Recenzja filmu Pralnia (2019)
Steven Soderbergh

Zbrodnia (nie) popłaca

Ogromną część filmu zajmują tłumaczenia zależności i sieci wzajemnych wpływów, które doprowadziły do powstania i sukcesu kancelarii Mossack Fonseca. Tematy rozgałęziają się w barokową sieć ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Pralnia (2019)
Przed ogłoszeniem swojej, jak się na szczęście okazało, jedynie chwilowej "emerytury" Soderbergh argumentował, że współczesne hollywoodzkie kino straciło swoją pozycję, ograniczając twórcom artystyczną wolność, goniąc za słupkami oglądalności zamiast ufać wizji reżyserów. Paradoksalnie, od tamtej pory Soderbergh niemalże nie schodził z planu, ale swoje nowe projekty traktował jako istny filmowy poligon doświadczalny. W wybitnym "The Knick" przekraczał granice kina autorskiego, samodzielnie reżyserując, filmując i montując 20 odcinków serialu. W "Mozaice" próbował przeszczepić formułę interaktywnej narracji w telewizyjne ramy, "Niepoczytalną" nakręcił smartfonem. Zrealizowana pod szyldem Netflixa "Pralnia" wydaje się pod pewnymi względami kontynuacją artystycznych poszukiwań twórcy "Erin Brockovich" – reżyser łączy ze sobą czarną komedię z kinem społecznie zaangażowanym, wplata w filmową materię konwencję teatru, i – bez wchodzenia w spoilery – mocno nagina granicę między fikcją a rzeczywistością.

Największy w historii wyciek tajnych dokumentów, w którego odkrycie zostało zaangażowane ponad 100 redakcji z całego świata, miliardy dolarów ukrywane przez najbogatszych ludzi świata w rajach podatkowych – w swoim najnowszym filmie Steven Soderbergh bierze na warsztat aferę Panama Papers. "Pralni" daleko jednak do tradycyjnej opowieści o dziennikarskim śledztwie spod znaku "Wszystkich ludzi prezydenta" czy "Spotlight". Gawędziarski, dygresyjny ton, wisielczy humor i łamanie czwartej ściany przywołują raczej skojarzenia z "Big Short" Adama McKaya czy "Wilkiem z Wall Street" Martina Scorsesego.

Antonio Banderas i Gary Oldman jako Ramón Fonseca i Jürgen Mossack to prawniczy duet, przy którym wybryki Saula Goodmana wydają się dziecinnymi igraszkami. Panowie znajomość prawnych kruczków przekuli w jeden z najbardziej dochodowych interesów w historii ludzkości, specjalizując się w tworzeniu spółek w rajach podatkowych. Ich bohaterowie stają się przewodnikami po równie skomplikowanym, co skorumpowanym amerykańskim systemie finansowym. Przechadzając się przed obiektywem kamery w idealnie skrojonych garniturach, sącząc martini z eleganckich kieliszków, opowiadają o początkach pieniędzy w otoczeniu jaskiniowców, kredytach, instrumentach finansowych i fikcyjnych firmach, zapewniających anonimowość i rekordowe zyski swoim klientom (w pewnym momencie wspominają nawet, że reżyser filmu ma zarejestrowanych kilka firm w Delaware ze względu na tamtejsze ulgi podatkowe). Ofiarą ich działalności pada emerytka Ellen (Meryl Streep), która po tragicznym wypadku bezskutecznie stara się odzyskać odszkodowanie, odbijając się od jednej fikcyjnej firmy ubezpieczeniowej do drugiej.

Ogromną część filmu zajmują tłumaczenia zależności i sieci wzajemnych wpływów, które doprowadziły do powstania i sukcesu kancelarii Mossack Fonseca. Tematy rozgałęziają się w barokową sieć kontekstów, intryga rozciąga się od Stanów Zjednoczonych przez wyspy Karaibskie aż to Chin. Soderbergha od wskazywania palcem winnych korupcji bardziej interesuje mechanizm, który napędza działalność tego typu firm. Mossack i Fonesca to w gruncie rzeczy jedynie kropla w morzu problemów, jakie stwarza nieszczelny system prawny USA – jak dowiadujemy się z filmu, jeden z największych rajów podatkowych na świecie.

Tropem oszustw po cichu podąża Ellen, którą przez lwią część filmu nikt nie traktuje poważnie. Dziennikarka, z którą umawia się na spotkanie, zbywa jej rewelacje o fikcyjnych firmach. Pod płaszczykiem czarnej komedii o finansowej aferze Soderberghowi udaje się przemycić całkiem poważną refleksję na temat protekcjonalnego podejścia do seniorów, jakim przesiąknięta jest zachodnia kultura. Bohaterka Streep wydaje się niewidzialna, niegroźna. Jeśli jednak kino i seriale, na czele z produkcjami true crime, czegoś nas w ostatnich latach nauczyła, to tego, że nie warto lekceważyć starszych pań z nadmiarem wolnego czasu i dużą dozą determinacji.

Zakrawa na ironię, że "Laundromat", z jego ewidentnymi ambicjami wpisania się w ramy kina społecznie zaangażowanego, obstawania po stronie outsiderów i wykluczonych, tak wiele czasu poświęca jednak czarnym charakterom. Bohaterka Streep, wprowadzona jako protagonistka tej historii, szybko znika gdzieś na drugim planie, by dopiero w finale wyskoczyć niczym królik z kapelusza. Kamera znacznie chętniej podąża za Banderasem, Oldmanem i ich klientami – z ich designerskimi ciuchami, domami z basenem i naznaczonym zdradami życiem prywatnym. A trochę szkoda, bo kiedy Soderbergh popuszcza wodze fantazji i wyposaża w jednej z wizyjnych scen Streep w shotgana, z którego bohaterka strzela confetti terroryzując pracowników kancelarii, aż chciałoby się, żeby to nie był tylko sen. Żeby twórca poświęcił trochę więcej miejsca na filmowy namysł nad frustracją zwyczajnych ludzi, którzy ucierpieli w wyniku afery.

W wywrotowym finale "Pralni" Soderbergh wynosi koncept przełamywania czwartej ściany na kolejny poziom i zamienia fikcyjną historię w osobistą deklarację. Więcej zdradzać nie wypada, ale wydaje się symptomatyczne, że kolejny raz na przestrzeni ostatniego roku, po "Faworycie", "Parasite" czy nawet pokazywanym w Wenecji "Jokerze", w programie dużego festiwalu pojawia się kolejny film podejmujący w niebanalny sposób temat nierówności społecznych i głębokiej frustracji uwikłanych w skorumpowany system ludzi. Nawet jeśli czarna komedia Soderbergha wydaje się lekka w formie, jej wydźwięk jest niebywale przygnębiający. Ten shotgun kiedyś wystrzeli. Oby w środku było tylko confetti.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Małgorzata Steciak
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię