom, urodziły im się zdrowe dzieci, co wcale nie znaczy, że są teraz bardzo szczęśliwi. W "Kocha, lubi, szanuje" Carell gra Cala, przykładnego męża rodziny, od którego odchodzi żona, bo zwyczajnie boi się, że w tym związku umrze z nudów. Facet nie wie, co ze sobą zrobić, całe szczęście trafia pod skrzydła młodego playboya i przechodzi szybko reedukację w temacie "co to znaczy być mężczyzna". Zdejmuje sprane jeansy, koszulkę polo, zakłada dobrze dopasowaną marynarkę, uczy się, jak flirtować, i od razu kryzys zostaje zażegnany. W "Nocnej randce" Shawna Levy'ego nudne mieszczańskie życie Phila Fostera nabiera rumieńców, gdy wraz z małżonką zostaje wplątany w aferę, która zahacza o świat polityki i mafii. W "Ja cię kocham, a ty z nim" Petera Hedgesa Dan, ojciec i wdowiec, człowiek do rany przyłóż, wraca do żywych po tym, jak spotyka Marie, dziewczynę swojego młodszego brata i decyduje się, by mu tę dziewczynę odbić. Do drużyny tych apatycznych, amerykańskich mieszczuchów pasowałby pewnie też Ben Cooper z filmu o bardzo długim tytule "Aleksander – okropny, straszny, niezbyt dobry, bardzo zły dzień" Miguela Artety – inżynier zajmujący się kosmosem, który, jako że niedawno stracił pracę, zajmuje się domem – ogarnia dzieci i smaży wszystkim na śniadanie frittatę. Ben w końcu dostaje nową pracę, tyle że jest to praca u dzieciaków, które robią gry komputerowe. I tak dziwne koło się domyka, a w tym kole jest sporo z najnowszej historii Ameryki – nerdy z lat 90. dorosły, ustatkowały się, potem wpadły w depresję, straciły pracę, teraz zyskują nową u Pokolenia Z, które urodziło się w internecie.

"Kocha, lubi, szanuje"

Chlastany ze wszech stron film "Witajcie w Marwen" Roberta Zemeckisa, który zaledwie przemknął przez ekrany, przenosi postać odtwarzaną wielokrotnie przez Carella na zupełnie inny poziom. Oto Mark Hogancamp, utalentowany rysownik, który odczuwa duży pociąg do chodzenia w szpilkach i do ponętnych kobiet, szerokich w biodrach i ze sporym biustem, zostaje pobity w barze przez kilku bandytów, co sprawia, że ucieka ze świata. Tak jak bohater "Kolacji dla palantów", wytwarza swój własny, tym razem jednak nie jest to świat gryzoni, tylko fikcyjna belgijska mieścina, zamieszkiwana przez kapitana Hogiego, alter ego Hogancampa, amerykańskiego pilota z czasów II wojny, walczącego u boku ponętnych amazonek z bandą sadystycznych hitlerowców. Fikcja wdziera się w życie skrzywdzonego mężczyzny za każdym razem, gdy realny świat zwyczajnie go przerasta. Jest dla niego schronem; to dlatego, gdy tylko wychodzi ze swojego domu, ciągnie za sobą zabawkowego jeepa, w którym siedzą lalki: Hogie i jego uzbrojone po zęby przyjaciółki. Choć znów pojawia się na horyzoncie "miłość życia", Hogancamp nie zbuduje tym razem szczęśliwego domu, nie urodzi mu się banda szczęśliwych dzieciaków. Oświadczając się swojej wybrance, usłyszy: "Jesteśmy na zupełnie innym etapie życia". I wcale nie jest powiedziane, że u niego ten nowy etap w ogóle nastąpi. Ale właśnie przez to fikcja, w której niejednokrotnie pomieszkują bohaterowie Carella, staje się w filmie Zemeckisa nie snem, z którego każdy człowiek musi się wybudzić, etapem na drodze ku prawdziwej dorosłości, tylko czymś niezbędnym do życia. Przestrzenią, gdzie mogą hulać ze sobą wyobraźnia i wolność. Alternatywą dla prawdziwego świata, który wydaje się za duży, żeby się w nim całkowicie zadomowić.
19