MDAG 2023: czy warto iść na "Solaris, mon amour" i "Umberto Eco i bibliotekę świata"?

Filmweb autor: , /
https://www.filmweb.pl/news/MDAG+2023%3A+czy+warto+i%C5%9B%C4%87+na+%22Solaris%2C+mon+amour%22+i+%22Umberto+Eco+i+bibliotek%C4%99+%C5%9Bwiata%22-150752
MDAG 2023: czy warto iść na "Solaris, mon amour" i "Umberto Eco i bibliotekę świata"?
Trwa święto kina dokumentalnego – jubileuszowa, 20. edycja festiwalu Millennium Docs Against Gravity. Na miejscu są nasi recenzenci, którzy dzielą się z Wami swoimi wrażeniami z wybranych filmów. Marcin Stachowicz obejrzał "Solaris, mon amour" – trzeci dokument Kuby Mikurdy, laureata Nosów Chopina w latach 2018 i 2021. Choć kino wciąż pozostaje w kręgu jego zainteresowań, tym razem staje się ono nie tyle tematem, co medium, za pomocą którego tworzy nową, szalenie osobistą opowieść. Z kolei Gabriel Krawczyk pisze o filmie "Umberto Eco i biblioteka świata", w którym autor "Imienia róży" oprowadza nas po swojej "skromnej" biblioteczce. 

Czy warto obejrzeć któryś z tych dokumentów? Tego dowiecie się z poniższych recenzji. 

***


Recenzja filmu "Solaris, mon amour" w reżyserii Kuby Mikurdy


"Podróż do kresu nocy"
autor: Marcin Stachowicz


To pulsuje, przepływa, drży i migocze. Kosmos widziany pod szkłem mikroskopu, wymodelowany w laboratorium, wykopany z ziemi albo ułożony z tysiąca mrugających żaróweczek. Niezależnie, z czego je uformujesz, nieznane musi pozostawać otwarte na pracę wyobraźni: na sensy, lęki i tęsknoty, które – jak rakieta kosmonauty – pokonają siłę grawitacji i wejdą na orbitę z ładunkiem wykradzionym z Ziemi. Obrazy z "Solaris mon amour" otwierają się na interpretacje niczym gościnny właz na niegościnnej planecie, zapraszając pasażerów na poligon doświadczalny świadomości, pamięci kulturowej i cierpliwości. To nie jest normalna sytuacja w polskim kinie – nieważne, bardziej eksperymentalnym czy bardziej konwencjonalnym – tak sobie drwić z przyzwyczajeń widzek i widzów: zmajstrować rzecz wymagającą gimnastyki percepcyjnej, a zarazem opartą na kanonicznym materiale literackim. Tego nie robi się w kraju, który od lat przekreśla wszelkie budżetowe perspektywy na porządne science fiction.

A jednak jest i z nami leci: czterdzieści minut dokumentu w stylu found footage i zarazem opowieści na motywach "Solaris" Stanisława Lema (a dokładnie: na motywach dwóch słuchowisk radiowych z lat 1962 i 1970 zrealizowanych przez Józefa Grotowskiego). Niby wielkiego zaskoczenia tu nie ma, choć przecież można się zdziwić. Wiadomo było, że pomysłodawca konceptu – Kuba Mikurda, raczej badacz i archeolog obrazu niż stereotypowy filmowiec – zaproponuje coś gęstego od znaczeń, zanurzonego w kontekstach historycznych oraz materialnym wymiarze wizualności. "Solaris..." bywa więc bardzo hermetyczne, ale na podstawowym, dramaturgiczno-fabularnym poziomie, to również film zadziwiająco przystępny i nieprzeintelektualizowany. Z wielowątkowej powieści Lema na pierwszy plan idzie jej najbardziej emocjonalny, osobisty aspekt: historia utraty i nieprzepracowanej żałoby, widmo ukochanej osoby, które towarzyszy kosmonaucie Krisowi Kelvinowi w trakcie wędrówki ku temu, co radykalnie obce i niemożliwe do ogarnięcia za pomocą naukowych kategorii. Czytelna narracja działa jak klamra spinająca ławicę niesamowitych obrazów wydobytych z archiwum Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. To one – perfekcyjnie zmontowane przez Laurę Pawelę i z transowym udźwiękowieniem Marcina Lenarczyka – są właściwą osią "Solaris mon amour", praprzyczyną zaistnienia tego filmu oraz dowodem na to, że przemyślana praca z archiwaliami często przynosi efekty dużo oryginalniejsze niż budowanie na całkowicie surowym korzeniu. 

