44. FPFF w Gdyni: Kłamcy, kłamcy

Filmweb autor: , /
https://www.filmweb.pl/news/44.+FPFF+w+Gdyni%3A+K%C5%82amcy%2C+k%C5%82amcy-134698
44. Festiwal w Gdyni ruszył pełną parą. Już wkrótce nasze pierwsze wywiady wideo z gośćmi imprezy, a tymczasem - porcja recenzji. Michał Walkiewicz obejrzał w sekcji Panorama "(Nie)znajomych", czyli udany remake włoskiego hitu "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Tymczasem Marcin Stachowicz sprawdził, czy konkursowa "Supernova" faktycznie rozbłysła.

Rozmowy kontrolowane


Nic tak nie łączy, jak wspólne poczucie winy. Produkowane taśmowo przeróbki włoskiego hitu "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" w reżyserii Paolo Genovese, rozsadzają box office pod każdą szerokością geograficzną - od Meksyku, przez Koreę Południową, po Turcję. W Polsce zapewne nie będzie inaczej. "(Nie)znajomi" to remake inteligentnie dostosowany do rodzimych realiów, a przede wszystkim - zgrabnie napisana opowieść o grzeszkach klasy średniej. W tym lusterku możemy przeglądać się bez końca.


Zasady są proste: do stołu siadają trzy pary i jeden singiel, a kiedy wszyscy objedzą się już wegetariańskimi frykasami i znudzi im się nowobogacka etykieta, na stole lądują telefony. To gra w otwarte karty: każdy sms zostaje odczytany na głos, a każda rozmowa odbywa się pod czujnym okiem współbiesiadników. Niektórzy zachowują pokerową twarz, inni próbują wciągać sojuszników w akty podwójnej lojalności, jeszcze inni pocą się i nerwowo spoglądają na wyświetlacz. Wszyscy twierdzą, że nie mają nic do ukrycia i - jak nietrudno się domyślić - wszyscy kłamią. Kiedy telefony zaczynają dzwonić, a kolejne podsłuchane rozmowy zamieniają się w materiał dowodowy, iluzja dostatniego, uporządkowanego życia rozpada się jak domek z kart.

Chociaż na ekranie momentami dzieją się dantejskie sceny, zaś głównym elementem polskiego "kolorytu" jest malkontenctwo na granicy życiowej tragedii, największym dobrodziejstwem oryginalnego tekstu pozostaje pojemna, uniwersalna formuła komedii charakterów. Łatwo wyobrazić sobie podobny film jako kolejną inkarnację kina moralnego niepokoju, rozprawkę o ludziach w egzystencjalnej matni. Nic z tych rzeczy: fabularny i scenariopisarski debiut Tadeusza Śliwy ("Ucho prezesa") to przede wszystkim rozegrana na styku dzikiej komedii oraz dramatu psychologicznego połajanka wszelkich form hipokryzji. Bohaterowie pociągnięci są wyrazistą kreską, typy rozciągają się od wyliniałej królowej lodu, przez polskiego maczo z dziada pradziada, po new ageową poszukiwaczkę złotego środka. Ale właśnie dzięki tak jaskrawym kontrastom, udaje się wyeksponować to, co w filmie najistotniejsze, czyli opowieść o niewspółmierności potrzeb - emocjonalnych, duchowych, seksualnych.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.

Wirowanie

Ujęcie pustej wiejskiej drogi. Po prawej chałupy, po lewej chałupy, a w środku my, czekając, aż wstęga opowieści zacznie się rozwijać. Z takiego początku może się urodzić właściwie wszystko. Groza, miłość, nuda. Tanie podglądactwo. Mały albo duży szwindel. Przygoda. Osobiście, wpatrując się w ten znajomy widok, spodziewałem się kolejnej scenki rodzajowej z życia polskiego zacofania. Wizyty w gabinecie narodowych stereotypów rodem z "Twarzy" Małgorzaty Szumowskiej. Tymczasem wstęga "Supernovy" wiruje coraz szybciej i szybciej, obraca się wytrwale wokół własnej osi i wciąga w swój wir kolejne postaci, sytuacje i emocje. Naturalizm społeczny miesza się z dramatem policyjnym, z akcją tak gęstą od napięcia, że wystarczy jeden drobny ruch, jedna nieopatrznie zapalona zapałka, żeby wszystko obróciło się w popiół.


Nie ulega wątpliwości: w swoim długometrażowym debiucie Bartosz Kruhlik udowodnia, że potrafi wyłuskać większe terytorium z małego punktu na mapie. "Supernova" to ten rodzaj kina, który wchodzi po czubek głowy w sytuację, wbija się w sam środek eskalującego konfliktu i robi to z byka, rozpychając się łokciami, podchodząc tak blisko gorącego jądra wydarzeń, jak to tylko możliwe. Przez cały seans siedzi się zatem jak na gwoździu, czekając na wytchnienie, odreagowanie, cokolwiek, co pozwoliłoby przerwać spiralę stresu i ugasić dymiący lont. Kubeł zimnej wodny zbliża się bardzo powoli.

Zaczyna się realistycznie i w miarę spokojnie: Iwona (Agnieszka Skibicka) ucieka ze wsi z dwojgiem małych dzieci. Jej śladem podąża pijany w sztok mąż Michał (Marcin Zarzeczny), który bełkotem, prośbą i groźbą usiłuje zatrzymać rodzinę w domu. W tle pojawia się miłość do niejakiego Sławka (Marek Braun), ale także nieudane próby wyjścia z alkoholowego koła. W tej szamotaninie na wiejskiej drodze niespodziewanie, trochę jak przybysz z innego wymiaru, pojawia się czarna limuzyna z białym kołnierzykiem w środku. Kierowca pyta Michała o drogę, a ten, zamiast odpowiedzieć, wyrzyguje się na przednie siedzenie auta i osuwa do rowu. Nie ma pojęcia, że kiedy tak sobie słodko zgonuje w przydrożnych chaszczach, kilka metrów dalej rozgrywają dantejskie sceny, które zerwą na nogi wszystkie okoliczne służby mundurowe, mieszkańców wsi na czele z księdzem proboszczem i sołtysem, a nawet krajowych polityków. Rozpoczyna się coś na kształt piekielnego tańca klasowych resentymentów, wielkomiejskiej pogardy, ironicznego losu i nadziei, że świat skrajnych emocji, które znamy tylko z kina i telewizji, ominie nas i zostawi w świętym spokoju.

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: