Wróblewski o Cannes na stronach Filmwebu i Polityki

2922.$.jpg
Już w środę w Cannes rozpocznie się jedna z najważniejszych imprez filmowych na świecie. Po raz 62 mistrzowie kina oraz "nowe nadzieje" chwalą się swoimi dziełami. W tym roku Filmweb przygotował dla was masę atrakcji.

Z ramienia naszej redakcji imprezę relacjonować będzie redaktor Michał Burszta. Ale to nie wszystko. Podjęliśmy współpracę z tygodnikiem Polityka. Janusz Wróblewski, krytyk filmowy Polityki i juror nagrody dziennikarskiej FIPRESCI podczas festiwalu w Cannes, rozpoczął pisanie specjalnego bloga, na którym dzielić się będzie swoimi uwagami z imprezy. Blog ten znajdziecie pod adresem wroblewski.blog.polityka.pl. Wpisy z bloga będziemy również publikować na naszych stronach, abyście mieli jak największe rozeznanie w tym, co dzieje się w stolicy filmowego świata.

Zaczynamy już dziś!

Janusz Wróblewski o Cannes – przed godziną zero. Więcej na stronie bloga TUTAJ.

62. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes. Filmowa olimpiada. Mekka filmowców. Święto kina.

Rozpoczynające się w środę canneńskie zmagania będą przyciągać uwagę całego świata. W czasie 12 festiwalowych dni 70-tysięczny kurort zamieni się w oblężoną twierdzę zdolną pomieścić grubo ponad 200 tysięcy gości. W motelach już brakuje miejsc. Restauracje, mimo że pracują 24 godziny na dobę, nie nadążają z realizacją zamówień. Trawniki, plaże, placyki, nawet ławki w parkach są okupowane od rana do wieczora przez turystów i kloszardów pragnących choćby z daleka ujrzeć Angelinę Jolie i Brada Pitta.

Na ulicach trudno się przecisnąć. Słynna nadmorska aleja La Croisette, na której mieści się festiwalowy pałac – zwany bunkrem – przypomina wesołe miasteczko. Najwspanialsze, pięciogwiazdkowe hotele (Martinez, Carlton, Majestic) oklejone są kiczowatymi bilbordami reklamującymi najnowsze superprodukcje. Polujący na celebrytów fotoreporterzy paradują po niej w smokingach – to ich obowiązkowy strój, bez którego nigdzie nie są wpuszczani. Na każdym kroku panuje niemiłosierny zgiełk. Tylko w salach kinowych usłyszeć można ciszę.

Schizofreniczne rozdarcie na rozwrzeszczaną, wszechobecną sztukę jarmarczną i tę nieskalaną, „prawdziwą” stanowi znak firmowy Cannes. Na zewnątrz cyrk i błazenada, a w salach projekcyjnych adoracja rzeczy wzniosłych, kult kina autorskiego i dyskusje na temat nierozwiązywalnych problemów globalnych. Rozpoczynający się dziś festiwal z tego rozchwiania czyni zasadę. Również programową, bo w głównym konkursie – jak nigdy dotąd – zostały przemieszane ze sobą tytuły bardzo różne. Baśnie, thrillery, horrory, kryminały, musicale. Utwory komercyjne, sensacyjne, a z drugiej strony ciężkie, poważne dramaty o rodzinnych tragediach i miłosnym szaleństwie, odbijające niepokoje epoki ekonomicznego kryzysu.

