MDAG: Recenzujemy "Tajemnice Showgirls"

https://www.filmweb.pl/news/MDAG%3A+Recenzujemy+%22Tajemnice+Showgirls%22-139536
MDAG: Recenzujemy "Tajemnice Showgirls"
Miłośnicy kina dokumentalnego wciąż mogą oglądać najciekawsze dokumenty z programu 17. Festiwalu Millennium Docs Against Gravity w wersji online. Internetowa edycja imprezy potrwa do 4 października. Dziś mamy dla Was recenzję "Tajemnic Showgirls", w którym debiutant Jeffrey McHale przygląda się hitowi Paula Verhoevena z 1995 roku. 

Sprawdźcie, co o filmie sądzi Ewelina Leszczyńska. 

***


Sekretne życie "Showgirls"

recenzja filmu "Tajemnice Showgirls", reż. Jeffrey McHale

Mogłoby się wydawać, że porównywanie "Showgirls" do obsypanych nagrodami i ukochanych przez kinomanów na całym świecie dzieł Roberta Zemeckisa i Sama Mendesa nie ma większego sensu. Na początku 1996 roku film Paula Verhoevena zatryumfował na rozdaniu Złotych Malin, ukrócając dobrą passę scenarzysty Joego Eszterhasa ("Nagi instynkt") i, mimo że nie zdążyła się ona właściwie zacząć, pogrzebał karierę Elizabeth Berkley. Aktorce, "docenionej" za najgorszą rolę żeńską oraz najgorszy debiut, nie pomógł nawet epizod w "Klątwie skorpiona" Woody'ego Allena. Do "malinowego pokera" zabrakło wprawdzie nagrody dla Kyle'a MacLachlana, ale bez obaw! Występ w "Showgirls" i tak odbił się na jego popularności (szersza publiczność przypomniała sobie o nim dopiero, kiedy Marc Cherry obsadził go w "Gotowych na wszystko"). Dodajmy do tego spektakularną klapę finansową – zwróciła się zaledwie połowa budżetu – i voilà! Oto pełny obraz porażki, jakiej synonimem na lata stała się historia rywalizujących ze sobą striptizerek.

Nie wszyscy zdecydowali się jednak spuścić na "Showgirls" zasłonę milczenia i traktować je wyłącznie jako wypadek przy pracy, kuriozum w filmografii pochodzącego z Holandii reżysera. Debiutujący za kamerą Jeffrey McHale, który podobnie jak Verhoeven lubi prowokować, śmiało sięga po skrywane przez ekranową Nomi tajemnice. Nie tylko umieszcza niesławną produkcję w kontekście innych dzieł twórcy "Nagiego instynktu" – czasem dosłownie wmontowując pląsy tancerek egzotycznych do scen z "Czwartego człowieka", "Robocopa", "Pamięci absolutnej" czy późniejszych "Żołnierzy kosmosu" – ale też zaprasza do udziału w swoim dokumencie entuzjastów midnight movies i znawców tematu. Unika przy tym konwencji gadających głów, monologi kolejnych członków ekipy, krytyków czy fanów filmu wykorzystując jako komentarz do kampowego spektaklu. Nawet jeśli efekt, jaki udaje mu się dzięki temu osiągnąć, nie jest szczególnie oryginalny, pozwala on docenić widzowi wirtuozerię, z jaką Verhoeven komponuje kolejne kadry, a przy okazji wyeksponować kryjący się pod nimi cynizm i przewrotność fabuły. 

Zagłębiając się w graną na wysokich tonach, pełnej nagich biustów i mizoginii historię, można bowiem odkryć kampową opowieść o kobietach, które, nie mając oporów przed eksponowaniem golizny, czerpią siłę ze swojej seksualności, używając jej nie tylko jako środka do osiągnięcia celu, ale także narzędzia zemsty na patriarchalnym społeczeństwie. Choć film powstał w połowie lat 90., oferuje trafne i niezwykle wyczerpujące podsumowanie ostatniej dekady XX wieku, jednocześnie wyprzedzając swoją epokę. Absurdalne dialogi, pełne chipsów, burgerów i fantazyjnie ozdobionych paznokci, zaczynają funkcjonować jako kod kulturowy, a wymienione artefakty nabierają metaforycznego znaczenia w relacjach między Nomi a graną przez Ginę Gershon Crystal. Analizując pełne erotycznego napięcia relacje między bohaterkami, łatwo zauważyć atrakcyjność filmu dla osób LGBT+. Zresztą to właśnie jego nieheteronormatywni wielbiciele w znacznej mierze przyczynili się do jego popularyzacji, organizując pokazy dla fanów i inspirowane nim spektakle.

Całą recenzję autorstwa Eweliny Leszczyńskiej przeczytacie TUTAJ
Udostępnij: