Recenzja filmu

Boże Ciało (2019)
Jan Komasa
Bartosz Bielenia
Aleksandra Konieczna

Ciało i krew

Choć Pacewicz i Komasa czerpali inspiracje z prawdziwej historii, są na tyle świadomymi filmowcami, by wiedzieć, że podobny azyl jest w dużej mierze iluzją – swój przenikliwy i naładowany ...
Udało się! Po kilku latach kolektywnego odbijania karty na światopoglądowym froncie, dotarliśmy do momentu, w którym różnica pomiędzy kinem chrześcijańskim a kinem katolickim jest mniej więcej taka jak pomiędzy krzesłem a krzesłem elektrycznym. Jan Komasa rozumie to doskonale, dlatego w swoim najnowszym filmie zapuszcza się na dziewicze tereny polskiego kina. To miejsce, gdzie Jezusa nosi się w sercu zamiast na sztandarze, koloratka jest atrybutem społecznego posłannictwa, a nie władzy, natomiast boski plan istnieje po to, by go kwestionować. 



Daniel (Bartosz Bielenia) nie nadaje się na księdza: żaden z niego orator, zasady posługi traktuje jak niezobowiązujące wskazówki, nogi plączą mu się o albę, w wolnych chwilach lubi sobie chlapnąć i ściągnąć chmurkę. Jednak na zapadłej wiosce, budzącej się i zasypiającej do rytmu kościelnych dzwonów, pogrążonej w żałobie po tragicznej śmierci siedmiu osób, staje się przewodnikiem, na którego zagubione dziatki zasłużyły. Choć mieszkańcy nie wiedzą, że Daniel improwizuje i w stanie duchownym nie spędził ani minuty – zwolniony z zakładu poprawczego, nawinął makaron na uszy lokalnemu proboszczowi – lgną do niego jak ćmy do światła. Ten zaś, w imponującym akcie odkupienia, wyprowadza ich z mroków nienawiści, a przy okazji zamienia liturgię w mazurską noc kabaretową. 

Skąd ta nadświadomość? Wiedza o nieścisłościach religijnych dogmatów? O różnych definicjach moralności? Kolega, inny uciekinier z zakładu, przekonuje, że Daniel ma "to coś"; chyba bożą iskrę, ale o ile dobrze zrozumiałem Komasę, chodzi po prostu o intuicyjne rozpoznanie w chrześcijańskiej wierze spoiwa społecznego. Daniel jest bohaterem z krwi i kości, w filmie spacerujemy za nim krok w krok, lecz o wiele ważniejszy wydaje się fakt, że pozostaje katalizatorem zmiany we wspólnocie wyniszczonej resentymentami; mediatorem pomiędzy żałobnikami a żoną człowieka, który odebrał mieszkańcom powód do życia. Sposób, w jaki Komasa podgląda tę wspólnotę, budzi mój najszczerszy podziw. To ten rodzaj humanistycznej optyki, za którą idzie sprawiedliwy rozdział racji – wymaga on nie tylko inteligencji i empatii, ale również olbrzymiej dawki samokontroli. "Boże Ciało" nie jest serią cudów nawleczonych na różaniec, to raczej relacja z pracy u podstaw. Nikt nie zmienia się z dnia na dzień, ludzie muszą oddychać w swoim tempie i przepracowywać traumę na własnych warunkach. Jedni z trudem, inni – wcale. 



Scenariusz zaledwie dwudziestosiedmioletniego Mateusza Pacewicza przypomina, że nawet w polskim kinie istnieje coś takiego jak ekonomia tekstu. Nie ma tu zbędnych miejsc, wątków, bohaterów, punkty węzłowe rozłożone są w odpowiednich miejscach, z kolei aktorzy mają sporo przestrzeni. Leszek Lichota jako prowincjonalny menago o nazwisku, ekhm, Walkiewicz, Eliza Rycembel w roli dziewczyny dźwigającej na barkach worek bolesnych doświadczeń, Aleksandra Konieczna ze skamieniałą od żalu i frustracji twarzą – wszyscy przeglądają się tutaj w oczach rewelacyjnego Bartosza Bieleni. To aktor, który pod batutą Komasy odkleił się od własnego cienia – podążał za nim neurotyk/mizantrop/psychopata (niepotrzebne skreślić) o świdrującym spojrzeniu i pająkowatej fizjonomii. Bielenia jest tu tak dobry, że całkowicie przykrywa szwy pomiędzy kolejnymi transgresjami bohatera – a przypominam, że jest to opowieść o zbirze, który znalazł Chrystusa w rynsztoku. 

Choć Pacewicz i Komasa czerpali inspiracje z prawdziwej historii, są na tyle świadomymi filmowcami, by wiedzieć, że podobny azyl jest w dużej mierze iluzją – swój przenikliwy i naładowany tragikomiczną energią film puentują strzałem między oczy. Będę się jednak upierał, że jeśli coś poza filmową publicystyką może przekłuć dziś balonik katolickiego gung-ho, jest to właśnie historia owieczki, od której pasterze mogliby się uczyć fachu. Parafrazując klasyka z innego świata i innego kina, "Boże Ciało" to elegancki film na mało cywilizowane czasy. 
1 10
Moja ocena:
8
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
86% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (720 głosów).
Udostępnij:
Każdy o tym filmie już coś słyszał, prawie każdy zetknął się z którymś z poprzednich dzieł Komasy, części obiło się o uszy, że właśnie ten film będzie walczył o ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 75%
Po dość jednostronnym "Klerze" Wojciecha Smarzowskiego i wstrząsającym dokumencie braci Sekielskich "Boże Ciało" Jana Komasy przyjmowane jest z ulgą. W końcu wszyscy ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 46%