Na wieczorne otwarcie zapowiedziano kreskówkę wytwórni Disney Pixar zrealizowaną w technice 3D Up Pete'a Doctera – speca od dobrej zabawy, który próbkę swych umiejętności zaprezentował już w przeboju Potwory i Spółka. Trudno podejrzewać, aby familijna komedia rysunkowa o 78-letnim marzycielu, który wyrusza balonem na podbój Ameryki Południowej (z 9-letnim pasażerem na gapę), była przeznaczona dla wymagających widzów. Do zdecydowanie rozrywkowego repertuaru należy również Inglourious Basterds Quentina Tarantino. To dwuipółgodzinne wojenne widowisko króla filmowej tandety opowiada o specjalnie wyszkolonej grupie żydowskich komandosów, którzy mają misję zlikwidowania przywódców III Rzeszy (będzie pokazane w przyszłą środę). Podobnie Thirst – upozowana na kino grozy historia katolickiego księdza zamienionego w wampira i namówionego przez kochankę do zamordowania jej męża, autorstwa obdarzonego nieokiełznaną wyobraźnią Koreańczyka Parka Chan-Wooka (OldBoy). A także Antichrist Larsa Von Triera, o którym już krążą plotki, że to satanistyczny, półpornograficzny horror niemający nic wspólnego z ambitną Dogmą.

W tonacji serio dostarczycielem głębokich doznań ma być podobno czarno-biały kameralny dramat The White RibbonAustriaka Michaela Hanekego (Ukryte, Pianistka), który tym razem próbuje się przyjrzeć korzeniom niemieckiego totalitaryzmu. Albo Vincere weterana włoskiego kina Marco Bellocchio, przypominającego w tym filmie mało znany epizod biografii Mussoliniego (o bezgranicznie zakochanej w Duce młodej kobiecie, Idzie Dalser, ofiarnie sprzedającej cały swój majątek, aby pomóc ukochanemu finansować działalność faszystowskiej partii). Albo melodramat Bright Star urodzonej w Nowej Zelandii Jane Campion, opisujący ostatnie trzy lata życia prekursora romantyzmu, brytyjskiego poety Johna Keatsa, uwikłanego w tragiczny romans z nienawidzącą literatury projektantką mody.

Spośród 20 konkursowych tytułów zdecydowana większość jest dziełem uznanych twórców, którzy w przeszłości zdobywali już w Cannes wysokie laury (czworo ma Złote Palmy). Swoje najnowsze produkcje zaprezentują jeszcze m.in. Ang Lee, Pedro Almodovar, Ken Loach, Alain Resnais, Isabel Coixet. Wiadomo z góry, czego się po nich spodziewać. Zaskoczeń być nie powinno. Brakuje natomiast w tym towarzystwie debiutantów, co budzi niepokój nie tyle o kondycję młodego kina, co o nie do końca jasne kryteria wyboru selekcjonerów.

Kiedy dwa lata temu nikomu nieznany Rumun Cristian Mungiu wygrał festiwal poruszającym dramatem o aborcji 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni, mówiło się o sensacji. Pisano o narodzinach nowego zjawiska, rumuńskim boomie. Z nadzieją zaczęto spoglądać w kierunku wschodniej Europy, wyczekując stamtąd kolejnych wartościowych dzieł rozliczających komunistyczną przeszłość. W tym roku dwa nowe filmy rumuńskie zakwalifikowano jedynie do sekcji „Un Certain Regard” (a więc nie w głównym konkursie). Zaś w rywalizacji o Złotą Palmę nie ma w ogóle żadnego filmu z naszego regionu.  Wyjątkowo słabo reprezentowani są Amerykanie. Przez selekcyjne sito nie zdołał się przebić ani jeden tytuł z Ameryki Południowej. O czym to świadczy?

Wydaje się, że organizatorzy postawili na sprawdzone, zachodnioeuropejskie nazwiska, na pewniaków, urządzając coś w rodzaju filmowego wybiegu dla największych sław kina niezależnego. Można to rozumieć jako manifestację wyjątkowej siły cinema d’auteur. Ale też jako niepokojący sygnał zamykania się na głosy artystów niewypromowanych wcześniej w Cannes.

Wprawdzie w inauguracyjnym przemówieniu prezydent festiwalu, Gilles Jacob, obwieścił proroczo, że dni kina zachodniego są policzone i że główne trendy współczesnego kina artystycznego wyznacza dziś Azja (Pekin, Hong Kong i Seul) oraz Tel Aviv i Bukareszt, niemniej z konkursowego programu wynika coś całkiem przeciwnego.

Ale może to tylko zapowiedź nadchodzących zmian.
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię