Recenzja filmu Pakt z diabłem (2015)
Scott Cooper

Diabeł tkwi w szczegółach

"Pakt z diabłem" to kino przyzwoicie napisane, zagrane i nakręcone (świetna stylizacja na lata 70. i 80.), a zarazem pozbawione pierwiastka, który wzniósłby je ponad przeciętność. Można sobie ...
Filmweb sp. z o.o.
Z Jamesem "Whiteyem" Bulgerem raczej nie chcielibyście się umówić na kawę i partyjkę chińczyka. Gangster, który posłużył jako pierwowzór postaci Jacka Nicholsona w "Infiltracji", jeszcze dekadę temu był obok Osamy Bin Ladena najbardziej poszukiwanym człowiekiem w USA. Ścigano go m.in. za dokonanie kilkunastu zabójstw, kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, handel narkotykami oraz pranie brudnych pieniędzy. Co ciekawe, Whitey – prywatnie brat miejscowego kongresmena – wyrósł na gwiazdę bostońskiego półświatka dzięki protekcji... FBI. Brzmi jak gotowy scenariusz z rolą, która pozwoliłaby Johnny'emu Deppowi uwolnić się wreszcie od klątwy Czarnej Perły? Z pewnością. Czy wyszedł z tego dobry film? Niekoniecznie.

photo.title

"Pakt z diabłem" to kino przyzwoicie napisane, zagrane i nakręcone (świetna stylizacja na lata 70. i 80.), a zarazem pozbawione pierwiastka, który wyniósłby je ponad przeciętność. Można sobie wyobrazić, że Martin Scorsese dodałby do tego projektu cyniczny humor i realizacyjną brawurę, a Mike Newell, z którym Depp pracował niegdyś przy "Donniem Brasco", wnikliwe obserwacje przestępczych zwyczajów. Scott Cooper nie ma, niestety, ambicji, by biografię Bulgera uczynić czymś więcej niż kolejną krwawą historią wzlotu i upadku ambitnego oprycha. Po niezłym początku reżyser w dość monotonny sposób odhacza  kolejne rozdziały z życia bohatera: sojusz z federalnymi (informacje o mafijnej familii Patriarca w zamian za nietykalność), rodzinną tragedię, rozwój kryminalnego imperium, a wraz nim narastającą, psychotyczną wręcz podejrzliwość.  Z racji tego, że Whitey nie lubi ryzykować, mniej więcej raz na kwadrans któryś z jego współpracowników lub znajomych wyrusza w podróż do krainy wiecznych łowów.

"Pakt z diabłem" miał być wielkim powrotem Deppa. Dowodem na to, że gwiazdor nie rozmienił całego talentu na drobne, grając z toną make-upu w familijnych produkcjach Disneya. W filmie Coopera znów chowa się jednak za średnio udaną charakteryzacją. Aby upodobnić się do Bulgera, oblekł twarz lateksem, założył szkła kontaktowe i doprawił sobie sztuczny ząb. W efekcie przypomina  skrzyżowanie jaszczura z hrabią Draculą z horroru Francisa Forda Coppoli. Wampiryczne skojarzenie wydaje się uzasadnione tym bardziej, że ekranowy Bulgar ma w sobie coś z krwiopijcy. Uwodzi swoje ofiary, żeruje na nich,  a na końcu zaraża wirusem zła. Depp radzi sobie w tej roli nieźle, balansując między bezwzględnym wyrachowaniem a szelmowskim wdziękiem. Trudno jednak brać go całkiem na poważnie, skoro wygląda jak bohater kolejnego filmu Tima Burtona.  

photo.title

Najbardziej w "Pakcie" brakuje mi niuansów, psychologicznych smaczków i aktorskiej chemii. Słowem: mięcha. Oprócz Deppa, który ma tu momenty, gdy odsłania oblicze czułego ojca i syna, reszta świetnej obsady gra na jednej nucie. Cumberbatch jest wyłącznie przebiegłym politykiem, Bacon – wiecznie poirytowanym stróżem prawa, a Edgerton – ambitnym agentem, którego wyraźnie fascynuje przestępczy styl życia.  Szkoda też niewykorzystanej Dakoty Johnson, której postać po prostu znika z ekranu.  W "Pakcie" mogłoby się zresztą znaleźć znacznie więcej kobiet. Whitey był przecież znanym podrywaczem, a większość jego kochanek do dziś nie da o nim powiedzieć złego słowa. Może to drobiazg, ale takich drażniących szczegółów jest u Coopera znacznie więcej. Jak wiadomo, to w nich tkwi diabeł.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 65% uznało tę recenzję za pomocną (224 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)