Żeby zobaczyć, z jakiego ogromu różnorodnych wizualiów składa się ten projekt, bardzo polecam wytrwać do końca napisów. Człowiek spodziewa się kilku głównych motywów, tymczasem jest tu dosłownie wszystko: dokumenty o kosmosie i rozwielitkach, materiały z laboratoriów biochemicznych i schematy anatomiczne, wykopaliska i fabryki, kalejdoskopowe eksplozje i radiografia metali. Przekładnie, wzmacniacze lampowe, zegary, archaiczne okablowania, gumowe skafandry i starożytne monitory – całe przepiękne, wzbudzające dreszcz nostalgicznej rozkoszy rekwizytorium wyobraźni retrofuturystycznej. Intelektualny kościec filmu opiera się zresztą na idei kina niezaistniałego. Lem zaczął pisać powieść w 1959 roku, tekst ukazał się drukiem dwa lata później, archiwalia z WFO dokumentują więc technologię, którą musiał obserwować autor, kiedy tworzył własne wizje podróży międzyplanetarnych i kosmonautyki. Gdyby wówczas peerelowska kinematografia porwała się na ekranizację "Solaris", scenografie, rekwizyty i kostiumy z dużym prawdopodobieństwem wyglądałyby właśnie tak, jak to przedstawił Mikurda

Całą recenzję autorstwa Marcina Stachowicza znajdziecie TUTAJ.

Recenzja filmu "Umberto Eco i biblioteka świata" w reżyserii Davide Ferrario


"Bądź (jak) Eco!"
autor: Gabriel Krawczyk


Zanim się obejrzymy, trafimy do labiryntu książek. Po wypełnionym półkami absurdalnie długim korytarzu idziemy za przewodnikiem najlepszym z najlepszych. To Umberto Eco, posiadacz rzeczonej "biblioteczki". Dowcip polega na tym, że gdy zaczynamy już wierzyć (ja uwierzyłem!), że biblioteczny korytarz nie ma końca, okazuje się, że to zaledwie odnoga właściwego zbioru. Trafiamy do serca labiryntu, tej olbrzymiej scenografii z kolekcją antykwarycznych dziwowisk, którą stary Eco pokonuje powoli, lecz pewnie, by śmiałym gestem sięgnąć po jeden z dziesiątek tysięcy tomów – dokładnie ten, który w oceanie pożółkłych stron i wystających grzbietów od początku dla nas wypatrzył.

Zobaczymy ten, zobaczymy i inne. W dokumencie "Umberto Eco i biblioteka świata" prześledzimy tok myślenia włoskiego kolekcjonera. Biblioteka była dla niego metaforą wiedzy (i ignorancji), pamięci (a więc i zapominania), Boga (w którego nie wierzył) i świata (w jego materialności i duchowości). Okaże się, że nie tylko rozmiar, ale i charakter czyni jego księgozbiór tak wyjątkowym. Nieżyjący od kilku lat autor "Imienia róży" (a spośród wielu innych książek także konspiracyjnego "Wahadła Foucaulta") okazuje się miłośnikiem wiedzy fałszywej, entuzjastą dawno sfalsyfikowanych teorii o świecie i pseudonaukowych wygibasów. W takim ustawieniu kolekcjonerskich priorytetów jest przewrotność, na którą mogą pozwolić sobie tylko najwięksi. Eco bawi się wiedzą i tą zabawą imponuje – jak w opowieściach o XVII-wiecznym jezuicie, badaczu wulkanów, autorze zmyślonych pamiętników, pomysłodawcy kociej orkiestry, wszystkożernym Athanasiusie Kircherze. W świecie zdominowanym przez mass media i popkulturę Eco przypomina zresztą alchemicznego mędrca. Ze źródeł nam niedostępnych czerpie wiedzę tajemną. Dla własnej intelektualnej przyjemności zdarza mu się konfabulować, lecz dla maluczkich filozoficzną głębię zawiera w inteligentnym dowcipie i zgrabnej anegdocie.

Reżyserujący tę opowieść Davide Ferrario, który pod koniec życia Eco odwiedził Mediolańczyka w jego domu, rozmawia z wdową po profesorze i z jego dziećmi, z dorosłym już wnukiem i ze współpracownikami zarządzającymi – dziś szerzej dostępną – książnicą. Dokumentalista przeplata fragmenty telewizyjnych wywiadów i rocznicowych wykładów z recytowanymi przez aktorów i aktorki fragmentami jego tekstów. Z mrugnięciem oka odgrywane cytaty pomysłowo inscenizuje w okołoksiążkowych przestrzeniach. Jest w tym (jak i w całym dokumencie) lekkość właściwa Ecowskim felietonom. Formalnej ewolucji niby brak, lecz owa narracja oddaje zgrabność myśli, ogrom wiedzy i kapitalne, a przy tym dziwnie kojące poczucie humoru poczytnego naukowca. Choć dostajemy dokument spełniający standardy bibliofilskiego porno, z celebracją opasłych woluminów sprzed wieków i odyseją po najciekawszych architektonicznie bibliotekach świata, film o czytaniu nie przesłania atrakcyjności obcowania z kulturą w jej lżejszych odmianach. Pan z uniwersyteckiej katedry kolegował się przecież z Charliem Brownem i wierzył w Supermana (jak na semiologa przystało). Jego bibliotekę wypełniały mapy legendarnych krain, anatomiczne szkice, zabytkowe rękopisy, wreszcie – jego własne zapiski na marginesach, do których, jak uważał, miał święte prawo.

Całą recenzję autorstwa Gabriela Krawczyka znajdziecie TUTAJ.